Otuliły już brzozy złotymi pledami
Ścieżki oraz chodniki pod nimi płynące,
Co, rdzewiejąc, się mienią miedzi odcieniami
Jak na puder roztarte zachodzące słońce
Pozszywane kwiatami w brązowym kolorze
Na wzór sieci rybackiej, która wyłowiła
Bursztynowo gasnącą pod stopami zorzę,
Co się pyłem miodowym gęsto rozścieliła,
Chociaż z liści wiatr jeszcze wyczesać nie zdołał
Owych kwiatów sprószonych mgiełką cynamonu.
Szum w gałęziach o litość - wydaje się - woła,
By nie stracić kwitnienia, które po kryjomu
Już odchodzi szelestnie w cienie zapomnienia,
Ustępując zieleni w puchatej koronie...
Kwiat się z brzozy w dywany na chodnikach zmienia
I niejedna nim ścieżka mahoniowo płonie...
Stąpam po tych kobiercach, kroki wygłuszając
I się ciszy pod brzozą bacznie przysłuchując,
Gdy ta drzemie, przeczucia w ogóle nie mając,
Że ktoś stoi tuż obok, oddech jej kosztując...
Pluszczą fale warkoczy w liściastych kokardkach,
Kaskadami gałęzi spływając z konarów...
Szemrze w brzóz tych koronie jakby rzeka wartka,
Co obraca jak w młynie wskazówki zegarów.
Gołąb przysiadł, gruchaniem szeptom dokazując,
Które w blaszkach listowia jak językiem klaszczą.
Po kobiercach z kądzieli ów brzóz spacerując,
Idę drogą przez życie, przekwitając, własną
Z sikorkami w koronie zamyślonej głowy,
Z rudzikami, drozdami, kosami w komplecie.
Już dotarłam do szlaku istnienia połowy
W słońca, które się budzi, różowym berecie
Jak dziewczynka skacząca w kałużach o świcie
Światła, co się napina jasności strunami
Wśród brzóz szeleszczących niczym kartki w zeszycie
Przeplatane kwiatami jakoby wstążkami...
Pomrukują nade mną jakby kot ów brzozy,
Które płyną pode mną złota strumieniami.
Pachną sokiem żywicy gdzieś w powietrzu łozy...
Pachnie przestrzeń o świcie wodnymi trawami...
Nie chcę wracać do domu o tak wczesnej porze.
Dusza moja bezwstydnie, nago może hasać
I w strumieniach jutrzenki wykąpać się może,
Krzyczeć, śpiewać lub śmiać się albo na głos płakać.
Pod koroną z brzóz owych na złotym dywanie
Stoję niczym królowa przezeń z dumą czczona.
Ciało moje jakoby jedwabne ubranie,
Pod nim dusza zaś gore szczęściem wywyższona.
W takim zatem momencie przyziemność doskwiera,
Codziennością świadomość gardzi pospolitą.
Niebo na mnie jasności okiem swym spoziera,
Więc nie umiem się oprzeć tym pięknym zaszczytom.
grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl






