Wiatr wpadł we śmigła gałęzi zielonych,
Więc te wirować i szaleć zaczęły.
Jak młyńskie koło we wodach spienionych,
Tako i one liście w obrót wzięły,
Przez co się zdało, że nie szum, a chlupot
Dudni potęgą oberwania chmury,
Przypominając wodospadu stukot,
Co ma złowieszczy dźwięk mrocznie ponury,
Rozdzierający ostrzem spływu skały,
Z których nurkuje ścianą wściekłej rzeki
W taflę, co hukiem wręcz rozszarpywały
Plusku chlapiące i ciężkie zacieki.
Szelestu strumień jak blaszanym wiadrem
Chlusną w twarz siłą, z powiek mych zmywając
To, co w mej duszy siedzi cicho na dnie,
W komorach serca żalem kołatając.
Nie drgnęłam nawet, w dźwięki się wsłuchując
Liści o liście rytmicznie klaszczące,
Które to we mnie, krwi prądem pulsując,
Wskrzesiły lata już mgłą zachodzące...
I świst sosnowych szczotek się pojawił
Rozczesujących jedwabne obłoki.
W pniach ich strzelistych, gdzie cień błogość sprawił,
Patrzyłam w niebo jak ich maszt wysoki
Kołysze miękko się na tle lazuru,
Rozkosznie mrucząc swą elastycznością,
Zakotwiczony haczykiem pazurów
Korzeni, które ze śliską łatwością
Wpełzają we mchu aksamitny pancerz
Wyrastający z grzybami pachnącej
Ziemi we ściółki rudo-rdzawej halce
Z jagodzinami się przeplatającej...
Jakaż to rozkosz dla mojej tęsknoty...
Stanąć na skraju lasu sosnowego,
Zażyć żywicą skropionej pieszczoty
Z opuszka wiatru w drzewach szepczącego...
Stoję przy jezdni zgarbionym zakręcie
Obok kapliczki krzyża przydrożnego.
Ptaki w koronach wyśpiewują szczęście,
Jaskółki w locie zaś tańczą do niego.
Idę w głąb wioski wzdłuż szeregu domów
Błyszczących okien swych szklaną źrenicą.
Wchodzę w obejścia niemal pokryjomu,
Mając nadzieję, że znów mnie zachwycą
Odgłosem drobiu w podwórzach rozsianym,
Psem na łańcuchu z radości skomlącym,
Odgłosem kosy w ostrze wklepywanym,
Wózkiem drewnianym kołem swym jęczącym,
Gwarem dyskusji i śmiechem serdecznym
Ludzi z sąsiedztwa siedzących przy stole,
Łanem zbóż, co się wydaje wręcz wiecznym,
Bruzdą ziemniaków, którą kwitnie pole,
Zapachem chleba w dzieży rosnącego,
Modłą różańca w świerszczowej okrasie
I smakiem mleka zsiadłego, świeżego
I brzękiem kubków dyndających w pasie
O wschodzie słońca ciągnącego w bory
Jagód spragnionych mieszkańców tej wioski,
Aurą bezsennej, choć już późnej pory,
Kiedy to echo niesie w gwiazdy plotki...
Coraz to częściej mnie się wracać zdarza
Do miejsc pachnących łąką i ogniskiem,
Bożego Ciała klęczeć przy ołtarzach
Lub przeskakiwać wręcz z dziecięcym piskiem
Przez rzekę Czarną szemrzącą mlaszcząco
W gęstwinach jeżyn, traw, brzóz i topoli...
Ten obraz wspomnień ścieżką prowadzącą
W świat, co jest ziarnem rozpuszczonej soli,
Mam wciąż przy sobie jak pożółkłe zdjęcie
Trzymane zawsze niczym skarb w portfelu -
Mam niebywale wyjątkowe szczęście -
Chwile wspaniałe pośród zmartwień wielu,
Będących szlakiem ludzkiej codzienności
O syzyfowym, żmudnym zabarwieniu
W szarej zazwyczaj bytu przyziemności
Ku gasnącemu powoli istnieniu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz