środa, 17 czerwca 2026

A U MNIE ZWYCZAJNIE

Pod wykrojonym z bezkresu błękitów

Skrawkiem, co oczom bezkresem się zdaje,

Pełnym obłoków niczym stalaktytów

Mój świat jaskinią przestrzeni się staje


Tonącej w światła złocistym kolorze,

Bursztynowymi kapiąc zaciekami...

Niebo się błyszczy niczym w słońcu morze,

Drżąc nieruchomo jasności falami,


Na których ptaki jak z papieru łódki

Dryfują skrzydeł rozpiętych żaglami...

Na ów błękicie chrobotem stalówki

Drzewa się zdają przemawiać wierszami...


Przemierzam zatem zmęczone chodniki

Wtopione w trawę asfaltową wstążką...

Pachną kredkami, ołówkiem piórniki

A ziemia robi się pod stopą grząską


Jakbym się w górę lekko podrywała,

Miękko stąpając w dziecięcych podskokach...

To, co dostrzegam, już bym malowała

Na murach, płótnach czy zmurszałych płotach...


Budzi się we mnie ogień fascynacji,

Który pozwala się wzbić pod obłoki,

Namiętność dzikiej niemal ekscytacji

Pomagającej objąć świat szeroki


Jednym zachłannych mych źrenic spojrzeniem

Otulającym zmysły panoramą...

Stoję zamarła dławiąc się wzruszeniem.

Wszak otrzymałam wręcz królewskie wiano.


Krokami trasa naprzód mnie unosi

Jakoby rzeka liścia na swym grzbiecie.

Cisza o dźwięku uznanie się prosi,

A echo z wiatrem szeleszcząco plecie,


Szum przywołując milczeniem zduszony

Gałęzi, które jak palce na harfie

Strącają ze strun ton onieśmielony

Na pięciolinii rozwiniętej szarfie


Wplecionej w odgłos miasta zbudzonego,

Co jak pies warczy silników lawiną,

Stepuje tłumem gdzieś się spieszącego,

Udręczonego znużenia rutyną.


Ot, dzień jak co dzień - po prostu zwyczajny.

Nic, co jest godne ukoronowania.

Poranek wobec natchnienia lojalny.

Czas przyziemnego mego bytowania:


O świcie spacer, a tuż po powrocie

Parzona świeżo i pachnąca kawa,

Okna na oścież topniejące w złocie

Słońca, co z którym podnosi się wrzawa


Ulic płynących spóźnieniem i trwogą

Przechodniów wzrokiem w dal odprowadzanych,

Teksty, co we mnie obumrzeć nie mogą

I co się rodzą w słowach przelewanych


Na w monitorze wyświetlane kartki

Przez klawiatury łoskot przesuwane

I wyciągane jakoby z szufladki

A po zapisie garściami rzucane


Jak ziarna szeptem podjętej rozmowy

Z czytelnikami wierszy spragnionymi...

Następnie rygor zmiażdżyć mnie gotowy

Obowiązkami mi narzuconymi


Przez społeczeństwo zaprogramowane

W imię porządku ułudnie świętego...

Że też mi nie jest, Panie Boże, dane

Zrzucić tę uzdę życia zwyczajnego,


Aby się sztuce poświęcić bez reszty

I trwać w twórczości jakoby w obłędzie.

U mnie zwyczajnie bywa wciąż niestety

Jako zwyczajnie bywa (chyba...) wszędzie.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz