Kolejny dzień się śpiewem zapowiedział
Ptaków, co które noc pod płaszczem skrywa.
Żem się zbudziła... zdaje się... nie wiedział.
Siedział na progu, gdym wstała szczęśliwa,
A gdym podeszła doń, się nie odwrócił...
Szalem zapachów szyję swą obwiązał
I szedł przed siebie... Coś pod nosem nucił...
Tanecznym krokiem szum traw z liśćmi wiązał,
Które się jeszcze z pąków nie rozpięły
Zwinięte w kokon łusek na gałęziach,
Co od ciężaru lekko się wygięły
Jak kot napięty łukiem kręgów w lędźwiach.
Szłam za nim, śladów uważnie pilnując,
By mi nie umknął i bezwiednie przepadł.
Stopami w chodzie jak w walcu żonglując,
Spostrzegłam nagle, że w milczeniu przysiadł
Pod płową smugą zamglonego światła,
Która ciemności lekko rozrzedziła
Jakoby świeca w jasności wyblakła,
Co się przez gęstość niemocy przebiła
Wątłym płomieniem bijącym jak serce
I pulsującym widoczności siłą.
Na dnia ramionach położyłam ręce,
Co z zamyślenianieco go spłoszyło,
Więc się odwrócił jutrzenki uśmiechem,
Spojrzał mi w oczy wschodzącym nań słońcem.
W jego źrenicach znalazłam pociechę,
Gdy oblewało mnie światło się pnące,
Aż w jednej chwili - nawet nie wiem kiedy -
Czerń w biel błękitu złotem się wtopiła.
Nurt życia wciągnął mnie w swoje potrzeby.
Dusza w pragnienia inne się zaszyła
I jak koronka wiatrem pompowana
Pośród obłoków żagle swe rozciąga,
Falami nieba błogo kołysana
Zaprzęgi ptaków jak w rydwan przyciąga...
I tylko trzepot lotek wpław turkocze,
Opór powietrza kluczem rozcinając
Na dwa wód prądu pluszczące warkocze,
Które grot kształtem swym przypominając,
Lecą jak strzała cięciwą wypięta
Do celu, co mnie wabi (hen!) w nieznane.
Przy Ziemi trzyma mnie wrośnięta pieta,
Gdy są latawcem myśli me puszczane
Za duszą, co się za dnia ośmieliła
Porzucić ciało dla wyższej uciechy.
Będę w rozterce, jak to za dnia, żyła
Pewnie za jakieś ciążące mi grzechy,
Głową o chmury w marszu zawadzając,
W dłoniach codzienność jak na tronie nosząc,
Za wolnym czasem z tęsknotą wzdychając
I o swobodę niczym o chleb prosząc.









