wtorek, 21 kwietnia 2026

KORONA Z BRZÓZ

Otuliły już brzozy złotymi pledami

Ścieżki oraz chodniki pod nimi płynące,

Co, rdzewiejąc, się mienią miedzi odcieniami

Jak na puder roztarte zachodzące słońce


Pozszywane kwiatami w brązowym kolorze

Na wzór sieci rybackiej, która wyłowiła

Bursztynowo gasnącą pod stopami zorzę,

Co się pyłem miodowym gęsto rozścieliła,


Chociaż z liści wiatr jeszcze wyczesać nie zdołał

Owych kwiatów sprószonych mgiełką cynamonu.

Szum w gałęziach o litość - wydaje się - woła,

By nie stracić kwitnienia, które po kryjomu


Już odchodzi szelestnie w cienie zapomnienia,

Ustępując zieleni w puchatej koronie...

Kwiat się z brzozy w dywany na chodnikach zmienia

I niejedna nim ścieżka mahoniowo płonie...


Stąpam po tych kobiercach, kroki wygłuszając

I się ciszy pod brzozą bacznie przysłuchując,

Gdy ta drzemie, przeczucia w ogóle nie mając,

Że ktoś stoi tuż obok, oddech jej kosztując...


Pluszczą fale warkoczy w liściastych kokardkach,

Kaskadami gałęzi spływając z konarów...

Szemrze w brzóz tych koronie jakby rzeka wartka,

Co obraca jak w młynie wskazówki zegarów.


Gołąb przysiadł, gruchaniem szeptom dokazując,

Które w blaszkach listowia jak językiem klaszczą.

Po kobiercach z kądzieli ów brzóz spacerując,

Idę drogą przez życie, przekwitając, własną


Z sikorkami w koronie zamyślonej głowy,

Z rudzikami, drozdami, kosami w komplecie.

Już dotarłam do szlaku istnienia połowy

W słońca, które się budzi, różowym berecie


Jak dziewczynka skacząca w kałużach o świcie

Światła, co się napina jasności strunami

Wśród brzóz szeleszczących niczym kartki w zeszycie

Przeplatane kwiatami jakoby wstążkami...


Pomrukują nade mną jakby kot ów brzozy,

Które płyną pode mną złota strumieniami.

Pachną sokiem żywicy gdzieś w powietrzu łozy...

Pachnie przestrzeń o świcie wodnymi trawami...


Nie chcę wracać do domu o tak wczesnej porze.

Dusza moja bezwstydnie, nago może hasać

I w strumieniach jutrzenki wykąpać się może,

Krzyczeć, śpiewać lub śmiać się albo na głos płakać.


Pod koroną z brzóz owych na złotym dywanie

Stoję niczym królowa przezeń z dumą czczona.

Ciało moje jakoby jedwabne ubranie,

Pod nim dusza zaś gore szczęściem wywyższona.


W takim zatem momencie przyziemność doskwiera,

Codziennością świadomość gardzi pospolitą.

Niebo na mnie jasności okiem swym spoziera,

Więc nie umiem się oprzeć tym pięknym zaszczytom.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



poniedziałek, 20 kwietnia 2026

SZTORM

Przede mną, Panie, ocean bezkresny,

Który się z niebem gniewem z wszech stron stapia,

Czas niespokojny, (może) niebezpieczny

I przestrzeń, co się błękitami wkrapia


W wiatr pęczniejący instynktownie siłą

Od horyzontu ku mnie nawałnicą

Pod chmur jak skały czarnych kłębów bryłą,

Orzący przestwór zerwaną kotwicą.


Przede mną, Panie, fale niezmierzone,

Grzbietem o gwiazdy swym zahaczające,

Wodą wzburzoną w wszechświat postawione

I jako bestie otchłanią wyjące


Sforą spuszczone z łańcuchów dudniących

Stalowym echem cierpiącym z rozpaczy

Wśród pulsów dźwięków boleśnie jęczących,

Których ton końcem świata jeno straszy.


Przede mną, Panie, sztorm w piekielnej formie,

A we mnie spokój niczym niezmącony.

Żywioł się wścieka niemal nieprzytomnie.

Duch mój zaś, Panie, nim jest niewzruszony.


Wpatrzona w Ciebie stąpam po fal grzbietach

Jakbym w kolebce była kołysana.

Szkwał zdziera gardło! - a ja w jego szeptach

Słyszę głos, Boże, że nie jestem sama,


Przez co lęk trwoży się przystąpić do mnie,

Myśl zaś się bieli niczym gołębica.

Być może czynię, Panie, nierozsądnie...

To dzięki Tobie wszystko mnie zachwyca,


Cokolwiek staje na mej drodze, Boże,

Z czymkolwiek muszę się na co dzień zmierzyć.

Nic mnie, mój Panie, pokonać nie może,

Bo dzięki Tobie i śmierć mogę przeżyć.

zdjęcie z filmu "Pasja" Mela Gibsona




środa, 15 kwietnia 2026

W WIOSENNYM DESZCZU

Wręcz transparentna szarość mnie połyka

Nieba, przez które płowe słońce świeci.

Bezwietrzna cisza nutami walczyka

Z ów srebrnej toni topiącej się leci,


Z łoskotem szumiąc i pluszcząc, i chlupiąc,

I klawiaturą o liście stukając,

I w źdźbłach z kryształu obcasami tupiąc,

I ziarna piachu jak glinę sklejając,


I z tulipanów chlapiąc przepełnieniem,

Z dachów strużkami o dachówki klaszcząc

I w parapety dudniąc rozdzwonieniem,

W przestrzeni siorbiąc i chlipiąc, i mlaszcząc...


Usiadłam w parku na drewnianej ławce

Pod strumieniami błękitów płaczących,

Patrząc na dżdżyście skroplone dmuchawce,

Słuchając dźwięków mżyście wszem siąpiących...


Zamykam oczy, gdy deszcz po mnie spływa,

Zmywając ciężar codziennej tułaczki.

Wtem od zadumy chlustem mnie odrywa

Nurt wpław niosący grzbietem rzeki kaczki,


Na których wzrokiem radości osiadam,

Żeglując na nich w spokój bez pośpiechu...

A niebo na mnie obfitością pada

Spijane łyżką zachłannego wdechu...


Przemokłam cała, co mnie nie zniechęca.

Dreszcz gęsią skórką obsypał me ciało.

Samotność tonem kapiącym zanęca,

W kaskadach tonąc, okolicę całą,


Bym pozostała w tym właśnie momencie

I tu, i teraz wbrew ludzkim odruchom,

Znajdując w deszczu wręcz szampańskie szczęście,

Gdy to musuje w sznurach wody głucho...


Nigdzie nie idę w ławeczkę wrośnięta

I do jej desek sobą wsiąkająca.

Na kwiaty z deszczu opada ma pięta.

Stopę okrywa trawa skapująca


Sokiem błękitów w srebrzystej poświacie,

Co się ze słońcem, z księżycem nie wiąże...

Siedzę na ławce w krystalicznej szacie,

Przez co ulewą grawitacji ciążę,


Mając wrażenie, że świat mnie upija -

Łyczek za łyczkiem się mną delektując...

Dżdża, mżąc znikomo, powolutku mija,

Po mojej skórze kroplami wędrując...


Zostanę jeszcze mimo przemoczenia.

Deszcz, choć nie leje, z roślinności kapie,

W kałużach stygnie wibracją pierścienia

I jak kamieniem w prądzie rzeki chlapie.


Wokół ni duszy żywej nie uraczę.

Jedynie myśli w kaloszach biegają,

Co za którymi niczym dziecko skaczę,

Gdyż do beztroski błogiej zachęcają,


Przez co nie śpieszno mi wracać do domu.

Niech mnie wysuszy wilgotne powietrze.

Nie mam zamiaru zawadzać nikomu,

Ale i spotkać też nikogo nie chcę.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl





środa, 8 kwietnia 2026

CISZA W TEJ CHWILI

Cisza mnie, Panie, w tej chwila otula...

Groby najgłośniej przemawiają do mnie,

Że bliższa ciału niż dusza koszula,

A żyć powinno się po prostu skromnie,


Bo nic się z sobą, Boże, nie zabierze,

Gdy śmierć nas rzuci na wóz pełen trupów.

Wówczas (tu wyznać wszak wypada szczerze)

Czas nas okradnie z przechodzonych butów.


Zostaną tylko ułomne wspomnienia,

Które wybiórczo pamięć o nas skleją

W historię godną jeno zapomnienia,

Gdyż młodzi w twarz się jej jedynie śmieją...


Cisza mnie, Panie, niesie na swych rękach

Niczym ofiarę na całopalenie...

Życie codzienne - radość i udręka,

I po omacku zdradliwe błądzenie


Oraz nadzieja na dzień rozpoczęty

Patrząca w przyszłość wciąż optymistycznie

Jakby z nas każdy był, nie: mógł być, święty,

Jakby zło zniknąć miało wnet! magicznie,


Choć strach nas szarpie, Panie, za ramiona

I żal rozpaczą krzyczy w niebo głosy,

Bo dusza w ludziach zaniedbana kona,

Moralność z bólu zaś rwie z głowy włosy.


Cisza mnie, Panie, wymawia najgłośniej,

Bezwstydnie całą światu obnażając.

Milczeć by było, mój Boże, najprościej,

Siebie przed sobą w bezdźwięku chowając,


Lecz gardzę wstydem, co tłamsi człowieka.

Niech niecne czyny skrępowanie pali!

Niech przed sumieniem wyrzut nie ucieka,

Gdy rzeczywistość się haniebnie wali!


Niech sprawiedliwość domaga się władzy,

Sądząc za zbrodnie krwią obmyte ręce!

Pełni miłości, choćby byli nadzy,

Bliźniemu z siebie dać mogą najwięcej!


Cisza mnie, Boże, jak matka pociesza,

Że wszelkie rany kiedyś się zagoją...

Zgiełk się bezczelnie w jej tonacje miesza

I się hałasy echem myśli roją,


A wtedy, Panie, wzrok w błękity wznoszę

I w toń się wiatru beztrosko zanurzam,

Jak liść na wodzie i ja się unoszę

W przestrzeni, którą pode mną odczuwam


Niczym puch szumów szeleszczących pluskiem,

Z łoskotem co się w gwiazd trybach obraca...

Śmierć cyka... tyka... pełnym trupów wózkiem.

Spokoju we mnie jednak nie rozprasza.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



piątek, 3 kwietnia 2026

GDY JESZCZE CIEMNO

Jeszcze jest ciemno... - i tak chyba wolę...

Puste ulice skąpane w latarniach,

Ciszy dziewiczej beztroskie swawole,

Skrząca się rosa w napuszonych darniach


I szelest myśli jakby odgłos myszy,

Która wsunęła się w miotły gałęzie,

I szum szemrzący, co się ledwo słyszy

Echem bezwietrznym rozsiewany wszędzie...


I ton westchnienia jakby nawałnicy

Rozdzierającej spokój krystaliczny

Niczym falbany szarpanej spódnicy

Przez krok w ucieczce niemalże paniczny


Spłoszony dźwięków wydechu lawiną

Osuwającą się w otchłań przestrzeni,

Co się zamarcia okazał przyczyną

Jutrzenki bladej i płowej czerwieni...


I orzeźwienie, które twarz obmywa

Mgiełką oparów gleby odsączanej,

Które ku niebu chłodem się podrywa

Bielą łabędzi na skrzydłach huśtanej...


I to uśpienie zmysłów przebudzonych

Tworzących bańkę wokół mnie, lecz szklaną,

W głębinie doznań niczym nie mąconych

Przez bezruch w miejscu na tafli puszczaną


Ku rozwidnieniu wabiącemu ludzi

Wypełzających jak mrowiem spod ziemi...

Już obcasami tłum się w pocie trudzi,

Krzyżując błogość ostrzami promieni,


Więc!... póki ciemno jeszcze się rozciąga

W peniuar różu przedświtu odziana

Jak łódź z papieru, co w dal płynąć skłonna,

Wibracją stanu jestem podmywana,


Który mnie niesie w bezkres odprężenia -

Naiwną może, bo zgodną ufnością -

W akt wznoszącego się od wschodu dnienia,

Co mnie wraz z słońcem wywyższa lekkością,


Lecz wciąż jest ciemno... - i tak właśnie wolę...

Poświata mleczna w bezmiar się rozlewa,

Który wzniesiony na czerni cokole

Z wszech stron przejrzyście ptasim trelem śpiewa,


A tuż nade mną księżyc zasłuchany

W kłębach przez bruzdy chmur puchatych brodzi...

Nurkuję wówczas w ciszy oceany,

Skacząc z zadumy nieprzebranej łodzi


W wodę niosącą mą twarz jak na płótnie,

Na którym rysy swe potem odbiła...

Zanim tę ciemność szpada światła utnie,

Będzie mnie poić jej niezwykła siła.


grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl


MOMENT REFLEKSJI

Coraz częściej powracam w minione dekady

Z niebywałą lekkością i elastycznością.

Przyjemności odczuwam nieziemskiej kaskady,

Która ciało obmywa matczyną czułością,


Przez co zdam się bezwstydnie celebrować przeszłość,

Uciekając od świata, co mnie wręcz osacza.

W rozrzewnieniu na ustach czuję tylko wdzięczność.

Żaden grzech, co wciąż ciąży, wszak mi nie uwłacza,


Czyniąc mnie jeno lepszą ode mnie wskrzeszanej,

Która w ludziach szukała na siłę dobroci.

Patrzę w oczy tej we mnie w trudach odzyskanej,

Podziwiając w źrenicach mą twarz, co się złoci


Wschodu światłem płynącym zamglonym spojrzeniem,

Które dziś z dniem kolejnym powoli wygasa...

Patrzę na nią - tą we mnie - z pokornym wzruszeniem,

Gdy w głębinach źdźbeł, kwiatów wśród motyli hasa,


Gdy dryfuje niesiona przez łąk, zbóż przestwory,

Podziwiając obłoków biel nieskazitelną...

Nadal czuję aromat ów magicznej pory,

Przez co we mnie dziewczynka jest wręcz nieśmiertelną...


Chwila ciszy... zamarłych i słów oraz myśli...

Z kroplą kawy na ustach powietrzem spijanej...

Życie proste bez pragnień opasłych korzyści

Spaceruje wokół mnie wspomnieniom oddanej


I stukocze obcasem bezsennych zegarów,

Którym marzy się moment błogiego spoczynku...

Przez me okna jak przez szkła grube okularów

Widzę słońce jak ogień trzeszczący w kominku...


Rozkosz zatem otula me chustą ramiona...

Oczy chociaż otwarte zdają się zamknięte.

Dłonie trzymam splecione wokół mego łona...

Wargi mówią najgłośniej, będąc uśmiechnięte...


Oto zrasta się przeszłość z mą teraźniejszością -

Zaczyn mojej młodości w starym ciele wzrasta.

Proszę Boga, nie szepcząc... łkając pokornością,

By uczynił chleb z - jakim jestem - tegoż ciasta.


Jeno wtedy ta iskra jaką jest me życie,

Choć zabłyśnie i zgaśnie nim ją kto dostrzeże,

Da mi radość sączoną z satysfakcją skrycie,

Żem szła w dzień z dnia wytrwale oraz w dobrej wierze.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




poniedziałek, 23 marca 2026

KOLEJNY DZIEŃ

Kolejny dzień się śpiewem zapowiedział

Ptaków, co które noc pod płaszczem skrywa.

Żem się zbudziła... zdaje się... nie wiedział.

Siedział na progu, gdym wstała szczęśliwa,


A gdym podeszła doń, się nie odwrócił...

Szalem zapachów szyję swą obwiązał

I szedł przed siebie... Coś pod nosem nucił...

Tanecznym krokiem szum traw z liśćmi wiązał,


Które się jeszcze z pąków nie rozpięły

Zwinięte w kokon łusek na gałęziach,

Co od ciężaru lekko się wygięły

Jak kot napięty łukiem kręgów w lędźwiach.


Szłam za nim, śladów uważnie pilnując,

By mi nie umknął i bezwiednie przepadł.

Stopami w chodzie jak w walcu żonglując,

Spostrzegłam nagle, że w milczeniu przysiadł


Pod płową smugą zamglonego światła,

Która ciemności lekko rozrzedziła

Jakoby świeca w jasności wyblakła,

Co się przez gęstość niemocy przebiła


Wątłym płomieniem bijącym jak serce

I pulsującym widoczności siłą.

Na dnia ramionach położyłam ręce,

Co z zamyślenianieco go spłoszyło,


Więc się odwrócił jutrzenki uśmiechem,

Spojrzał mi w oczy wschodzącym nań słońcem.

W jego źrenicach znalazłam pociechę,

Gdy oblewało mnie światło się pnące,


Aż w jednej chwili - nawet nie wiem kiedy -

Czerń w biel błękitu złotem się wtopiła.

Nurt życia wciągnął mnie w swoje potrzeby.

Dusza w pragnienia inne się zaszyła


I jak koronka wiatrem pompowana

Pośród obłoków żagle swe rozciąga,

Falami nieba błogo kołysana

Zaprzęgi ptaków jak w rydwan przyciąga...


I tylko trzepot lotek wpław turkocze,

Opór powietrza kluczem rozcinając

Na dwa wód prądu pluszczące warkocze,

Które grot kształtem swym przypominając,


Lecą jak strzała cięciwą wypięta

Do celu, co mnie wabi (hen!) w nieznane.

Przy Ziemi trzyma mnie wrośnięta pieta,

Gdy są latawcem myśli me puszczane


Za duszą, co się za dnia ośmieliła

Porzucić ciało dla wyższej uciechy.

Będę w rozterce, jak to za dnia, żyła

Pewnie za jakieś ciążące mi grzechy,


Głową o chmury w marszu zawadzając,

W dłoniach codzienność jak na tronie nosząc,

Za wolnym czasem z tęsknotą wzdychając

I o swobodę niczym o chleb prosząc.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



JEDYNIE CZEGO

Jedynie czego żal mi będzie, Panie,

Gdy mi odbierzesz poranne wstawanie...


Ptaków, co które rojem pochowane

W splotach gałęzi bujnego listowia,

Drżą wibracjami gromko rozśpiewane,

Kiedy się jeszcze za nocą dzień chowa,


Choć niebo pęka szczeliną ognistą,

Pudrując różem horyzont od wschodu,

Mieniąc się w trawach perłą wody dżdżystą,

Pachnącą świeżo aromatem chłodu,


Który już oczom zasnąć nie pozwala,

Wilgoci palcem rzęsy rozplątując,

Mgły oparami milimetry ciała

Jakby kochanka ustami całując...


Jedynie czego żal mi będzie, Panie,

Gdy mi odbierzesz poranne wstawianie...


Powietrza, które pachnie młodym kwieciem

Z pieleszy pąków jeszcze nie wyrosłych,

Które spod kory spija lepkie ciecze

Wznoszące toast za przybycie wiosny,


Które upija mnie octem jabłkowym

Dojrzewającym pod butwą jesieni

I które wciera mróz w skórę mej głowy,

Gdy ten na twarzy zdrowo się rumieni,


Które opływa lica me strapione

Jakoby dłońmi łzy me ocierało,

Szepcząc szelestem: Nic nie przesądzone,

By mi się życia mimo wszystko chciało...


Jedynie czego żal mi będzie, Panie,

Gdy mi zabierzesz poranne wstawanie...


Kluczy żurawi, gęsi i bocianów,

Których kadłubem nostalgia przepływa,

I mórz paproci, i łąk oceanów,

I raf wrzosowisk, które wiatr obmywa,


I fal motyli, które podpływają

I odpływają spłoszone grą świateł,

Oraz ciem, które przy lampach zwisają,

Tworząc wokół nich skrzydlastą rabatę,


I świerszczy, które dźwiękiem się zdradzają

Pod gwiazd kopułą błyszczącą nad światem,

I żab, co w ciszy rechoczą, kumkają

Jakoby struny zwane kontrabasem...


Jedynie czego żal mi będzie, Panie,

Gdy mi zabierzesz poranne wstawanie...


Wszystkiego, co żeś stworzył na Swą chwałę

I co się Ciebie, Boże, nie wyrzeka,

Leczy - może wyznam przed Tobą zuchwale -

Najmniej brakować mi będzie człowieka,


Gdyż ten się sobie, Panie, sprzeniewierzył,

Sprzedał za rdzawe srebrniki w sakiewce,

W zabobon, wróżby i czary uwierzył,

Twoje Ojcowskie pożerając Serce


I cześć zwierzęciu oddając jak cielcu,

Przed którym płodów swych składa ofiary,

Duszę trzymając jedno na widelcu,

Wobec bliźniego zaś niecne zamiary...


Niczego więcej żal nie będzie, Panie,

Gdy mi odbierzesz poranne wstawanie...


Bo człowiekowi człowiek się obrzydził,

Uprzedmiotowił w niegodziwy sposób,

Gdy z człowieczeństwa pustym śmiechem szydził,

Nie dopuszczając sumienia do głosu,


A dając żądzom dzikim przyzwolenie

Na wydobycie instynktów z czeluści,

Depcząc w zarodku honor i myślenie,

Co już mądrości z niewoli nie puści,


Głupotę jedno na tron zasadzając,

Przed którą dygać naród się nauczył,

Byle człowieka człowiek za nic mając,

Na jego krzywdzie tłusto się utuczył.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



PRZEKORNE ECHO

Patrzę na dzieci, co mnie wyprzedziły

I nieświadomie odebrały wszystko,

W beztroski sposób bez użycia siły

Sprawiły, że mnie otacza ściernisko,


Więc... już minęło pierwsze zakochanie,

Motyle w brzuchu gdzieś się zapodziały,

Inny smak miewa również przytulanie,

Które to zmysły wręcz celebrowały...


W oczach już światło ledwie żarem bywa

Drwa strawionego przez żywioł płomieni.

Twarz matowieje i robi się siwa...

Na licach dzieci życie się rumieni


Jakoby jabłka słońce spijające,

Rozsiane jędrnie w listowia czuprynie...

Na mnie skapuje szarości blednące,

Których to odcień w mroku się rozpłynie


I niczym gwiazda z nieba w ciszy spadnie,

Na nią patrzącym oddając marzenia,

Którymi los to bezczelnie zawładnie

W chwili mojego ostatniego tchnienia...


Patrzę na dzieci, co mnie wyprzedziły,

Siedząc na ławce i je obserwując...

Wspomnienia wodze emocji puściły,

Dziewczynkę we mnie na dwór wywołując,


Więc ta pobiegła w bawiące się dzieci,

W podskokach mierząc traw kwitnące płótno...

Słońce na włosach jej błyszczących świeci...

A mnie zrobiło się bezwiednie smutno,


Przez co się łzami oczy me zrosiły,

Nieśmiały uśmiech musnął drżące usta...

Dmuchawce spod jej stóp się unosiły.

Motyli nad nią powiewała chusta,


Łaskocząc skrzydłem o wianek stokrotek,

Które się z pasmem jej włosów zrastały.

Mlecze w pomponach bursztynowo-złote

Z wszech stron ją niczym morze opływały.


Kiedy zaś biegła, latawce puszczając,

Wiatr jej kosmyki w palcach rozczesywał,

Na babie lato w przestrzeń rozszczepiając...

Obraz ten nagle we mgle się rozmywał,


Więc jakby matka pociechy szukając,

Błądziłam wzrokiem troski i rozpaczy,

Dzieci wokół mnie rozsypane mając,

W których mnie oko moje nie uraczy...


Patrzę na dzieci, co mnie wyprzedziły,

Mijając młodzież idącą ze szkoły,

I nastoletnie me lata wróciły,

Więc gwar słów, śmiechu niczym roje pszczoły


Wpadał w me uszy jakby w barć słodyczą

Wonią kasztanów majowych kwitnącą,

Z których gałęzi dłonie liści wiszą

Wibracją chłodu rozkosznie klaszczącą...


Czy przeżywałam ten czas nieświadomie,

Że dziś się zdaje w plamach rozmazany,

Że niczym ślepiec za cieniami gonię,

Po prochu godzin, co w ziemię wdeptany?!


Jakoby w lesie stoję zagubiona...

Echo imieniem wciąż mnie przywołuje.

Podążam za nim nadzieją wabiona,

A ono milknie... i ze mnie żartuje...

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



A O ŚWICIE

Pobożne Słońce, co siebie nie skąpisz,

Wszem wobec szczodrze się zawsze rozdajesz,

Zanim o świcie z niebios ku mnie zstąpisz,

Kiedy z pieleszy nocnych cieni wstajesz,


Spłyń na me usta jutrzenki poświatą,

Słodyczą ciepła rozpal moje lice,

Otul me ciało promieni Twych szatą,

Rozpal krwi ogniem uśpione źrenice,


Budź mnie z czci godną wręcz delikatnością

Jakbyś pąk kwiatu w płatki rozwijało.

Niechaj pulsuje Twą, Słońce, czułością

W marzeniach sennych dryfujące ciało.


Niech Cię skosztuję jako usta miodu,

Co je nektarem ledwo w locie musnął,

Gdy z pszczoły sfrunął jeno pudrem słodu

I kroplą złota lepko na nie plusnął.


Pobożne Słońce, które się wysuwasz

Z kieszeni mroku gwiazdom sprzyjającej

I jasną nitką ciemności rozpruwasz

Planety jeszcze głęboko drzemiącej,


Rozsznuruj rzęsy me z sobą zrośnięte.

Niech się powieki jak małża otworzą,

Spłosz wdzięczne myśli w milczeniu zamknięte...

Niech się szelestem szeptów w liściach mnożą.


Zsunę me nogi jak w głąb oceanu

Z łóżka jak z tratwy nań w miejscu stojącej.

Ty mnie zaś, Słońce, doprowadź do stanu

Radości z serca szczęściem tryskającej,


Której nie trzeba powodów wyniosłych,

By chwalić życie nawet najnędzniejsze.

Ucz mnie się cieszyć choć z rzeczy najprostszych,

Patrzeć nań jako cuda najpiękniejsze


Jakich bym mogła nigdy nie doświadczyć,

Gdybyś mnie, Słońce, ze snu nie zbudziło.

To dzięki Tobie wszak mogę uświadczyć,

Iż świat goreje, ale Bożą siłą,


Której przyświecasz jak gdyby monstrancja,

Triumf głosząc życia, kiedy dnieć zaczyna.

Śmierć Ciebie wabi księżycem do tańca,

Płochliwie znika, gdy niebo napina


Łuk Twej jutrzenki, w przestrzeń wystrzelając

Strzały promieni i tym światło czyniąc.

Pobożne Słońce, w Tobie ufność mając,

Nie mogę Ciebie obojętnie minąć,


Z tej to przyczyny więc się zatrzymuję,

Patrzę przez okno w Twą ognistą stronę

I ekscytację niebywałą czuję -

W niej się odradzam i nią, żyjąc, płonę!

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl