Jakże się puszy upierzona trawa,
Kłosami kwiatów w lazur się wspinając.
Nie zadrży nawet w niej wiatrem obawa,
Że umrze w słońcu, o słońce błagając.
Ach, gdybym miała hart ducha tak dzielny
Jako ta trawa w słomkowym przekwicie,
Nie byłby zdolny los, nawet bezczelny,
Cierpkim uczynić moje słodkie życie.
Zachłanne dłonie jak studnię bezdenną
W górę ku słońcu zawsze bym wznosiła,
Z drzemiącą siłą we mnie potajemną
Mej codzienności truciznę bym piła,
Nie myśląc wcale o ciała kruchości
Obsypującej się martwym naskórkiem...
Czas, jak tę trawę, bez zbędnych czułości
Sieje mnie niczym kwiatów startym wiórkiem...
Z tą wszak różnicą, że kiedyś przeminę,
A trawa wiosną znowu się odrodzi.
Dźwigam na barkach pierworodną winę,
Która z pragnieniem życia się nie godzi.
Ślady zadepczą moje pokolenia
Cywilizacji pędem tresowane.
Echo nie wspomni mojego imienia.
Wzrok mój nie wejdzie w trawy rozczochrane
I nie wypłynę już tratwą spojrzenia
Na pióropuszy słomkowe przekwity...
Mój czas ma wymiar ostatniego tchnienia -
Dla traw się w trawach zdaje niespożyty...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz