środa, 10 czerwca 2026

BOCIAN MAKARY I JEGO WAGARY

W gospodarstwie pana Stacha i na drzewie, i na dachach nad stodołą, i nad domem leżą gniazda wyłożone patykami i kijami, mchem, wiórami i trawami. A w tych gniazdach są bociany, które stroją się w żupany z biało – czarnych piór utkane, co w kozaki przyodziane o kolorze purpurowym z dziobem równie kolorowym po mokradłach, łąkach brodzą i to połkną, co w nich złowią. Pasikonik czy dżdżownica, małe ryby czy gryzonie, ślimak, żaba też zachwyca to menu urozmaicone. Krety, węże, gronostaje czy pisklęta lub zające – nic uwadze nie odstaje, co znajduje się na łące.

Tą scenerią, moi Mili, byście się wręcz zachwycili, bo u Stacha, w wsi Żywkowo, świat bociani jest nad głową, co na trasie z Toprzynami ciągnie się kilometrami. W okolicach tych platformy widokowej, wielkiej formy sąsiadują z muzeami, z galeriami z pamiątkami. Na tym szlaku Warmii, Mazu, gdzie zieleni lśni abażur, tłum turystów – miłośników czuwa cicho w zagajniku, by bociany obserwować, jak i też sfotografować. Popularność wsi Żywkowo, Toprzyn oraz wsi Pentowo niesie hojnie po Europie sławy ptaków polskich krocie.

Zysk to wielki! Sława miła!, lecz… zepsucie uczyniła, bo w bocianim towarzystwie, w którym ptaki, niemal wszystkie, zgodnie żyły z swą naturą, nie zajmując głowy bzdurą, był jedyny odszczepieniec – chciałoby się rzec: szaleniec! – bocian młody i narwaniec, pozujący niesłychanie z przyjemnością fotografom, w każdym dniu będącym gafą. Miał na imię on Makary. Nie był młody. Nie był stary. Tym się różnił ów Makary, że na dziobie okulary nosił z dumą oraz z gracją, chlubiąc się głoszoną racją. Lubił książki i gazety. Nosił szalik i skarpety. Często w okna też zaglądał. Telewizję w nich oglądał, wiadomości pochłaniając oraz wiedzę zdobywając. Z takim właśnie to obyciem, czuł się bocian znakomicie w towarzystwie tłumów ludzi, których inność radość budzi i ciekawość niezgłębioną, wiecznie chłonną, pobudzoną. Z takiej zatem to przyczyny chodził bocian w odwiedziny do mieszkania pana Stasia, jakoby rodzina ptasia. Dreptał za tym gospodarzem zawsze razem w jednej parze. Wszyscy we wsi się dziwili, gdy we dwoje ci chodzili – pan Stach oraz ów Makary, który nosił okulary.

Bocian – ojciec, jego żona, synem swym strasznie zmartwiona, Makaremu tłumaczyli, by nie tracił ani chwili na dziwactwa i głupoty, bowiem wpędzi się w kłopoty.

- Czas najwyższy, - rzekła mama przygnębiona i stroskana – byś nauczył się polować! Pora przestać leniuchować. Kurom ziarna wydziobujesz. Psu z miseczki podskubujesz i z talerza pana Staszka jesz, co nie jestże dla ptaszka. Tyś urodził się bocianem. Skądże w tobie to skaranie?! Skądże w tobie te maniery? Mów natychmiast i bądź szczery! - A Makary nic nie mówi. W myślach mota się i gubi, odpowiedzi w nich szukając oraz skrzydła rozkładając w bezradności, zagubieniu. - Cóżże siedzisz tak w milczeniu?! - denerwuje się mamusia mimowolnie na synusia.

- Synu… - westchnął bocian – tata. – Każdy brodzi z nas i lata. Ty z człowiekiem zaś obcujesz i go ciągle naśladujesz. Nie wypada toż to tobie! Czy masz fiu bździu w ptasiej głowie?! Czas do stada ci powrócić. Pora ci nas przestać smucić. Jutro razem wyruszymy i w mokradłach zanurzymy długie nogi po kolana, aby łąka rozhasana odsłoniła swe bogactwa, nakarmiła brzuszki ptactwa. Jutro będzie polowanie i królewskie ucztowanie.

- Ja nie mogę… Ja nie lubię… Dni są dla mnie wówczas długie, strasznie nudne i nużące, kiedy brodzę w nich po łące – wręcz zarzeka się Makary, poprawiając okulary. – Mamo, tato! Wolę czytać niźli żaby, krety chwytać, telewizję pooglądać. Nie możecie przecież żądać, bym się pozbył przyjemności dla tych wszystkich okropności. To, żem bocian, wiem na pewno, lecz czy nie jest wszystko jedno, czy ja z wami czy ze Stachem, co nas gości swoim dachem?! My jak jedna wszak rodzina, która dzień kończy, zaczyna, która mieszka obok siebie oraz wspiera się w potrzebie…

- Bocian, człowiek – Płacze tata. – chociaż wspólnie pędzą lata, nie są z sobą spokrewnieni i nic tego już nie zmieni.

Wtem Makary skrzydłem machnął, o powietrze piórem trzasnął i poleciał, hen!, przed siebie jak latawiec, co po niebie kreśli zwinne piruety, lecz wbrew sobie to niestety, bowiem wiatrem podrywany, po obłokach kołysany. Tak niezdarnie bocian leci. Białym skrzydłem w górze świeci, przechylając się na boki, zawadzając o obłoki, rozpruwając dziobem chmury, jako rzadko ptak, to który umiejętność szybowania wykonuje bez wahania, bez kłopotów, niedbałości, a z oznaką przyjemności. A, Makary w przerażeniu na swych skrzydeł rozłożeniu mknie pod niebem, lecz z przymusem, rozkładając nogi kłusem jakby zając, co piórami macha, walcząc z wiatrakami. Widok śmieszny to okropnie. Bocian w kroplach potu moknie, bo wysiłkiem niebywałym lot pod niebem zda się wielkim. Wisi ptak w rozpiętych skrzydłach, jakby go huśtały szelki. Wtem zawiało, zahuczało. Wiatr ochrypłym śmiechem chlasnął, a Makary od podmuchu zleciał z nieba, o pień trzasnął. Posypało się igliwie. Kory lecą zdarte krocie. Bocian leży plackiem w błocie.

- Już nie będę więcej latał!, – gniewnie krzyczy ptak Makary – i nie będę też się bratał – Z trawy podniósł okulary. – z wiatrem, który ze mnie szydzi i mnie w locie nienawidzi. – Wstał Makary oburzony, obolały, wybrudzony. – Wracam pieszo! – postanawia, budząc sobą śmiech żurawia, co w mokradłach siedział cicho, patrząc cóż to jest za licho, które z nieba leci z hukiem, sypiąc wkoło śnieżnym puchem. - Mam dość! - złości się Makary, zakładając okulary. - Ja nie będę więcej latał i się z wiatrem w górze bratał! - tak oznajmił, ruszył ścieżką, czując w sercu wściekłość wielką.

Skrzydła w pięści zaciśnięte, oczy złością są przejęte, nogi strasznie ociężałe, bo zmęczone, obolałe. Powłóczystym, długim krokiem idzie bocian, który lotem tak się zraził, tak zniechęcił, że aż w gniewie dziobem kręcił, a gdy wrócił już do gniazda, nie zdradziła się to prawda o wypadku, o upadku i o przykrych przygód skrawku. Opowiadał wręcz z przejęciem, jakie to miał wielkie szczęście, że z wilkami walczył w lesie, w którym echo strachy niesie, że się wymknął z ich niewoli, bezszelestnie i powoli wyślizgując się z zasadzki, zawadzając o purchawki, upadając na polanie, brudząc piór śnieżne ubranie. Ptasia mama bajek słucha, czyszcząc dziobem syna żupan. A tuż obok i w zadumie, i w bocianów licznym tłumie tata plan podróży kreśli, rozpatrując treści wieści, dotyczących to pogody, z którą bocian stary, młody muszą zmierzyć się w podróży, co ją sierpień końcem wróży.

- Wszyscy wspólnie wyruszymy przed nadejściem srogiej zimy – proponuje bocian – tata, odczytując koniec lata. – Kluczem stada przefruniemy nad Rumunią, nad Bułgarią. Lotem sprytnym w mig przemkniemy ziemię Turcji, wodę parną. Na Półwyspie odpoczniemy, co Synajskim jest nazwanym. Do Afryki pofruniemy do doliny, gdzie Nil mamy. – Wszyscy brawa w skrzydła biją, kręcąc długą, smukłą szyją.

- Ja nie lecę! – drży Makary.

- Co to?!... Protest czy wagary? – pyta wujek z oburzeniem – Toż to chyba przesłyszenie! Wszyscy, zgodnie z obyczajem, lecą razem w ciepłe kraje. Nikt z bocianów nie zostaje. Zima się we znaki daje. Każdy życie swe poświęci, kiedy straci wszelkie chęci, by opuścić polskie ziemie, gdzie mróz z śniegiem, gdzie promienie bladym słońcem ledwo świecą, a z obłoków płatki lecą. Tak nie można!, nie wypada… Co Makary opowiada?!

- Nie wyrażam zgody na to!

- Ależ droga mamo, tato… Ja dołączę do was potem. Ja polecę samolotem.

- Samolotem?! Co ty pleciesz? Żaden bocian to na świecie przecież tak nie podróżuje! Co ty knujesz?!... Czy… żartujesz?... – pyta dziadek zatroskany, we zmartwieniu zadumany.

- Synu… - Płacze w lęku mama. – Nie polecę przecież sama, ciebie tutaj zostawiając.

A, Makary wciąż słuchając wszystkich przykrych argumentów brzmiących tonem drwin, zamętów, postanowił, zdecydował i wyboru nie żałował, więc porankiem, tuż przed świtem, zanim grono znakomite ze snu wstało odprężone, czyszcząc skrzydła rozłożone, ukrył bocian się w stodole, leżąc w sianie tuż przy kole i pod wozem drabiniastym w odrętwieniu niemal strasznym. Mimo jednak niewygody, bowiem w lęku bez swobody, czekał aż wszyscy odlecą, w górze głośno dziobem klecąc.

Wtem zleciała się rodzina. Każdy skrzydła swe rozpina. Każdy się gimnastykuje i do lotu się szykuje. Nagle mama z gniazda leci. Łza jej smutna w oku świeci.

- Gdzieś zapodział się Makary?! Czy to koszmar? Czy to czary?! - lamentuje ptasia mama. - Ja nie mogę lecieć sama, zostawiając Makarego. Toż to jest coś okrutnego!

- Gdzie Makary? Gdzie Makary?! – krzyczał bocian młody, stary. – Czas się zbierać do podróży.

Tata – bocian oczy mruży. Mama piórem łzy ociera. Słońce wolno się przedziera wschodu bladym, jasnym pasmem, przebijając ciemność światłem.

- Ja nie lecę! - krzyczy mama. - Ja nie mogę lecieć sama!

- On doleci nieco potem. Ma się zjawić samolotem – tata żonę swoją wspiera, gdy ta piórem łzy ociera. - Nam już trzeba w drogę ruszać. Nie ma co się tak zasmucać. Jak obiecał, pewnie zrobi – mówiąc tak, tata się głowi i zamartwia się o syna, co przedziwnie się zaczyna zachowywać i prowadzić. - Przecież to nie będzie wadzić.

- Po cóż jemu zatem skrzydła, skoro podróż jemu zbrzydła w szybowaniu po błękicie?! Oj, niełatwe z nim jest życie… - wzdycha mama oburzona i wyraźnie przygnębiona.

Wtem zerwały się bociany. Lśnią na niebie ich żupany. Wiszą w górze pod słoneczkiem, tworząc niebu falbaneczkę.

- Wyruszamy! Wyruszamy! Czasu wiele wszak nie mamy! – klekotały zgranym chórem, płosząc skrzydłem mgłę i chmurę.

I tak… wszystkie odleciały, rozsiewając szum na wietrze, a Makary posmutniały ze stodoły wyjść już nie chce. Leży sobie na posłaniu w śnieżnym piórek swych ubraniu, marząc ciągle o przygodzie, o wygodzie i swobodzie.

- „Teraz” – myśli ptak Makary, czyszcząc szalem okulary – „będę robił to, co zechcę.” – Pomysł radość w sercu łechce. – „Nikt mi bowiem nie zakaże i niczego nie rozkaże. Będę sobie swoim panem!, i na zimę tu zostanę. Posmakuję wszak wolności oraz wszelkich przyjemności. A, gdy wszyscy tu przylecą, będą wiedzieć, że bzdur klecą całe mnóstwo, całe krocie bez rozumu i w głupocie.”

Kończąc wszelkie przemyślenia, usiadł w sianie od niechcenia. Szal poprawił, okulary i skarpety swe podciągnął, po czym pod dom się przeprawił i zaglądnął doń przez okno, oglądając wiadomości, filmy, bajki, kabarety. Mimo różnych przyjemności, tęsknił bocian ów niestety za rodziną, która leci do Aryki już na pewno… dwa dni może!… albo trzeci?!, więc mu nie jest wszystko jedno, że pozostał sam na włościach gospodarstwa pana Stacha. Zimno wije się po kościach, niszcząc gniazda, co na dachach i na drzewie rozłożone rażą smutkiem, opuszczone. Postanowił więc Makary do rodziny swej dołączyć.

- Ja polecę samolotem. Będę wodę z Nilu sączyć, gdy na brzegu wylądują moi bliscy, moi mili. A tak się tym uradują, iż mnie będą wciąż chwalili za spryt, pomysł i zaradność, za strategię i przykładność, że na drugi rok wakacji według moich słusznych racji samolotem wyruszymy przed nadejściem srogiej zimy do Afryki, w ciepłe kraje, jak nam każą obyczaje.

Wpadł więc bocian do pokoju i w powadze, i w spokoju wziął słuchawkę telefonu, nie zdradzając nic nikomu, wybrał numer na lotnisko, aby pozałatwiać wszystko. Wtem głos kogoś się odzywa, do rozmowy boćka wzywa, więc Makary z elegancją zamówienie swoje składa… W aparacie telefonu ktoś przedziwnie, obco gada.

- Halo! – woła ptak Makary, telefonem kręcąc, wiercąc, poprawiając okulary, aż mu oczy szczęściem świecą. – Chcę polecieć samolotem w ciepłe, droga pani, kraje. Zatem dzwonię, aby lotem przebrnąć nieba szlaki całe docelowo do Afryki, gdzie Nil płynie przez ląd dziki…

- Co za wstrętne wychowanie! – gniewnie pani się odzywa. – Czy to panu tak przystaje, że mnie, myślę, pan poniża?!

- Nie rozumiem. Proszę jaśniej – bocian dwoi się i troi. Wtem słuchawka hukiem trzaśnie. Bocian już się niepokoi.

- Halo… - woła Makarego telefonu nagłośnienie. Kiedy bocian się odzywa, z tamtej strony drży milczenie. – O co chodzi? W jakiej sprawie? – pani krzyczy we słuchawce. – Czy przedstawi pan łaskawie, o co panu chodzi właśnie?! Halo!... Halo!... Nie rozumiem! No i pojąć nic nie umiem.

- Co za żarty?! Nieuprzejmość! – ptak wygłasza do słuchawki. – Jakaż w pani jest bezczelność! Co za bełkot wilgi, kawki?! – W bezradności wzrusza skrzydłem, okulary przecierając. – Do Afryki! – krzyczy gniewnie, bilet lotu zamawiając.

- Jakie kle, kle? Jakie kle, kle? Co za klekot? Co za żarty?! – wrzeszczy pani do słuchawki. – Kto tak strasznie jest uparty, że po ludzku nic nie mówi, nie przedstawia sprawy jasno, że sylaby, głoski gubi, przez to gwarę ma pokraczną?!

Bocian w nerwach rozogniony pięścią skrzydła w stolik trzasnął, poczuł że się poniżony. Nogą tupnął, dziobem klasnął.

- Do Afryki, gdzie Nil płynie! – coraz głośniej ów ptak krzyczy. – Chcę zamówić tańszą linię! Czy mnie pani teraz słyszy?!

- Takim durnym klekotaniem nic pan u nas nie dostanie! - Rozłączyła się rozmowa, a bociana boli głowa.

- Zatem jadę – decyduje – autobusem do Warszawy. – Duma, nogą przytupuje. – Tam załatwię wszystkie sprawy.

Spiesznie zerwał się do gniazda, by spakować swą walizkę, a w nią wsadzić skarpet kilka oraz książki swoje wszystkie, których jeszcze nie przeczytał, a planował przy okazji, po czym trochę lekkomyślnie, bo pod wpływem wszak fantazji, kłusem pędził na przystanek, do stolicy chcąc pojechać. Przetarł oczy swe zaspane. Sprawdził, ile trzeba czekać.

Liście lecą pozrywane. Dziób od zimna począł szczękać i Makary o swe zdrowie zaczął się poważnie lękać. Wokół głucho. Wokół cicho. Jesień się zapuszcza w głębię, a Makary przerażony, myślał: co też teraz będzie? Sam pozostał bez opieki i bez wsparcia, i bez dachu… Drżał Makary nie od zimna, lecz w poważnym, wielkim strachu. Wtem!, nad głową po błękicie kluczem ptasim mkną żurawie, co zerwały się o świcie, gubiąc pióra w żółtej trawie i kierując się na zimę do Hiszpanii, Portugalii, więc Makary łzę uronił w żalu gorzkim i nostalgii.

- Po cóż były mi wagary? – westchnął z bólem ptak Makary. – Nauka w szkole od latania przyprawiała mnie o mdłości. Teraz jednak się odsłania brak tej cennej wszak zdolności. Gdybym umiał sprawnie latać, ruszyłbym pod niebem świata z najbliższymi w ciepłe kraje, jak nam każą obyczaje. A, tak skrzydła, niczym kłody, bez wolności i swobody, nie potrafią nieść mnie w górze… Kiepski koniec sobie wróżę… - szeptem kwilił ptak Makary, łzą zraszając okulary. – Samolotem mam nadzieję przemknąć miasta, wioski, knieje, rzeki, morza i pustynie zanim doba w czasie minie. - Wtem autobus drogą jedzie. W nim kierowca jest na przedzie, co się nawet nie zatrzymał, inny tworząc przygód finał. Minął boćka kół rozpędem. Za nim auta suną rzędem. - To pojadę autostopem. – I unosi bocian stopę, by zatrzymać jakiś pojazd i załatwić sobie dojazd na lotnisko we Warszawie ku istotnej przecież sprawie.

Z piskiem opon bus odsapnął i silnikiem wrogo chrapnął. Podbiegł zatem ptak Makary, skrzydłem chroniąc okulary. Drzwi otworzył. Wpadł do busa, czyniąc sprytem tylko susa, lecz się ludzie przestraszyli, no i boćka wyrzucili z walizeczką na pobocze. Wiatr nad ptakiem drwi, łopocze. Ból we skrzydle ma Makary i stłuczone okulary. Wstał cierpiący, posmutniały. Kości mu się połamały od upadku na pobocze. A wiatr ciągle drwi, łopocze. Echo niesie drwiny, śmiechy oraz krzyki oburzenia:

- Bocian w aucie! - wrzeszczą ludzie. - Toż to nie do pomyślenia!

- Wracam… - Szlocha ptak Makary, co zniszczone okulary na swym dziobie ciągle nosi. – Los mnie widać też nie znosi. Może przyjmie mnie pan Stachu i ułożę się na dachu w gnieździe moim to rodzinnym… Już nie będę tak dziecinnym – tak to sobie obiecuje, skrzydło skrzydłem podtrzymuje – i nie pójdę na wagary, jakom ptak, jakom Makary! Wiosną, gdy bociany wrócą, latać może mnie poduczą i za rok w sierpniowej porze, kiedy który mi pomoże, sam na skrzydłach sprawnym lotem, a nie jakimś samolotem, powędruję do Afryki, gdzie ląd ciepły oraz dziki. – tak to prawiąc, debatując, ból złamania skrzydła czując, szedł Makary przygnębiony i jesienią umęczony, a gdy wkroczył na podwórko, padł pod łapki kaczkom, kurkom, wywołując zamieszanie, mdlejąc słaby niesłychanie.

Ból ogłuszył Makarego i samotność, co do tego stanu też się przyczyniła i cierpienie rozogniła. Spał więc bocian nieprzytomny na podwórzu, jak bezdomny, leżąc w błocie nieruchomo. Co z nim będzie?!... Nie wiadomo. Nad nim kury gdaczą, pieją, sroki się na płocie śmieją, kaczki gęgiem debatują, psy szczekaniem dokazują. Hałas, rwetes, zamieszanie. Kto i co odpowie na nie?!... Lament wielki i żałobny do paniki jest podobny, więc na krzyki psów i ptactwa biegnie z domu grupa zacna, w której wodzi prym pan Stach, niosąc boćka pod swój dach.

Ciepło pióra rozczesuje. Bocian rozkosz w lotkach czuje. Z wielkim trudem i z wysiłkiem łypie okiem krótką chwilkę wokół siebie dla sprawdzenia, gdzie ma zaszczyt odprężenia. Z prawej strony kredens stary, co stłuczone okulary rozmnażają w liczebności. Obok ściana pełna roślin. Przy kominku śpi kocisko, pomrukując zgodnie z iskrą, co nad ogniem tańczy, błyska i w płomieniach ciepłem pryska. Naprzeciwko telewizor, jak szpiegowski noktowizor, świat podgląda i odsłania. Wtem ból senność z oczu zgania!, bo wezwany weterynarz wnet badanie rozpoczyna i palcami obmacuje skrzydło, które ból że czuje. Ptak Makary cierpi srodze. Stach mu trzyma dziób przy nodze. Ktoś go ściska za kolana i ktoś kocem go zasłania. Lekarz kręci chorym skrzydłem, jak złamanym, starym śmigłem, a cierpienie ciało chłosta. Wtem diagnoza pada prosta:

- Jest złamana kość łokciowa i pęknięta promieniowa, więc usztywnić trzeba kości, by powrócił do sprawności oraz pełnej zdrowotności. Musi również nasz Makary dostać nowe okulary – rzekł pan doktor, pocieszając, skrzydło chore dotykając. – Niechaj dużo odpoczywa i do lotu się nie zrywa – tak powiedział weterynarz, skrzydło boćka usztywniając. – Zima sroga się zaczyna, więc musicie się nim zająć.

Pan Stach pokój przygotował dla bociana z gościnnością i się chorym opiekował z sentymentem, i radością. Na te wieści o Makarym media wszystkie się zleciały i o boćku, który został wszędzie głośno rozprawiały, więc w gazetach artykuły ze zdjęciami w różnej pozie, w telewizji zaś programy o bocianie, co na mrozie po obejściu pana Stasia wiernie krąży oraz hasa, lecą w przestrzeń nad dachami, łowiącymi wiadomości sterczącymi antenami dla sensacji, przyjemności. Tak to właśnie ptak Makary, który chodził na wagary, stał się sławny w okolicy, we wsi każdej i w dzielnicy. Wszyscy boćka wspominali i o boćku rozprawiali, co na zimę w Polsce został i warunkom ciężkim sprostał.

Zima mrozem wokół trzeszczy. Wiatru huczy ton złowieszczy. Śniegiem niebo sypie w oczy, a mróz lodem wody tłoczy. Wszędzie zimno. Wszędzie biało. Śniegiem niebo przysypało wszystko wkoło, aż do końca!, okradając ziemię z słońca. W oknach kwiat rzeźbiony mrozem. Dach się szczerzy w soplach lodem.

Bocian świat ów obserwuje, za rodziną popłakuje. Tęskni strasznie i potwornie. Pragnie wiosny wręcz nieskromnie, z zachłannością, niecierpliwie, nudząc zimą się straszliwie, bo za zimno dla bociana, by na sanki ruszyć z rana, by obrzucać się śnieżkami z miejscowymi dzieciakami. Widząc smutek Makarego, Stach wziął miarę, by dla niego zrobić czapkę, ciepłe buty, rękawiczki, dwa kożuchy, a gdy wszystko przygotował, boćka na dwór wyszykował.

Biegną w zaspach Stacha dzieci, a za nimi bocian leci, tonąc w śnieżnej, białej pianie, bo gdzie stąpnie, bo gdzie stanie, tam kołnierze srogiej zimy opadają, jak pierzyny, przykrywając Makarego, w śniegu kiepsko idącego. Skaczą w puchu zwinnym susem. Biegną w zaspach, jakby kłusem. Toczą kule na bałwana. Pędzi grupa rozhasana i nurkuje w śnieżnej pianie, nie przejmując się ubraniem. Z nieba lecą białe gwiazdy, więc je łapie niemal każdy na języki wysunięte oraz w górę wyciągnięte, a po chwili, leżąc w śniegu w równym, zgodnym to szeregu, rozkładają nogi, ręce i machają coraz prędzej, rzeźbiąc ciałem kształt anioła. To zabawa jest wesoła, przy czym z wielką walecznością i ogromną przyjemnością obrzucają się śnieżkami – chłopcy razem z dziewczętami, a Makary tak na zmianę: w jednej, drugiej grupie stanie, brodząc w zaspach jak na szczudłach, licząc, że się wreszcie uda opanować sztukę biegu po głębokich górach śniegu. Później tafla lodowiska, co na którym łyżwa błyska. Na saneczkach i na nartach, gdzie zjeżdżalnia jest przetarta, z górki lecą na pazurki i synowie oraz córki z całej wiejskiej okolicy – ich radością echo krzyczy. Oj, szaleje ptak Makary, co ma nowe okulary na gumeczce, niczym gogle, by nie potłuc szkieł, co dobre. Po zabawie i uciesze, bocian wsuwa się w pielesze i wieczory mu mijają czy z gazetą, czy też z książką. Dni do szaleństw go wzywają. Na dwór wabi srebrne słonko. Nie ma czasu na tęsknotę. Nie ma czasu na refleksje, do zabawy zaś ochotę, która go opuścić nie chce, więc z wesołym towarzystwem, w wielkiej czapie, w długich butach, w jakich to niezdarnie człapie, kiedy lodem droga skuta, wyskakuje na podwórko i kożuchem otulony pod sypiącą śniegiem chmurką skacze, krzyczy w cztery strony, ciesząc się zimowym szczęściem, czego pragnie jeszcze więcej. A, gdy wraca z dzieciakami, z zmarzniętymi to skrzydłami siedzi sobie przy kominku, pijąc wywar z pokrzyw, kminku na rozgrzanie i na zdrowie. W karuzeli słów i mowie, opowiadań i sprawozdań, bocian „kle kle” swe dorzuca do opisów, a w nich do zdań, jakie z ust dziecięcych płyną jednym ciągiem, na wydechu, wypuszczane z wesołością i w wyścigu, i w pośpiechu z entuzjazmem, i radością.

Zima nęci. Zima kusi śniegiem, który z nieba prószy!, więc minęły dni w szaleństwie i przemknęło białe szczęście, i przedwiośniem zapachniało, które wodą się rozlało, zatapiając łąki, pola…

Gdzież podziała się wesoła pani zima w białej szacie?...

Dzisiaj błota są połacie. Nagie drzewa szarobure i dni smutne, i ponure. Sople topią się, skapują i za kołnierz się wślizgują nieprzyjemną zimną strugą. Czy tak będzie brzydko długo?

Bocian siedzi zniechęcony, w czarne niebo zapatrzony. Wszystkie książki już przeczytał, więc się gazet chętnie chwytał, a gdy skończył już lektury, dzień się stawał dlań ponury. Żałość, smutek czas rozwleka, a Makary wiosny czeka. Och, skończyła się uciecha. Bladym słońcem tli się strzecha. Wiatr w gałęziach hałasuje, chłodem nosy podszczypuje. Deszczem lunie szarość nieba i nostalgią szumią drzewa. Wyjść nie można, bo jest plucha. Wokół szumi cisza głucha. Nagi konar i gałęzie anonsują smutek wszędzie. Dzieci w szkole, a dom pusty. Na gałęziach smutku chusty. Kapie, siąpi, chlupie, pluska, a w bocianie rośnie pustka i tęsknota za rodziną.

- Kiedy wreszcie te dni miną? – wzdycha w żalu ptak Makary, patrząc okiem w zegar stary. – Kiedy będzie czas radosny i bogactwo ślicznej wiosny?

Nieprzyjemna pora roku, więc się łezka kręci w oku, a Stach widząc przygnębienie, zaraz stworzył osłodzenie przykrej chwili w czas przedwiośnia, więc zabrzmiała wnet rozgłośnia, jakby jednym zgranym chórem. Bocian zadrżał każdym piórem, gdy usłyszał ptasie trele, brzmiące skocznie, jak wesele, zwiastujące, że to wiosna zbliża wolno się rozkoszna. Tak puszczana z płyt muzyka w tonie tanga czy walczyka czas skracała przyjemnością, przyprawiając dzień radością, a wieczorem na tarasie pan Stach grał na kontrabasie, by koncertem swym umilić płynność każdej wspólnej chwili.

Tak przeminął dzień i drugi, tydzień, miesiąc, dwa miesiące, aż horyzont, tak jak długi, stokrotkami lśnił na łące. Ziemia się zazieleniła. Wierzby bazią się sypnęły, gałąź pąki wypuściła i rozbrzmiały ptasie śpiewy, a Makary w szczęśliwości po podwórku biega, skacze i z radości niewezbranej od wzruszenia głośno płacze, bo na niebie z marca końcem odsłoniło wiosny słońce dwa bociany, co wracały, nad Makarym szybowały.

- Mama – woła – oraz tata pod chmurami zwinnie lata! Ach, witajcie! Ach, witajcie! Po podróży zasiadajcie, by odpocząć, oddech złapać. – Począł bocian tańczyć, skakać. – Tak się cieszę! Tak raduję! Żem tu został, nie żałuję. Zobaczyłem jesień, zimę i przedwiośnie nieciekawe, lecz w tym wszystkim, przyznać muszę, zdałem sobie jednak sprawę, że samemu bez rodziny, chociaż w dobrym towarzystwie, szczęście szczere gdzieś gubimy, mając tylko życie przykre. Obiecuję, obiecuję, że latanie podszlifuję i z wakacji letnich końcem, wzniosę skrzydła swe pod słońcem, by pofrunąć w ciepłe kraje naszym starym obyczajem.

- Oj, kochany nasz Makary, gdybyś nie szedł na wagary, umiałbyś pod niebem latać, by przemierzyć kawał świata – mówi mama, głową kiwa, klekotaniem rytm wygrywa.

- Jaki z tego morał płynie? – pyta tata z stanowczością – Każdy, zanim szkoła minie, winien uczyć się z pilnością.

Od tej pory ptak Makary już nie chodził na wagary i z radością, nie z przymusem, został w szkole też prymusem, więc w lataniu, w szybowaniu był w czołówce swego stada. O przygodach zaś ze Stachem wszystkim chętnie opowiada, choć wie teraz ptak Makary, że zwiewając na wagary, że bez pracy, bez nauki, ma się w życiu spore luki.

Jeśli chcesz wysoko latać i zdobyć szczyty świata, musisz uczyć się wytrwale, co nie bywa trudne wcale.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



4 komentarze:

  1. Świetna bajka, życiowa i z morałem, i oby nasze, ludzkie, młodzieńcze przygody zawsze miały taki finał!

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo dziękuję i równie bardzo się cieszę, że zaproponowana lektura ma wartość dostrzeżoną przez Czytelników. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pięknie napisane😍Rodzina jest fundamentem i największą wartością.W stadzie raźniej i bezpieczniej🥰Pozdrawiamy i prosimy o więcej😍

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i bardzo się cieszę, że bajka została w ten sposób odebrana oraz odczytana. Mam nadzieję, że wydawnictwo umożliwi mi opublikowanie książki z podobnymi opowiadaniami kończącymi się morałem. Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń