Patrzę na dzieci, co mnie wyprzedziły
I nieświadomie odebrały wszystko,
W beztroski sposób bez użycia siły
Sprawiły, że mnie otacza ściernisko,
Więc... już minęło pierwsze zakochanie,
Motyle w brzuchu gdzieś się zapodziały,
Inny smak miewa również przytulanie,
Które to zmysły wręcz celebrowały...
W oczach już światło ledwie żarem bywa
Drwa strawionego przez żywioł płomieni.
Twarz matowieje i robi się siwa...
Na licach dzieci życie się rumieni
Jakoby jabłka słońce spijające,
Rozsiane jędrnie w listowia czuprynie...
Na mnie skapuje szarości blednące,
Których to odcień w mroku się rozpłynie
I niczym gwiazda z nieba w ciszy spadnie,
Na nią patrzącym oddając marzenia,
Którymi los to bezczelnie zawładnie
W chwili mojego ostatniego tchnienia...
Patrzę na dzieci, co mnie wyprzedziły,
Siedząc na ławce i je obserwując...
Wspomnienia wodze emocji puściły,
Dziewczynkę we mnie na dwór wywołując,
Więc ta pobiegła w bawiące się dzieci,
W podskokach mierząc traw kwitnące płótno...
Słońce na włosach jej błyszczących świeci...
A mnie zrobiło się bezwiednie smutno,
Przez co się łzami oczy me zrosiły,
Nieśmiały uśmiech musnął drżące usta...
Dmuchawce spod jej stóp się unosiły.
Motyli nad nią powiewała chusta,
Łaskocząc skrzydłem o wianek stokrotek,
Które się z pasmem jej włosów zrastały.
Mlecze w pomponach bursztynowo-złote
Z wszech stron ją niczym morze opływały.
Kiedy zaś biegła, latawce puszczając,
Wiatr jej kosmyki w palcach rozczesywał,
Na babie lato w przestrzeń rozszczepiając...
Obraz ten nagle we mgle się rozmywał,
Więc jakby matka pociechy szukając,
Błądziłam wzrokiem troski i rozpaczy,
Dzieci wokół mnie rozsypane mając,
W których mnie oko moje nie uraczy...
Patrzę na dzieci, co mnie wyprzedziły,
Mijając młodzież idącą ze szkoły,
I nastoletnie me lata wróciły,
Więc gwar słów, śmiechu niczym roje pszczoły
Wpadał w me uszy jakby w barć słodyczą
Wonią kasztanów majowych kwitnącą,
Z których gałęzi dłonie liści wiszą
Wibracją chłodu rozkosznie klaszczącą...
Czy przeżywałam ten czas nieświadomie,
Że dziś się zdaje w plamach rozmazany,
Że niczym ślepiec za cieniami gonię,
Po prochu godzin, co w ziemię wdeptany?!
Jakoby w lesie stoję zagubiona...
Echo imieniem wciąż mnie przywołuje.
Podążam za nim nadzieją wabiona,
A ono milknie... i ze mnie żartuje...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz