W
gospodarstwie pana Stacha i na drzewie, i na dachach nad stodołą, i
nad domem leżą gniazda wyłożone patykami i kijami, mchem, wiórami
i trawami. A w tych gniazdach są bociany, które stroją się w
żupany z biało – czarnych piór utkane, co w kozaki przyodziane o
kolorze purpurowym z dziobem równie kolorowym po mokradłach, łąkach
brodzą i to połkną, co w nich złowią. Pasikonik czy dżdżownica,
małe ryby czy gryzonie, ślimak, żaba też zachwyca to menu
urozmaicone. Krety, węże, gronostaje czy pisklęta lub zające –
nic uwadze nie odstaje, co znajduje się na łące.
Tą
scenerią, moi Mili, byście się wręcz zachwycili, bo u Stacha, w
wsi Żywkowo, świat bociani jest nad głową, co na trasie z
Toprzynami ciągnie się kilometrami. W okolicach tych platformy
widokowej, wielkiej formy sąsiadują z muzeami, z galeriami z
pamiątkami. Na tym szlaku Warmii, Mazu, gdzie zieleni lśni abażur,
tłum turystów – miłośników czuwa cicho w zagajniku, by bociany
obserwować, jak i też sfotografować. Popularność wsi Żywkowo,
Toprzyn oraz wsi Pentowo niesie hojnie po Europie sławy ptaków
polskich krocie.
Zysk
to wielki! Sława miła!, lecz… zepsucie uczyniła, bo w bocianim
towarzystwie, w którym ptaki, niemal wszystkie, zgodnie żyły z swą
naturą, nie zajmując głowy bzdurą, był jedyny odszczepieniec –
chciałoby się rzec: szaleniec! – bocian młody i narwaniec,
pozujący niesłychanie z przyjemnością fotografom, w każdym dniu
będącym gafą. Miał na imię on Makary. Nie był młody. Nie był
stary. Tym się różnił ów Makary, że na dziobie okulary nosił z
dumą oraz z gracją, chlubiąc się głoszoną racją. Lubił
książki i gazety. Nosił szalik i skarpety. Często w okna też
zaglądał. Telewizję w nich oglądał, wiadomości pochłaniając
oraz wiedzę zdobywając. Z takim właśnie to obyciem, czuł się
bocian znakomicie w towarzystwie tłumów ludzi, których inność
radość budzi i ciekawość niezgłębioną, wiecznie chłonną,
pobudzoną. Z takiej zatem to przyczyny chodził bocian w odwiedziny
do mieszkania pana Stasia, jakoby rodzina ptasia. Dreptał za tym
gospodarzem zawsze razem w jednej parze. Wszyscy we wsi się dziwili,
gdy we dwoje ci chodzili – pan Stach oraz ów Makary, który nosił
okulary.
Bocian
– ojciec, jego żona, synem swym strasznie zmartwiona, Makaremu
tłumaczyli, by nie tracił ani chwili na dziwactwa i głupoty,
bowiem wpędzi się w kłopoty.
-
Czas najwyższy, - rzekła mama przygnębiona i stroskana – byś
nauczył się polować! Pora przestać leniuchować. Kurom ziarna
wydziobujesz. Psu z miseczki podskubujesz i z talerza pana Staszka
jesz, co nie jestże dla ptaszka. Tyś urodził się bocianem. Skądże
w tobie to skaranie?! Skądże w tobie te maniery? Mów natychmiast i
bądź szczery! - A Makary nic nie mówi. W myślach mota się i
gubi, odpowiedzi w nich szukając oraz skrzydła rozkładając w
bezradności, zagubieniu. - Cóżże siedzisz tak w milczeniu?! -
denerwuje się mamusia mimowolnie na synusia.
-
Synu… - westchnął bocian – tata. – Każdy brodzi z nas i
lata. Ty z człowiekiem zaś obcujesz i go ciągle naśladujesz. Nie
wypada toż to tobie! Czy masz fiu bździu w ptasiej głowie?! Czas
do stada ci powrócić. Pora ci nas przestać smucić. Jutro razem
wyruszymy i w mokradłach zanurzymy długie nogi po kolana, aby łąka
rozhasana odsłoniła swe bogactwa, nakarmiła brzuszki ptactwa.
Jutro będzie polowanie i królewskie ucztowanie.
-
Ja nie mogę… Ja nie lubię… Dni są dla mnie wówczas długie,
strasznie nudne i nużące, kiedy brodzę w nich po łące – wręcz
zarzeka się Makary, poprawiając okulary. – Mamo, tato! Wolę
czytać niźli żaby, krety chwytać, telewizję pooglądać. Nie
możecie przecież żądać, bym się pozbył przyjemności dla tych
wszystkich okropności. To, żem bocian, wiem na pewno, lecz czy nie
jest wszystko jedno, czy ja z wami czy ze Stachem, co nas gości
swoim dachem?! My jak jedna wszak rodzina, która dzień kończy,
zaczyna, która mieszka obok siebie oraz wspiera się w potrzebie…
-
Bocian, człowiek – Płacze tata. – chociaż wspólnie pędzą
lata, nie są z sobą spokrewnieni i nic tego już nie zmieni.
Wtem
Makary skrzydłem machnął, o powietrze piórem trzasnął i
poleciał, hen!, przed siebie jak latawiec, co po niebie kreśli
zwinne piruety, lecz wbrew sobie to niestety, bowiem wiatrem
podrywany, po obłokach kołysany. Tak niezdarnie bocian leci. Białym
skrzydłem w górze świeci, przechylając się na boki, zawadzając
o obłoki, rozpruwając dziobem chmury, jako rzadko ptak, to który
umiejętność szybowania wykonuje bez wahania, bez kłopotów,
niedbałości, a z oznaką przyjemności. A, Makary w przerażeniu na
swych skrzydeł rozłożeniu mknie pod niebem, lecz z przymusem,
rozkładając nogi kłusem jakby zając, co piórami macha, walcząc
z wiatrakami. Widok śmieszny to okropnie. Bocian w kroplach potu
moknie, bo wysiłkiem niebywałym lot pod niebem zda się wielkim.
Wisi ptak w rozpiętych skrzydłach, jakby go huśtały szelki. Wtem
zawiało, zahuczało. Wiatr ochrypłym śmiechem chlasnął, a Makary
od podmuchu zleciał z nieba, o pień trzasnął. Posypało się
igliwie. Kory lecą zdarte krocie. Bocian leży plackiem w błocie.
-
Już nie będę więcej latał!, – gniewnie krzyczy ptak Makary –
i nie będę też się bratał – Z trawy podniósł okulary. – z
wiatrem, który ze mnie szydzi i mnie w locie nienawidzi. – Wstał
Makary oburzony, obolały, wybrudzony. – Wracam pieszo! –
postanawia, budząc sobą śmiech żurawia, co w mokradłach siedział
cicho, patrząc cóż to jest za licho, które z nieba leci z hukiem,
sypiąc wkoło śnieżnym puchem. - Mam dość! - złości się
Makary, zakładając okulary. - Ja nie będę więcej latał i się z
wiatrem w górze bratał! - tak oznajmił, ruszył ścieżką, czując
w sercu wściekłość wielką.
Skrzydła
w pięści zaciśnięte, oczy złością są przejęte, nogi
strasznie ociężałe, bo zmęczone, obolałe. Powłóczystym, długim
krokiem idzie bocian, który lotem tak się zraził, tak zniechęcił,
że aż w gniewie dziobem kręcił, a gdy wrócił już do gniazda,
nie zdradziła się to prawda o wypadku, o upadku i o przykrych
przygód skrawku. Opowiadał wręcz z przejęciem, jakie to miał
wielkie szczęście, że z wilkami walczył w lesie, w którym echo
strachy niesie, że się wymknął z ich niewoli, bezszelestnie i
powoli wyślizgując się z zasadzki, zawadzając o purchawki,
upadając na polanie, brudząc piór śnieżne ubranie. Ptasia mama
bajek słucha, czyszcząc dziobem syna żupan. A tuż obok i w
zadumie, i w bocianów licznym tłumie tata plan podróży kreśli,
rozpatrując treści wieści, dotyczących to pogody, z którą
bocian stary, młody muszą zmierzyć się w podróży, co ją
sierpień końcem wróży.
-
Wszyscy wspólnie wyruszymy przed nadejściem srogiej zimy –
proponuje bocian – tata, odczytując koniec lata. – Kluczem stada
przefruniemy nad Rumunią, nad Bułgarią. Lotem sprytnym w mig
przemkniemy ziemię Turcji, wodę parną. Na Półwyspie odpoczniemy,
co Synajskim jest nazwanym. Do Afryki pofruniemy do doliny, gdzie Nil
mamy. – Wszyscy brawa w skrzydła biją, kręcąc długą, smukłą
szyją.
-
Ja nie lecę! – drży Makary.
-
Co to?!... Protest czy wagary? – pyta wujek z oburzeniem – Toż
to chyba przesłyszenie! Wszyscy, zgodnie z obyczajem, lecą razem w
ciepłe kraje. Nikt z bocianów nie zostaje. Zima się we znaki daje.
Każdy życie swe poświęci, kiedy straci wszelkie chęci, by
opuścić polskie ziemie, gdzie mróz z śniegiem, gdzie promienie
bladym słońcem ledwo świecą, a z obłoków płatki lecą. Tak nie
można!, nie wypada… Co Makary opowiada?!
-
Nie wyrażam zgody na to!
-
Ależ droga mamo, tato… Ja dołączę do was potem. Ja polecę
samolotem.
-
Samolotem?! Co ty pleciesz? Żaden bocian to na świecie przecież
tak nie podróżuje! Co ty knujesz?!... Czy… żartujesz?... –
pyta dziadek zatroskany, we zmartwieniu zadumany.
-
Synu… - Płacze w lęku mama. – Nie polecę przecież sama,
ciebie tutaj zostawiając.
A,
Makary wciąż słuchając wszystkich przykrych argumentów
brzmiących tonem drwin, zamętów, postanowił, zdecydował i wyboru
nie żałował, więc porankiem, tuż przed świtem, zanim grono
znakomite ze snu wstało odprężone, czyszcząc skrzydła rozłożone,
ukrył bocian się w stodole, leżąc w sianie tuż przy kole i pod
wozem drabiniastym w odrętwieniu niemal strasznym. Mimo jednak
niewygody, bowiem w lęku bez swobody, czekał aż wszyscy odlecą, w
górze głośno dziobem klecąc.
Wtem
zleciała się rodzina. Każdy skrzydła swe rozpina. Każdy się
gimnastykuje i do lotu się szykuje. Nagle mama z gniazda leci. Łza
jej smutna w oku świeci.
-
Gdzieś zapodział się Makary?! Czy to koszmar? Czy to czary?! -
lamentuje ptasia mama. - Ja nie mogę lecieć sama, zostawiając
Makarego. Toż to jest coś okrutnego!
-
Gdzie Makary? Gdzie Makary?! – krzyczał bocian młody, stary. –
Czas się zbierać do podróży.
Tata
– bocian oczy mruży. Mama piórem łzy ociera. Słońce wolno się
przedziera wschodu bladym, jasnym pasmem, przebijając ciemność
światłem.
-
Ja nie lecę! - krzyczy mama. - Ja nie mogę lecieć sama!
-
On doleci nieco potem. Ma się zjawić samolotem – tata żonę
swoją wspiera, gdy ta piórem łzy ociera. - Nam już trzeba w drogę
ruszać. Nie ma co się tak zasmucać. Jak obiecał, pewnie
zrobi – mówiąc tak, tata się głowi i zamartwia się o syna, co
przedziwnie się zaczyna zachowywać i prowadzić. - Przecież to nie
będzie wadzić.
-
Po cóż jemu zatem skrzydła, skoro podróż jemu zbrzydła w
szybowaniu po błękicie?! Oj, niełatwe z nim jest życie… -
wzdycha mama oburzona
i wyraźnie przygnębiona.
Wtem
zerwały się bociany. Lśnią na niebie ich żupany. Wiszą w górze
pod słoneczkiem, tworząc niebu falbaneczkę.
-
Wyruszamy! Wyruszamy! Czasu wiele wszak nie mamy! – klekotały
zgranym chórem, płosząc skrzydłem mgłę i chmurę.
I
tak… wszystkie odleciały, rozsiewając szum na wietrze, a Makary
posmutniały ze stodoły wyjść już nie chce. Leży sobie na
posłaniu w śnieżnym piórek swych ubraniu, marząc ciągle o
przygodzie, o wygodzie i swobodzie.
-
„Teraz” – myśli ptak Makary, czyszcząc szalem okulary –
„będę robił to, co zechcę.” – Pomysł radość w sercu
łechce. – „Nikt mi bowiem nie zakaże i niczego nie rozkaże.
Będę sobie swoim panem!, i na zimę tu zostanę. Posmakuję wszak
wolności oraz wszelkich przyjemności. A, gdy wszyscy tu przylecą,
będą wiedzieć, że bzdur klecą całe mnóstwo, całe krocie bez
rozumu i w głupocie.”
Kończąc
wszelkie przemyślenia, usiadł w sianie od niechcenia. Szal
poprawił, okulary i skarpety swe podciągnął, po czym pod dom się
przeprawił i zaglądnął doń przez okno, oglądając wiadomości,
filmy, bajki, kabarety. Mimo różnych przyjemności, tęsknił
bocian ów niestety za rodziną, która leci do Aryki już na pewno…
dwa dni może!… albo trzeci?!, więc mu nie jest wszystko jedno, że
pozostał sam na włościach gospodarstwa pana Stacha. Zimno wije się
po kościach, niszcząc gniazda, co na dachach i na drzewie rozłożone
rażą smutkiem, opuszczone. Postanowił więc Makary do rodziny swej
dołączyć.
-
Ja polecę samolotem. Będę wodę z Nilu sączyć, gdy na brzegu
wylądują moi bliscy, moi mili. A tak się tym uradują, iż mnie
będą wciąż chwalili za spryt, pomysł i zaradność, za strategię
i przykładność, że na drugi rok wakacji według moich słusznych
racji samolotem wyruszymy przed nadejściem srogiej zimy do Afryki, w
ciepłe kraje, jak nam każą obyczaje.
Wpadł
więc bocian do pokoju i w powadze, i w spokoju wziął słuchawkę
telefonu, nie zdradzając nic nikomu, wybrał numer na lotnisko, aby
pozałatwiać wszystko. Wtem głos kogoś się odzywa, do rozmowy
boćka wzywa, więc Makary z elegancją zamówienie swoje składa…
W aparacie telefonu ktoś przedziwnie, obco gada.
-
Halo! – woła ptak Makary, telefonem kręcąc, wiercąc,
poprawiając okulary, aż mu oczy szczęściem świecą. – Chcę
polecieć samolotem w ciepłe, droga pani, kraje. Zatem dzwonię, aby
lotem przebrnąć nieba szlaki całe docelowo do Afryki, gdzie Nil
płynie przez ląd dziki…
-
Co za wstrętne wychowanie! – gniewnie pani się odzywa. – Czy to
panu tak przystaje, że mnie, myślę, pan poniża?!
-
Nie rozumiem. Proszę jaśniej – bocian dwoi się i troi. Wtem
słuchawka hukiem trzaśnie. Bocian już się niepokoi.
-
Halo… - woła Makarego telefonu nagłośnienie. Kiedy bocian się
odzywa, z tamtej strony drży milczenie. – O co chodzi? W jakiej
sprawie? – pani krzyczy we słuchawce. – Czy przedstawi pan
łaskawie, o co panu chodzi właśnie?! Halo!... Halo!... Nie
rozumiem! No i pojąć nic nie umiem.
-
Co za żarty?! Nieuprzejmość! – ptak wygłasza do słuchawki. –
Jakaż w pani jest bezczelność! Co za bełkot wilgi, kawki?! – W
bezradności wzrusza skrzydłem, okulary przecierając. – Do
Afryki! – krzyczy gniewnie, bilet lotu zamawiając.
-
Jakie kle, kle? Jakie kle, kle? Co za klekot? Co za żarty?! –
wrzeszczy pani do słuchawki. – Kto tak strasznie jest uparty, że
po ludzku nic nie mówi, nie przedstawia sprawy jasno, że sylaby,
głoski gubi, przez to gwarę ma pokraczną?!
Bocian
w nerwach rozogniony pięścią skrzydła w stolik trzasnął, poczuł
że się poniżony. Nogą tupnął, dziobem klasnął.
-
Do Afryki, gdzie Nil płynie! – coraz głośniej ów ptak krzyczy.
– Chcę zamówić tańszą linię! Czy mnie pani teraz słyszy?!
-
Takim durnym klekotaniem nic pan u nas nie dostanie! - Rozłączyła
się rozmowa, a bociana boli głowa.
-
Zatem jadę – decyduje – autobusem do Warszawy. – Duma, nogą
przytupuje. – Tam załatwię wszystkie sprawy.
Spiesznie
zerwał się do gniazda, by spakować swą walizkę, a w nią wsadzić
skarpet kilka oraz książki swoje wszystkie, których jeszcze nie
przeczytał, a planował przy okazji, po czym trochę lekkomyślnie,
bo pod wpływem wszak fantazji, kłusem pędził na przystanek, do
stolicy chcąc pojechać. Przetarł oczy swe zaspane. Sprawdził, ile
trzeba czekać.
Liście
lecą pozrywane. Dziób od zimna począł szczękać i Makary o swe
zdrowie zaczął się poważnie lękać. Wokół głucho. Wokół
cicho. Jesień się zapuszcza w głębię, a Makary przerażony,
myślał: co też teraz będzie? Sam pozostał bez opieki i bez
wsparcia, i bez dachu… Drżał Makary nie od zimna, lecz w
poważnym, wielkim strachu. Wtem!, nad głową po błękicie kluczem
ptasim mkną żurawie, co zerwały się o świcie, gubiąc pióra w
żółtej trawie i kierując się na zimę do Hiszpanii, Portugalii,
więc Makary łzę uronił w żalu gorzkim i nostalgii.
-
Po cóż były mi wagary? – westchnął z bólem ptak Makary. –
Nauka w szkole od latania przyprawiała mnie o mdłości. Teraz
jednak się odsłania brak tej cennej wszak zdolności. Gdybym umiał
sprawnie latać, ruszyłbym pod niebem świata z najbliższymi w
ciepłe kraje, jak nam każą obyczaje. A, tak skrzydła, niczym
kłody, bez wolności i swobody, nie potrafią nieść mnie w górze…
Kiepski koniec sobie wróżę… - szeptem kwilił ptak Makary, łzą
zraszając okulary. – Samolotem mam nadzieję przemknąć miasta,
wioski, knieje, rzeki, morza i pustynie zanim doba w czasie minie. -
Wtem autobus drogą jedzie. W nim kierowca jest na przedzie, co się
nawet nie zatrzymał, inny tworząc przygód finał. Minął boćka
kół rozpędem. Za nim auta suną rzędem. - To pojadę autostopem.
– I unosi bocian stopę, by zatrzymać jakiś pojazd i załatwić
sobie dojazd na lotnisko we Warszawie ku istotnej przecież sprawie.
Z
piskiem opon bus odsapnął i silnikiem wrogo chrapnął. Podbiegł
zatem ptak Makary, skrzydłem chroniąc okulary. Drzwi otworzył.
Wpadł do busa, czyniąc sprytem tylko susa, lecz się ludzie
przestraszyli, no i boćka wyrzucili z walizeczką na pobocze. Wiatr
nad ptakiem drwi, łopocze. Ból we skrzydle ma Makary i stłuczone
okulary. Wstał cierpiący, posmutniały. Kości mu się połamały
od upadku na pobocze. A wiatr ciągle drwi, łopocze. Echo niesie
drwiny, śmiechy oraz krzyki oburzenia:
-
Bocian w aucie! - wrzeszczą ludzie. - Toż to nie do pomyślenia!
-
Wracam… - Szlocha ptak Makary, co zniszczone okulary na swym
dziobie ciągle nosi. – Los mnie widać też nie znosi. Może
przyjmie mnie pan Stachu i ułożę się na dachu w gnieździe moim
to rodzinnym… Już nie będę tak dziecinnym – tak to sobie
obiecuje, skrzydło skrzydłem podtrzymuje – i nie pójdę na
wagary, jakom ptak, jakom Makary! Wiosną, gdy bociany wrócą, latać
może mnie poduczą i za rok w sierpniowej porze, kiedy który mi
pomoże, sam na skrzydłach sprawnym lotem, a nie jakimś samolotem,
powędruję do Afryki, gdzie ląd ciepły oraz dziki. – tak to
prawiąc, debatując, ból złamania skrzydła czując, szedł Makary
przygnębiony i jesienią umęczony, a gdy wkroczył na podwórko,
padł pod łapki kaczkom, kurkom, wywołując zamieszanie, mdlejąc
słaby niesłychanie.
Ból
ogłuszył Makarego i samotność, co do tego stanu też się
przyczyniła i cierpienie rozogniła. Spał więc bocian nieprzytomny
na podwórzu, jak bezdomny, leżąc w błocie nieruchomo. Co z nim
będzie?!... Nie wiadomo. Nad nim kury gdaczą, pieją, sroki się na
płocie śmieją, kaczki gęgiem debatują, psy szczekaniem dokazują.
Hałas, rwetes, zamieszanie. Kto i co odpowie na nie?!... Lament
wielki i żałobny do paniki jest podobny, więc na krzyki psów i
ptactwa biegnie z domu grupa zacna, w której wodzi prym pan Stach,
niosąc boćka pod swój dach.
Ciepło
pióra rozczesuje. Bocian rozkosz w lotkach czuje. Z wielkim trudem i
z wysiłkiem łypie okiem krótką chwilkę wokół siebie dla
sprawdzenia, gdzie ma zaszczyt odprężenia. Z prawej strony kredens
stary, co stłuczone okulary rozmnażają w liczebności. Obok ściana
pełna roślin. Przy kominku śpi kocisko, pomrukując zgodnie z
iskrą, co nad ogniem tańczy, błyska i w płomieniach ciepłem
pryska. Naprzeciwko telewizor, jak szpiegowski noktowizor, świat
podgląda i odsłania. Wtem ból senność z oczu zgania!, bo wezwany
weterynarz wnet badanie rozpoczyna i palcami obmacuje skrzydło,
które ból że
czuje. Ptak Makary cierpi srodze. Stach mu trzyma dziób przy nodze.
Ktoś go ściska za kolana i ktoś kocem go zasłania. Lekarz kręci
chorym skrzydłem, jak złamanym, starym śmigłem, a cierpienie
ciało chłosta. Wtem diagnoza pada prosta:
-
Jest złamana kość łokciowa i pęknięta promieniowa, więc
usztywnić trzeba kości, by powrócił do sprawności oraz pełnej
zdrowotności. Musi również nasz Makary dostać nowe okulary –
rzekł pan doktor, pocieszając, skrzydło chore dotykając. –
Niechaj dużo odpoczywa i do lotu się nie zrywa – tak powiedział
weterynarz, skrzydło boćka usztywniając. – Zima sroga się
zaczyna, więc musicie się nim zająć.
Pan
Stach pokój przygotował dla bociana z gościnnością i się chorym
opiekował z sentymentem, i radością. Na te wieści o Makarym media
wszystkie się zleciały i o boćku, który został wszędzie głośno
rozprawiały, więc w gazetach artykuły ze zdjęciami w różnej
pozie, w telewizji zaś programy o bocianie, co na mrozie po obejściu
pana Stasia wiernie krąży oraz hasa, lecą w przestrzeń nad
dachami, łowiącymi wiadomości sterczącymi antenami dla sensacji,
przyjemności. Tak to właśnie ptak Makary, który chodził na
wagary, stał się sławny w okolicy, we wsi każdej i w dzielnicy.
Wszyscy boćka wspominali i o boćku rozprawiali, co na zimę w
Polsce został i warunkom ciężkim sprostał.
Zima
mrozem wokół trzeszczy. Wiatru huczy ton złowieszczy. Śniegiem
niebo sypie w oczy, a mróz lodem wody tłoczy. Wszędzie zimno.
Wszędzie biało. Śniegiem niebo przysypało wszystko wkoło, aż do
końca!, okradając ziemię z słońca. W oknach kwiat rzeźbiony
mrozem. Dach się szczerzy w soplach lodem.
Bocian
świat ów obserwuje, za rodziną popłakuje. Tęskni strasznie i
potwornie. Pragnie wiosny wręcz nieskromnie, z zachłannością,
niecierpliwie, nudząc zimą się straszliwie, bo za zimno dla
bociana, by na sanki ruszyć z rana, by obrzucać się śnieżkami z
miejscowymi dzieciakami. Widząc smutek Makarego, Stach wziął
miarę, by dla niego zrobić czapkę, ciepłe buty, rękawiczki, dwa
kożuchy, a gdy wszystko przygotował, boćka na dwór wyszykował.
Biegną
w zaspach Stacha dzieci, a za nimi bocian leci, tonąc w śnieżnej,
białej pianie, bo gdzie stąpnie, bo gdzie stanie, tam kołnierze
srogiej zimy opadają, jak pierzyny, przykrywając Makarego, w śniegu
kiepsko idącego. Skaczą w puchu zwinnym susem. Biegną w zaspach,
jakby kłusem. Toczą kule na bałwana. Pędzi grupa rozhasana i
nurkuje w śnieżnej pianie, nie przejmując się ubraniem. Z nieba
lecą białe gwiazdy, więc je łapie niemal każdy na języki
wysunięte oraz w górę wyciągnięte, a po chwili, leżąc w śniegu
w równym, zgodnym to szeregu, rozkładają nogi, ręce i machają
coraz prędzej, rzeźbiąc ciałem kształt anioła. To zabawa jest
wesoła, przy czym z wielką walecznością i ogromną przyjemnością
obrzucają się śnieżkami – chłopcy razem z dziewczętami, a
Makary tak na zmianę: w jednej, drugiej grupie stanie, brodząc w
zaspach jak na szczudłach, licząc, że się wreszcie uda opanować
sztukę biegu po głębokich górach
śniegu. Później tafla lodowiska, co na którym łyżwa
błyska. Na saneczkach i na nartach, gdzie zjeżdżalnia jest
przetarta, z górki lecą na pazurki i synowie oraz córki z całej
wiejskiej okolicy – ich radością echo krzyczy. Oj, szaleje ptak
Makary, co ma nowe okulary na gumeczce, niczym gogle, by nie potłuc
szkieł, co dobre. Po zabawie i uciesze, bocian wsuwa się w pielesze
i wieczory mu mijają czy z gazetą, czy też z książką. Dni do
szaleństw go wzywają. Na dwór wabi srebrne słonko. Nie ma czasu
na tęsknotę. Nie ma czasu na refleksje, do zabawy zaś ochotę,
która go opuścić nie chce, więc z wesołym towarzystwem, w
wielkiej czapie, w długich butach, w jakich to niezdarnie człapie,
kiedy lodem droga skuta, wyskakuje na podwórko i kożuchem otulony
pod sypiącą śniegiem chmurką skacze, krzyczy w cztery strony,
ciesząc się zimowym szczęściem, czego pragnie jeszcze więcej. A,
gdy wraca z dzieciakami, z zmarzniętymi to skrzydłami siedzi sobie
przy kominku, pijąc wywar z pokrzyw, kminku na rozgrzanie i na
zdrowie. W karuzeli słów i mowie, opowiadań i sprawozdań, bocian
„kle kle” swe dorzuca do opisów, a w nich do zdań, jakie z ust
dziecięcych płyną jednym ciągiem, na wydechu, wypuszczane z
wesołością i w wyścigu, i w pośpiechu z entuzjazmem, i radością.
Zima
nęci. Zima kusi śniegiem, który z nieba prószy!, więc minęły
dni w szaleństwie i przemknęło białe szczęście, i przedwiośniem
zapachniało, które wodą się rozlało, zatapiając łąki, pola…
Gdzież
podziała się wesoła pani zima w białej szacie?...
Dzisiaj
błota są połacie. Nagie drzewa szarobure i dni smutne, i ponure.
Sople topią się, skapują i za kołnierz się wślizgują
nieprzyjemną zimną strugą. Czy tak będzie brzydko długo?
Bocian
siedzi zniechęcony, w czarne niebo zapatrzony. Wszystkie książki
już przeczytał, więc się gazet chętnie chwytał, a gdy skończył
już lektury, dzień się stawał dlań ponury. Żałość, smutek
czas rozwleka, a Makary wiosny czeka. Och, skończyła się uciecha.
Bladym słońcem tli się strzecha. Wiatr w gałęziach hałasuje,
chłodem nosy podszczypuje. Deszczem lunie szarość nieba i
nostalgią szumią drzewa. Wyjść nie można, bo jest plucha. Wokół
szumi cisza głucha. Nagi konar i gałęzie anonsują smutek
wszędzie. Dzieci w szkole, a dom pusty. Na gałęziach smutku
chusty. Kapie, siąpi, chlupie, pluska, a w bocianie rośnie pustka i
tęsknota za rodziną.
-
Kiedy wreszcie te dni miną? – wzdycha w żalu ptak Makary, patrząc
okiem w zegar stary. – Kiedy będzie czas radosny i bogactwo
ślicznej wiosny?
Nieprzyjemna
pora roku, więc się łezka kręci w oku, a Stach widząc
przygnębienie, zaraz stworzył osłodzenie przykrej chwili w czas
przedwiośnia, więc zabrzmiała wnet rozgłośnia, jakby jednym
zgranym chórem. Bocian zadrżał każdym piórem, gdy usłyszał
ptasie trele, brzmiące skocznie, jak wesele, zwiastujące, że to
wiosna zbliża wolno się rozkoszna. Tak puszczana z płyt muzyka w
tonie tanga czy walczyka czas skracała przyjemnością,
przyprawiając dzień radością, a wieczorem na tarasie pan Stach
grał na kontrabasie, by koncertem swym umilić płynność każdej
wspólnej chwili.
Tak
przeminął dzień i drugi, tydzień, miesiąc, dwa miesiące, aż
horyzont, tak jak długi, stokrotkami lśnił na łące. Ziemia się
zazieleniła. Wierzby bazią się sypnęły, gałąź pąki wypuściła
i rozbrzmiały ptasie śpiewy, a Makary w szczęśliwości po
podwórku biega, skacze i z radości niewezbranej od wzruszenia
głośno płacze, bo na niebie z marca końcem odsłoniło wiosny
słońce dwa bociany, co wracały, nad Makarym szybowały.
-
Mama – woła – oraz tata pod chmurami zwinnie lata! Ach,
witajcie! Ach, witajcie! Po podróży zasiadajcie, by odpocząć,
oddech złapać. – Począł bocian tańczyć, skakać. – Tak się
cieszę! Tak raduję! Żem tu został, nie żałuję. Zobaczyłem
jesień, zimę i przedwiośnie nieciekawe, lecz w tym wszystkim,
przyznać muszę, zdałem sobie jednak sprawę, że samemu bez
rodziny, chociaż w dobrym towarzystwie, szczęście szczere gdzieś
gubimy, mając tylko życie przykre. Obiecuję, obiecuję, że
latanie podszlifuję i z wakacji letnich końcem, wzniosę skrzydła
swe pod słońcem, by pofrunąć w ciepłe kraje naszym starym
obyczajem.
-
Oj, kochany nasz Makary, gdybyś nie szedł na wagary, umiałbyś pod
niebem latać, by przemierzyć kawał świata – mówi mama, głową
kiwa, klekotaniem rytm wygrywa.
-
Jaki z tego morał płynie? – pyta tata z stanowczością –
Każdy, zanim szkoła minie, winien uczyć się z pilnością.
Od
tej pory ptak Makary już nie chodził na wagary i z radością, nie
z przymusem, został w szkole też prymusem, więc w lataniu, w
szybowaniu był w czołówce swego stada. O przygodach zaś ze
Stachem wszystkim chętnie opowiada, choć wie teraz ptak Makary, że
zwiewając na wagary, że bez pracy, bez nauki, ma się w życiu
spore luki.
Jeśli
chcesz wysoko latać i zdobyć szczyty świata, musisz uczyć się
wytrwale, co nie bywa trudne wcale.
grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl