Przede mną, Panie, ocean bezkresny,
Który się z niebem gniewem z wszech stron stapia,
Czas niespokojny, (może) niebezpieczny
I przestrzeń, co się błękitami wkrapia
W wiatr pęczniejący instynktownie siłą
Od horyzontu ku mnie nawałnicą
Pod chmur jak skały czarnych kłębów bryłą,
Orzący przestwór zerwaną kotwicą.
Przede mną, Panie, fale niezmierzone,
Grzbietem o gwiazdy swym zahaczające,
Wodą wzburzoną w wszechświat postawione
I jako bestie otchłanią wyjące
Sforą spuszczone z łańcuchów dudniących
Stalowym echem cierpiącym z rozpaczy
Wśród pulsów dźwięków boleśnie jęczących,
Których ton końcem świata jeno straszy.
Przede mną, Panie, sztorm w piekielnej formie,
A we mnie spokój niczym niezmącony.
Żywioł się wścieka niemal nieprzytomnie.
Duch mój zaś, Panie, nim jest niewzruszony.
Wpatrzona w Ciebie stąpam po fal grzbietach
Jakbym w kolebce była kołysana.
Szkwał zdziera gardło! - a ja w jego szeptach
Słyszę głos, Boże, że nie jestem sama,
Przez co lęk trwoży się przystąpić do mnie,
Myśl zaś się bieli niczym gołębica.
Być może czynię, Panie, nierozsądnie...
To dzięki Tobie wszystko mnie zachwyca,
Cokolwiek staje na mej drodze, Boże,
Z czymkolwiek muszę się na co dzień zmierzyć.
Nic mnie, mój Panie, pokonać nie może,
Bo dzięki Tobie i śmierć mogę przeżyć.
zdjęcie z filmu "Pasja" Mela Gibsona

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz