poniedziałek, 23 marca 2026

KOLEJNY DZIEŃ

Kolejny dzień się śpiewem zapowiedział

Ptaków, co które noc pod płaszczem skrywa.

Żem się zbudziła... zdaje się... nie wiedział.

Siedział na progu, gdym wstała szczęśliwa,


A gdym podeszła doń, się nie odwrócił...

Szalem zapachów szyję swą obwiązał

I szedł przed siebie... Coś pod nosem nucił...

Tanecznym krokiem szum traw z liśćmi wiązał,


Które się jeszcze z pąków nie rozpięły

Zwinięte w kokon łusek na gałęziach,

Co od ciężaru lekko się wygięły

Jak kot napięty łukiem kręgów w lędźwiach.


Szłam za nim, śladów uważnie pilnując,

By mi nie umknął i bezwiednie przepadł.

Stopami w chodzie jak w walcu żonglując,

Spostrzegłam nagle, że w milczeniu przysiadł


Pod płową smugą zamglonego światła,

Która ciemności lekko rozrzedziła

Jakoby świeca w jasności wyblakła,

Co się przez gęstość niemocy przebiła


Wątłym płomieniem bijącym jak serce

I pulsującym widoczności siłą.

Na dnia ramionach położyłam ręce,

Co z zamyślenianieco go spłoszyło,


Więc się odwrócił jutrzenki uśmiechem,

Spojrzał mi w oczy wschodzącym nań słońcem.

W jego źrenicach znalazłam pociechę,

Gdy oblewało mnie światło się pnące,


Aż w jednej chwili - nawet nie wiem kiedy -

Czerń w biel błękitu złotem się wtopiła.

Nurt życia wciągnął mnie w swoje potrzeby.

Dusza w pragnienia inne się zaszyła


I jak koronka wiatrem pompowana

Pośród obłoków żagle swe rozciąga,

Falami nieba błogo kołysana

Zaprzęgi ptaków jak w rydwan przyciąga...


I tylko trzepot lotek wpław turkocze,

Opór powietrza kluczem rozcinając

Na dwa wód prądu pluszczące warkocze,

Które grot kształtem swym przypominając,


Lecą jak strzała cięciwą wypięta

Do celu, co mnie wabi (hen!) w nieznane.

Przy Ziemi trzyma mnie wrośnięta pieta,

Gdy są latawcem myśli me puszczane


Za duszą, co się za dnia ośmieliła

Porzucić ciało dla wyższej uciechy.

Będę w rozterce, jak to za dnia, żyła

Pewnie za jakieś ciążące mi grzechy,


Głową o chmury w marszu zawadzając,

W dłoniach codzienność jak na tronie nosząc,

Za wolnym czasem z tęsknotą wzdychając

I o swobodę niczym o chleb prosząc.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



JEDYNIE CZEGO

Jedynie czego żal mi będzie, Panie,

Gdy mi odbierzesz poranne wstawanie...


Ptaków, co które rojem pochowane

W splotach gałęzi bujnego listowia,

Drżą wibracjami gromko rozśpiewane,

Kiedy się jeszcze za nocą dzień chowa,


Choć niebo pęka szczeliną ognistą,

Pudrując różem horyzont od wschodu,

Mieniąc się w trawach perłą wody dżdżystą,

Pachnącą świeżo aromatem chłodu,


Który już oczom zasnąć nie pozwala,

Wilgoci palcem rzęsy rozplątując,

Mgły oparami milimetry ciała

Jakby kochanka ustami całując...


Jedynie czego żal mi będzie, Panie,

Gdy mi odbierzesz poranne wstawianie...


Powietrza, które pachnie młodym kwieciem

Z pieleszy pąków jeszcze nie wyrosłych,

Które spod kory spija lepkie ciecze

Wznoszące toast za przybycie wiosny,


Które upija mnie octem jabłkowym

Dojrzewającym pod butwą jesieni

I które wciera mróz w skórę mej głowy,

Gdy ten na twarzy zdrowo się rumieni,


Które opływa lica me strapione

Jakoby dłońmi łzy me ocierało,

Szepcząc szelestem: Nic nie przesądzone,

By mi się życia mimo wszystko chciało...


Jedynie czego żal mi będzie, Panie,

Gdy mi zabierzesz poranne wstawanie...


Kluczy żurawi, gęsi i bocianów,

Których kadłubem nostalgia przepływa,

I mórz paproci, i łąk oceanów,

I raf wrzosowisk, które wiatr obmywa,


I fal motyli, które podpływają

I odpływają spłoszone grą świateł,

Oraz ciem, które przy lampach zwisają,

Tworząc wokół nich skrzydlastą rabatę,


I świerszczy, które dźwiękiem się zdradzają

Pod gwiazd kopułą błyszczącą nad światem,

I żab, co w ciszy rechoczą, kumkają

Jakoby struny zwane kontrabasem...


Jedynie czego żal mi będzie, Panie,

Gdy mi zabierzesz poranne wstawanie...


Wszystkiego, co żeś stworzył na Swą chwałę

I co się Ciebie, Boże, nie wyrzeka,

Leczy - może wyznam przed Tobą zuchwale -

Najmniej brakować mi będzie człowieka,


Gdyż ten się sobie, Panie, sprzeniewierzył,

Sprzedał za rdzawe srebrniki w sakiewce,

W zabobon, wróżby i czary uwierzył,

Twoje Ojcowskie pożerając Serce


I cześć zwierzęciu oddając jak cielcu,

Przed którym płodów swych składa ofiary,

Duszę trzymając jedno na widelcu,

Wobec bliźniego zaś niecne zamiary...


Niczego więcej żal nie będzie, Panie,

Gdy mi odbierzesz poranne wstawanie...


Bo człowiekowi człowiek się obrzydził,

Uprzedmiotowił w niegodziwy sposób,

Gdy z człowieczeństwa pustym śmiechem szydził,

Nie dopuszczając sumienia do głosu,


A dając żądzom dzikim przyzwolenie

Na wydobycie instynktów z czeluści,

Depcząc w zarodku honor i myślenie,

Co już mądrości z niewoli nie puści,


Głupotę jedno na tron zasadzając,

Przed którą dygać naród się nauczył,

Byle człowieka człowiek za nic mając,

Na jego krzywdzie tłusto się utuczył.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



PRZEKORNE ECHO

Patrzę na dzieci, co mnie wyprzedziły

I nieświadomie odebrały wszystko,

W beztroski sposób bez użycia siły

Sprawiły, że mnie otacza ściernisko,


Więc... już minęło pierwsze zakochanie,

Motyle w brzuchu gdzieś się zapodziały,

Inny smak miewa również przytulanie,

Które to zmysły wręcz celebrowały...


W oczach już światło ledwie żarem bywa

Drwa strawionego przez żywioł płomieni.

Twarz matowieje i robi się siwa...

Na licach dzieci życie się rumieni


Jakoby jabłka słońce spijające,

Rozsiane jędrnie w listowia czuprynie...

Na mnie skapuje szarości blednące,

Których to odcień w mroku się rozpłynie


I niczym gwiazda z nieba w ciszy spadnie,

Na nią patrzącym oddając marzenia,

Którymi los to bezczelnie zawładnie

W chwili mojego ostatniego tchnienia...


Patrzę na dzieci, co mnie wyprzedziły,

Siedząc na ławce i je obserwując...

Wspomnienia wodze emocji puściły,

Dziewczynkę we mnie na dwór wywołując,


Więc ta pobiegła w bawiące się dzieci,

W podskokach mierząc traw kwitnące płótno...

Słońce na włosach jej błyszczących świeci...

A mnie zrobiło się bezwiednie smutno,


Przez co się łzami oczy me zrosiły,

Nieśmiały uśmiech musnął drżące usta...

Dmuchawce spod jej stóp się unosiły.

Motyli nad nią powiewała chusta,


Łaskocząc skrzydłem o wianek stokrotek,

Które się z pasmem jej włosów zrastały.

Mlecze w pomponach bursztynowo-złote

Z wszech stron ją niczym morze opływały.


Kiedy zaś biegła, latawce puszczając,

Wiatr jej kosmyki w palcach rozczesywał,

Na babie lato w przestrzeń rozszczepiając...

Obraz ten nagle we mgle się rozmywał,


Więc jakby matka pociechy szukając,

Błądziłam wzrokiem troski i rozpaczy,

Dzieci wokół mnie rozsypane mając,

W których mnie oko moje nie uraczy...


Patrzę na dzieci, co mnie wyprzedziły,

Mijając młodzież idącą ze szkoły,

I nastoletnie me lata wróciły,

Więc gwar słów, śmiechu niczym roje pszczoły


Wpadał w me uszy jakby w barć słodyczą

Wonią kasztanów majowych kwitnącą,

Z których gałęzi dłonie liści wiszą

Wibracją chłodu rozkosznie klaszczącą...


Czy przeżywałam ten czas nieświadomie,

Że dziś się zdaje w plamach rozmazany,

Że niczym ślepiec za cieniami gonię,

Po prochu godzin, co w ziemię wdeptany?!


Jakoby w lesie stoję zagubiona...

Echo imieniem wciąż mnie przywołuje.

Podążam za nim nadzieją wabiona,

A ono milknie... i ze mnie żartuje...

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



A O ŚWICIE

Pobożne Słońce, co siebie nie skąpisz,

Wszem wobec szczodrze się zawsze rozdajesz,

Zanim o świcie z niebios ku mnie zstąpisz,

Kiedy z pieleszy nocnych cieni wstajesz,


Spłyń na me usta jutrzenki poświatą,

Słodyczą ciepła rozpal moje lice,

Otul me ciało promieni Twych szatą,

Rozpal krwi ogniem uśpione źrenice,


Budź mnie z czci godną wręcz delikatnością

Jakbyś pąk kwiatu w płatki rozwijało.

Niechaj pulsuje Twą, Słońce, czułością

W marzeniach sennych dryfujące ciało.


Niech Cię skosztuję jako usta miodu,

Co je nektarem ledwo w locie musnął,

Gdy z pszczoły sfrunął jeno pudrem słodu

I kroplą złota lepko na nie plusnął.


Pobożne Słońce, które się wysuwasz

Z kieszeni mroku gwiazdom sprzyjającej

I jasną nitką ciemności rozpruwasz

Planety jeszcze głęboko drzemiącej,


Rozsznuruj rzęsy me z sobą zrośnięte.

Niech się powieki jak małża otworzą,

Spłosz wdzięczne myśli w milczeniu zamknięte...

Niech się szelestem szeptów w liściach mnożą.


Zsunę me nogi jak w głąb oceanu

Z łóżka jak z tratwy nań w miejscu stojącej.

Ty mnie zaś, Słońce, doprowadź do stanu

Radości z serca szczęściem tryskającej,


Której nie trzeba powodów wyniosłych,

By chwalić życie nawet najnędzniejsze.

Ucz mnie się cieszyć choć z rzeczy najprostszych,

Patrzeć nań jako cuda najpiękniejsze


Jakich bym mogła nigdy nie doświadczyć,

Gdybyś mnie, Słońce, ze snu nie zbudziło.

To dzięki Tobie wszak mogę uświadczyć,

Iż świat goreje, ale Bożą siłą,


Której przyświecasz jak gdyby monstrancja,

Triumf głosząc życia, kiedy dnieć zaczyna.

Śmierć Ciebie wabi księżycem do tańca,

Płochliwie znika, gdy niebo napina


Łuk Twej jutrzenki, w przestrzeń wystrzelając

Strzały promieni i tym światło czyniąc.

Pobożne Słońce, w Tobie ufność mając,

Nie mogę Ciebie obojętnie minąć,


Z tej to przyczyny więc się zatrzymuję,

Patrzę przez okno w Twą ognistą stronę

I ekscytację niebywałą czuję -

W niej się odradzam i nią, żyjąc, płonę!

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



WIERNY WRÓG

Nic mnie już chyba nigdy nie zaboli...

Doświadczeń pancerz wrósł wszak w moją skórę.

Stanowczym krokiem dziś na chwałę woli

Podążam naprzód, choć zawiści sznurem


Ludzie zazdrośni ciągną mnie do tyłu,

Depcząc żar, który w pożogę mnie zmienia.

W mgle wręcz kremowej brunatnego pyłu

Podążam naprzód po nitce promienia


Śladem Ariadny umocniona w wierze,

Że tuż za progiem wschodzi dla mnie słońce.

Echo z warg moich porywa pacierze

Niczym motyle do tańca po łące,


Więc cisza jeno, co się za mną skrywa,

Szeptem powtarza: "Chroń od złego Panie",

Przez co nadziei mi ciągle przybywa,

Że jak zapragnę, niebawem się stanie.


Pod prąd na przekór mściwości maluczkich

Idąc, przecinam nurtu napieranie.

Za sprawą kroków, nawet tych drobniutkich,

Z kolan się wznosi duszy mojej wstanie,


Którą skażeni podłością okrutną

Uprzedmiotowić chcieli, zakuć w dyby,

A ta postawą cierpliwie pokutną

Prosiła Boga, by się stał prawdziwy


Lot nad ów światem, co się jej wyrzeka

Jakby mu kością w gardle tylko była...

I nagle czasu przyspieszyła rzeka,

Która złą passę z mojej drogi zmyła!


Kroczę więc naprzód z podniesioną głową.

Wiem, czego żądać od życia mam prawo.

Plującym na mnie daję dobre słowo,

Choć się obnoszą swą haniebną sławą.


Tych, zaś, co którzy w odruchu uznania,

Przede mną klęknąć kiedyś się odważą,

Poproszę, aby owy gest kłaniania

Wtopili w pościg za tym, o czym marzą,


Bowiem się klękać godzi, lecz przed Bogiem,

Nie przed człowiekiem, który podziw budzi.

Pycha jest moim wiernym w boju wrogiem!

Mego sumienia niechaj nie zabrudzi!


Niech precz odejdzie, gdzie raki zimują!

W jej towarzystwie się sobą nie czuję.

Skromni mnie ludzie za serce ujmują.

Dzięki nim bycie człowiekiem miłuję.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




NASZA MIŁOŚĆ

Niech Twoje palce kroplami opuszków

Niczym dotyku deszcz na skórę lecą.

Wnet zamknę oczy i, dryfując w łóżku,

Wokół którego gwiazdy jeno świecą,


Zniknę z powierzchni ciężkiej i przyziemnej,

W wymiarze doznań z mej skóry spijając

Strużki pieszczoty nieziemsko płomiennej,

Twoje ramiona za skrzydła me mając.


Osiadaj szeptem na mych skroniach jako

Wiatr przesiewany pajęczyną włosów.

Niech Twoje słowa w myślach równe ptakom

Budzą mnie szumem pełnych mleka kłosów.


Wejdę w te łany jak mnie Pan Bóg stworzył,

By maki, chabry me ciało odziały.

Dreszcz mnie na stada motyli rozmnoży,

Aby te przestrzeń, frunąc, obsiewały.


Oplataj ciałem w Tobie moje ciało,

Które przyrasta do Ciebie z ufnością,

Aby Twe serce we mnie pulsowało

I aby biło me ze wzajemnością;


Byś był kielichem dla mnie jako płatków

Kwiatu, co jeszcze otworzyć się nie śmiał,

Kuląc się w trawie na niewielkim skrawku

W nas potężnego nade wszystko szczęścia.


Niech trwa ta chwila ponad nieskończoność! -

Niech czas nie waży się tej chwili wadzić.

Świat musi zbudzić wszak w sobie świadomość,

Iż nasza miłość może go rozsadzić.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



JAK ŁABĘDŹ

Już się podrywam jak łabędź do lotu,

Biegnąc po tafli życia codziennego.

Kroki fontanny rozpryskują potu,

By móc mnie wreszcie oderwać od niego.


Ręce jak skrzydła trzymam rozłożone.

Wiatr moje palce jak lotki opływa.

Pode mną słońce w wodzie roztopione,

By wzbić się w niebo! - nieustannie wzywa.


Więc stopy klaszczą o głębinę bytu,

Bym, nim dobiję do brzegu, się wzniosła

I na przestworzach lśniącego błękitu

Jak strzała śnieżnych piór wolność poniosła.


Latarnie światłem pas startu rysują.

Śliska od deszczu droga mnie pochłania,

Którą to kroki na mak rozpryskują,

Gdy wiatr mnie szarpie za w pędzie ubrania.


Już się podrywam jak łabędź do lotu.

Bryza wysiłku i łez ciało zrasza.

Po falach trudów, porażek, kłopotów

Linia rozpędu nie jestże mi straszna.


Stopą się wgryzam w nurty kalendarzy.

Podmuch powietrza me pięty podmywa.

Szum drzew potęgą milionów wachlarzy

Od grawitacji miękko mnie odrywa,


Biegnąc więc, zdam się skakać na sprężynach.

Od sił się Ziemi z dnia na dzień uwalniam.

Dotyk pode mną jest niczym pierzyna,

Więc w pędzie w niebo w ogóle nie zwalniam,


A tylko ręce szeroko rozciągam,

By je porywem wiatr z wszech stron obwiązał.

Biegnę ku niebu i się nie rozglądam,

Choćby świat wokół przywiązania żądał,


I już niebawem jakoby latawiec,

Co się ze sznurka zerwał ku obłokom,

Po sobie jeno wspomnienie zostawię,

Kiedy mnie skrzydła w przestrzeni uniosą.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl


OSTATNIE TCHNIENIE?!

Porusz się Ziemio pod mymi stopami,

Bym choć Twe serce bijące poczuła!

Świat włada dzisiaj martwymi słowami.

Natura jadem ich się chyba struła.


Zagrzmijże Niebo, płoń błyskawicami!

Jak możesz patrzeć na to tak cierpliwie?!

Głupiec dziś włada najgłośniej ustami,

A Ty się zdajesz nań zwisać lękliwie.


Zda się, że wydział psychiatrii strajkuje

I podopiecznych puścił na ulice,

W twarz więc mądrości byle kto dziś pluje

A ta o chodnik rozciera źrenice...


Zawyj z rozpaczy, Wietrze, nad tym trupem,

Którym dziś śmierdzi wstrętnie człowieczeństwo!

Miast Słońca w centrum widać jeno dupę

Oraz libido - obłędne szaleństwo.


Wyrwijcie, Drzewa, tę krew z korzeniami

Przelaną w imię wolności, miłości!

Dziś depczą po niej błazny obcasami

Odarci z wszelkiej moralnej wartości.


Zmyjże z powierzchni, Wodo krystaliczna,

Wszelki brud, co się jak monstrum rozrasta!

Niechaj w człowieku dusza będzie czysta

I przestrzeń świeża niech w potędze wzrasta.


Przepalże, Ogniu, linę szubienicy,

Na której wisi, dusząc się, tożsamość!

Świadomość siebie w roli żałobnicy

Dziś opłakuje pogrzebaną radość.


Zakrzyczże, Echo, milczenie kamienne,

Które relacje ludzkie zamroziło!

Toczy się przez to dziś życie codzienne

Jakby na jawie śmiercią tylko było.


Śpiewem wskrzeszajcie, Ptaki, że nadzieję,

Co się z popiołów wygrzebać nie umie!

Niechaj się przy niej smutny człek ogrzeje

I ku lepszemu niczym motyl frunie.


Szelestem zbudźcie, Liście, płodne myśli,

By sztuka z kolan triumfalnie powstała!

Niech winne grona pną się pełne kiści,

By się natchnieniem dusza upijała.


Przegońcie ciemność, bielutkie Obłoki!

Niech jasność wyrwie z letargu umysły.

Ideologii niech opadną mroki

A wybór będzie własny, oczywisty.


Uderz w stół pięścią, Ciszo, z wielką siłą,

By fundamenty chaosu zmurszały,

Aby spokojnie oraz składnie było,

Dni by się w całość z sensem układały,


By każdy wsłuchał się w własne sumienie,

Godność w rynsztoku leżącą podnosząc,

By oddech złapał nareszcie wytchnienie,

Dziękczynnie ręce ku Stwórcy podnosząc!


Rusz się, Przyrodo, stygnąc w przerażeniu,

Kiedy zwierzęta człek humanizuje,

Siebie stawiając w podłym poniżeniu,

I w twarz swą w lustrze z nienawiścią pluje!


Czymże się stało dziś egzystowanie,

Gdy po omacku człowiek, widząc, błądzi,

Bezczelnie w oczy łże śmiałe kłamanie,

Które to prawdę za jej szczerość sądzi?!


Nad populacją ludzką się pochylasz,

Wszelkie Zjawisko i Wszelkie Stworzenie.

Martwa zastyga w owym geście chwila,

Gdy ta ostatnie (?!) swe wydaje tchnienie.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




FAKT LUB ZŁUDZENIE

Podróż w nieznane już nie ekscytuje.

Zrównoważenie obieram kierunek.

Rozdroża z wielkim spokojem przyjmuję.

Nie jest mi straszny upadek, frasunek.


Ciągnę za sobą krzyż w barki wrośnięty,

Który się milszym stał od mego ciała -

Pod tym ciężarem człek, idąc ugięty,

Czuł jak w nim siła z dnia na dzień wzrastała,


Krokom styranym lekkości nadając

Poprzez ramiona, co piórem trzepoczą.

Niełatwo w życiu do tej pory mając,

Trudno uwierzyć jest dziś własnym oczom,


Kiedy wzrost ducha mego pokazują,

Który to ciało niesie na swych rękach,

Choć sztormy z wszech stron go, topiąc, biczują

A w pięty kąsa niejedna udręka.


Nad przepaściami przez mój krzyż przechodzę

I w jego cieniu przed żarem się skrywam,

Na nim zaś wsparta we zwojach żmij brodzę

I samotności przestworza przepływam.


On niczym gwiazda nad Betlejem świeci -

Miejsca, gdzie zmierzam, by się znów narodzić.

Mijając w drodze bawiące się dzieci,

Wspominam jak się nauczyłam chodzić,


Po czym za siebie patrzę w stronę słońca,

Które wygasa purpurą zachodu...

Przede mną szlaku nie dostrzegam końca,

Gdzie wielu doszło zbyt wcześnie za młodu...


Kurz na mych ustach skorupą zastyga,

Więc mi milczenie przyjacielem bywa.

Myśl się od dawna w ogóle nie wzdryga,

Poczucia szczęścia wcale nie ubywa


Pomimo smaku mnóstwu rozczarowań,

Które świadomość siebie doświadczyły,

Którym nie szczędzę szczerych podziękowań,

Gdyż te na podłość mnie uodporniły.


Ze szczytu widzę dachy osad śpiących

Oraz ulice kłamstwami zalane,

Ludzi na oślep jak w transie błądzących,

Chodniki butów stosami usiane


I fajerwerki pod gradową chmurą,

Mrok, co tumanem się wznosi... opada...

Wiatr gwiżdże nad tym wręcz nutą ponurą,

Szelestem szepcząc, nieskładnie coś gada...


Wzrok mój odwracam od tych miejsc na mapie

I ruszam w drogę, która je omija,

Nim mnie spojrzeniem ktoś z osad nie złapie,

W czym mi pomyślność powodzeniem sprzyja.


Kilometrami ciągną się me szlaki,

Co je kalendarz na lata przelicza.

Wypatrywały mnie nań kiedyś znaki -

Dziś spontaniczność mnie na nich zachwyca.


Ku wschodom słońca zmierzam niestrudzenie

Z krzyżem, co stał się mi bliższy od ciała...

Życie, me życie... fakt albo złudzenie...

Historia, co się śladami spisała...

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




W POŁOWIE DROGI

 Poszybowały w siną dal marzenia

Niczym latawce ze sznurka zerwane...

Myśl się spokojna wokół rozprzestrzenia,

Pod którą patrzę na kartki rozwiane


Miłości, co się nań słowem rozlała,

Duszę z ciężaru uczuć uwalniając...

Nie wiem... jak długo będę w ciszy stała,

W ławice kartek ów oczy wtapiając?


Poszybowały w siną dal pragnienia

Jak klucze ptactwa jesienią przegnane...

Usta związane sznurówką milczenia

Zwilża powietrze wilgocią skraplane,


Dzięki któremu słony smak wyczuwam

Łez, co wycisnąć już nie jestem w stanie.

Świat mej przeszłości od siebie odsuwam...

Z mroku więc wschodzi niczym zmartwychwstanie


Osoba czystsza niż wody przezrocze

Z siłą Dawida, Goliatów miażdżącą!

Dziś pewna siebie po jeziorze kroczę

Z wiarą triumfalnie słabości depczącą,


Dlatego sztormy przede mną się korzą,

Morza w pokorze wnet się rozstępują -

Niepowodzenia, co wokół się mnożą,

Już mi radości, że jestem, nie trują!


A jeno skrzydeł nie szczędzą anioły,

Które od Ziemi wzbić się pomagają,

Przez co mnie koi szumu dźwięk wesoły

Nurtu, co skrzydła w piórach przesiewają...


Harmonia duszy jak rajskie ogrody

Cieniem oliwnych drzew mnie uspokaja,

W koszu gałęzi niosąc ów drzew płody,

Co nędzne ciało strawą zaspakaja,


Więc gdy mnie butwa, jałowość osacza,

Rozpaczą plując mi w twarz z nienawiści,

Wskakuję w odmęt z odwagą Jonasza

I wnet się niebo z gradowych chmur czyści!


W połowie drogi jestem... może dalej?

Zatem nie! straszne są mi burz kaprysy.

Nigdy nie czułam się, jak dziś - wspaniale!,

Będąc połkniętą i zamkniętą w ciszy...

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl