poniedziałek, 23 marca 2026

PRZEKORNE ECHO

Patrzę na dzieci, co mnie wyprzedziły

I nieświadomie odebrały wszystko,

W beztroski sposób bez użycia siły

Sprawiły, że mnie otacza ściernisko,


Więc... już minęło pierwsze zakochanie,

Motyle w brzuchu gdzieś się zapodziały,

Inny smak miewa również przytulanie,

Które to zmysły wręcz celebrowały...


W oczach już światło ledwie żarem bywa

Drwa strawionego przez żywioł płomieni.

Twarz matowieje i robi się siwa...

Na licach dzieci życie się rumieni


Jakoby jabłka słońce spijające,

Rozsiane jędrnie w listowia czuprynie...

Na mnie skapuje szarości blednące,

Których to odcień w mroku się rozpłynie


I niczym gwiazda z nieba w ciszy spadnie,

Na nią patrzącym oddając marzenia,

Którymi los to bezczelnie zawładnie

W chwili mojego ostatniego tchnienia...


Patrzę na dzieci, co mnie wyprzedziły,

Siedząc na ławce i je obserwując...

Wspomnienia wodze emocji puściły,

Dziewczynkę we mnie na dwór wywołując,


Więc ta pobiegła w bawiące się dzieci,

W podskokach mierząc traw kwitnące płótno...

Słońce na włosach jej błyszczących świeci...

A mnie zrobiło się bezwiednie smutno,


Przez co się łzami oczy me zrosiły,

Nieśmiały uśmiech musnął drżące usta...

Dmuchawce spod jej stóp się unosiły.

Motyli nad nią powiewała chusta,


Łaskocząc skrzydłem o wianek stokrotek,

Które się z pasmem jej włosów zrastały.

Mlecze w pomponach bursztynowo-złote

Z wszech stron ją niczym morze opływały.


Kiedy zaś biegła, latawce puszczając,

Wiatr jej kosmyki w palcach rozczesywał,

Na babie lato w przestrzeń rozszczepiając...

Obraz ten nagle we mgle się rozmywał,


Więc jakby matka pociechy szukając,

Błądziłam wzrokiem troski i rozpaczy,

Dzieci wokół mnie rozsypane mając,

W których mnie oko moje nie uraczy...


Patrzę na dzieci, co mnie wyprzedziły,

Mijając młodzież idącą ze szkoły,

I nastoletnie me lata wróciły,

Więc gwar słów, śmiechu niczym roje pszczoły


Wpadał w me uszy jakby w barć słodyczą

Wonią kasztanów majowych kwitnącą,

Z których gałęzi dłonie liści wiszą

Wibracją chłodu rozkosznie klaszczącą...


Czy przeżywałam ten czas nieświadomie,

Że dziś się zdaje w plamach rozmazany,

Że niczym ślepiec za cieniami gonię,

Po prochu godzin, co w ziemię wdeptany?!


Jakoby w lesie stoję zagubiona...

Echo imieniem wciąż mnie przywołuje.

Podążam za nim nadzieją wabiona,

A ono milknie... i ze mnie żartuje...

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz