Pod wykrojonym z bezkresu błękitów
Skrawkiem, co oczom bezkresem się zdaje,
Pełnym obłoków niczym stalaktytów
Mój świat jaskinią przestrzeni się staje
Tonącej w światła złocistym kolorze,
Bursztynowymi kapiąc zaciekami...
Niebo się błyszczy niczym w słońcu morze,
Drżąc nieruchomo jasności falami,
Na których ptaki jak z papieru łódki
Dryfują skrzydeł rozpiętych żaglami...
Na ów błękicie chrobotem stalówki
Drzewa się zdają przemawiać wierszami...
Przemierzam zatem zmęczone chodniki
Wtopione w trawę asfaltową wstążką...
Pachną kredkami, ołówkiem piórniki
A ziemia robi się pod stopą grząską
Jakbym się w górę lekko podrywała,
Miękko stąpając w dziecięcych podskokach...
To, co dostrzegam, już bym malowała
Na murach, płótnach czy zmurszałych płotach...
Budzi się we mnie ogień fascynacji,
Który pozwala się wzbić pod obłoki,
Namiętność dzikiej niemal ekscytacji
Pomagającej objąć świat szeroki
Jednym zachłannych mych źrenic spojrzeniem
Otulającym zmysły panoramą...
Stoję zamarła dławiąc się wzruszeniem.
Wszak otrzymałam wręcz królewskie wiano.
Krokami trasa naprzód mnie unosi
Jakoby rzeka liścia na swym grzbiecie.
Cisza o dźwięku uznanie się prosi,
A echo z wiatrem szeleszcząco plecie,
Szum przywołując milczeniem zduszony
Gałęzi, które jak palce na harfie
Strącają ze strun ton onieśmielony
Na pięciolinii rozwiniętej szarfie
Wplecionej w odgłos miasta zbudzonego,
Co jak pies warczy silników lawiną,
Stepuje tłumem gdzieś się spieszącego,
Udręczonego znużenia rutyną.
Ot, dzień jak co dzień - po prostu zwyczajny.
Nic, co jest godne ukoronowania.
Poranek wobec natchnienia lojalny.
Czas przyziemnego mego bytowania:
O świcie spacer, a tuż po powrocie
Parzona świeżo i pachnąca kawa,
Okna na oścież topniejące w złocie
Słońca, co z którym podnosi się wrzawa
Ulic płynących spóźnieniem i trwogą
Przechodniów wzrokiem w dal odprowadzanych,
Teksty, co we mnie obumrzeć nie mogą
I co się rodzą w słowach przelewanych
Na w monitorze wyświetlane kartki
Przez klawiatury łoskot przesuwane
I wyciągane jakoby z szufladki
A po zapisie garściami rzucane
Jak ziarna szeptem podjętej rozmowy
Z czytelnikami wierszy spragnionymi...
Następnie rygor zmiażdżyć mnie gotowy
Obowiązkami mi narzuconymi
Przez społeczeństwo zaprogramowane
W imię porządku ułudnie świętego...
Że też mi nie jest, Panie Boże, dane
Zrzucić tę uzdę życia zwyczajnego,
Aby się sztuce poświęcić bez reszty
I trwać w twórczości jakoby w obłędzie.
U mnie zwyczajnie bywa wciąż niestety
Jako zwyczajnie bywa (chyba...) wszędzie.
grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz