wtorek, 23 czerwca 2026

DZIKI ZACHÓD

Wiatr rozczesuje me włosy palcami,

Wypruwając je z głowy pieszczotliwie,

Więc lecą babiego lata nitkami

I połyskują w przestrzeni wstydliwie


Srebrzystymi w światle słońca żyłkami

Z zarzuconą na nich myśli przynętą

Dryfującą w powietrzu spławikami

Rzeki śladów mych, co jest niepamiętną...


W kapeluszu z jaskółek szybujących

Rondem wokół mych skroni zadumanych

I rozkosznie w twarz echu szczebioczących

Podążam splotem dróg z mapy zmazanych


Jak za karę mych przodków przewinienia,

Których czas nie potrafi mi wybaczyć.

Kompas w dłoni wciąż milczy bez wytchnienia,

Więc włosami szlak życia muszę znaczyć,


Gdybym chciała powrócić do korzeni

Tego, kim się dziś stałam i kim jestem...

Zachód krwią się moich oczu czerwieni.

Niebo nie wie, że może być też deszczem.


Trawa zgrzyta jak grochem rozgniatanym

Na słomiany wiór żarem przesuszona.

Kurz z obcasów niczym piachem zmiatanym

Się unosi jako dymna zasłona


I na ustach osiada białym pyłem

Niczym prochem tych, którzy szli przede mną.

Spod mych stóp pełzną ścieżki wciąż zawiłe

Jakoby trasą przeszłości bezsenną,


Wzdłuż to której się ciągną głodne sępy -

Ludzie wielce spragnieni mej porażki.

Straszą w drodze więc łupów ich zastępy -

Wśród kamieni błyszczące bielą czaszki.


Gdzieś w oddali dyliżans się kolebie,

Zahaczając kołami o wyboje.

Cisza zda się zatracać w chrypkim śpiewie

Kogoś, kto trzyma w ryzach ze spokojem


Zaprzęg koni zmęczeniem spowolnionych,

W drodze szczęście znaczących podkowami.

Muszę wyczuć dokładnie, z której strony

Się pojawi, trzeszcząc kół swych osiami,


Wóz z kilkoma w podróży osobami,

Co potrafią uszanować człowieka...

Wsiądę doń i zostawię za plecami

Stado, które mej zguby tylko czeka.


Zrzucę z głowy kapelusz, by jaskółki

Rozproszyły się lotem pod błękitem

Niczym lassa zarzucane zeń sznurki

Na mustangi obłoków gnane świtem,


Po czym usiądę u boku woźnicy,

Harmonijką strof rzędy wygrywając.

Nad kołami mojej strzępy spódnicy

Zatrzepoczą, z kopytami stukając


I do rytmu czy do trzasku ogniska,

Co się wije w gwiazd roje diamentowe,

W których żarzy się iskra, gdy błyska,

Niosąc światło w noc bezdenną, lecz płowe...


Na tychże preriach bezkresnej równiny

Codzienności, co zda się nie mieć końca,

Odnajdę ludzi na pewno z tej gliny,

Którą się kruszę pod kopułą Słońca.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




piątek, 19 czerwca 2026

JA TO MAM SZCZĘŚCIE

Wiatr wpadł we śmigła gałęzi zielonych,

Więc te wirować i szaleć zaczęły.

Jak młyńskie koło we wodach spienionych,

Tako i one liście w obrót wzięły,


Przez co się zdało, że nie szum, a chlupot

Dudni potęgą oberwania chmury,

Przypominając wodospadu stukot,

Co ma złowieszczy dźwięk mrocznie ponury,


Rozdzierający ostrzem spływu skały,

Z których nurkuje ścianą wściekłej rzeki

W taflę, co hukiem wręcz rozszarpywały

Plusku chlapiące i ciężkie zacieki.


Szelestu strumień jak blaszanym wiadrem

Chlusną w twarz siłą, z powiek mych zmywając

To, co w mej duszy siedzi cicho na dnie,

W komorach serca żalem kołatając.


Nie drgnęłam nawet, w dźwięki się wsłuchując

Liści o liście rytmicznie klaszczące,

Które to we mnie, krwi prądem pulsując,

Wskrzesiły lata już mgłą zachodzące...


I świst sosnowych szczotek się pojawił

Rozczesujących jedwabne obłoki.

W pniach ich strzelistych, gdzie cień błogość sprawił,

Patrzyłam w niebo jak ich maszt wysoki


Kołysze miękko się na tle lazuru,

Rozkosznie mrucząc swą elastycznością,

Zakotwiczony haczykiem pazurów

Korzeni, które ze śliską łatwością


Wpełzają we mchu aksamitny pancerz

Wyrastający z grzybami pachnącej

Ziemi we ściółki rudo-rdzawej halce

Z jagodzinami się przeplatającej...


Jakaż to rozkosz dla mojej tęsknoty...

Stanąć na skraju lasu sosnowego,

Zażyć żywicą skropionej pieszczoty

Z opuszka wiatru w drzewach szepczącego...


Stoję przy jezdni zgarbionym zakręcie

Obok kapliczki krzyża przydrożnego.

Ptaki w koronach wyśpiewują szczęście,

Jaskółki w locie zaś tańczą do niego.


Idę w głąb wioski wzdłuż szeregu domów

Błyszczących okien swych szklaną źrenicą.

Wchodzę w obejścia niemal pokryjomu,

Mając nadzieję, że znów mnie zachwycą


Odgłosem drobiu w podwórzach rozsianym,

Psem na łańcuchu z radości skomlącym,

Odgłosem kosy w ostrze wklepywanym,

Wózkiem drewnianym kołem swym jęczącym,


Gwarem dyskusji i śmiechem serdecznym

Ludzi z sąsiedztwa siedzących przy stole,

Łanem zbóż, co się wydaje wręcz wiecznym,

Bruzdą ziemniaków, którą kwitnie pole,


Zapachem chleba w dzieży rosnącego,

Modłą różańca w świerszczowej okrasie

I smakiem mleka zsiadłego, świeżego

I brzękiem kubków dyndających w pasie


O wschodzie słońca ciągnącego w bory

Jagód spragnionych mieszkańców tej wioski,

Aurą bezsennej, choć już późnej pory,

Kiedy to echo niesie w gwiazdy plotki...


Coraz to częściej mnie się wracać zdarza

Do miejsc pachnących łąką i ogniskiem,

Bożego Ciała klęczeć przy ołtarzach

Lub przeskakiwać wręcz z dziecięcym piskiem


Przez rzekę Czarną szemrzącą mlaszcząco

W gęstwinach jeżyn, traw, brzóz i topoli...

Ten obraz wspomnień ścieżką prowadzącą

W świat, co jest ziarnem rozpuszczonej soli,


Mam wciąż przy sobie jak pożółkłe zdjęcie

Trzymane zawsze niczym skarb w portfelu -

Mam niebywale wyjątkowe szczęście -

Chwile wspaniałe pośród zmartwień wielu,


Będących szlakiem ludzkiej codzienności

O syzyfowym, żmudnym zabarwieniu

W szarej zazwyczaj bytu przyziemności

Ku gasnącemu powoli istnieniu.

Grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



środa, 17 czerwca 2026

A U MNIE ZWYCZAJNIE

Pod wykrojonym z bezkresu błękitów

Skrawkiem, co oczom bezkresem się zdaje,

Pełnym obłoków niczym stalaktytów

Mój świat jaskinią przestrzeni się staje


Tonącej w światła złocistym kolorze,

Bursztynowymi kapiąc zaciekami...

Niebo się błyszczy niczym w słońcu morze,

Drżąc nieruchomo jasności falami,


Na których ptaki jak z papieru łódki

Dryfują skrzydeł rozpiętych żaglami...

Na ów błękicie chrobotem stalówki

Drzewa się zdają przemawiać wierszami...


Przemierzam zatem zmęczone chodniki

Wtopione w trawę asfaltową wstążką...

Pachną kredkami, ołówkiem piórniki

A ziemia robi się pod stopą grząską


Jakbym się w górę lekko podrywała,

Miękko stąpając w dziecięcych podskokach...

To, co dostrzegam, już bym malowała

Na murach, płótnach czy zmurszałych płotach...


Budzi się we mnie ogień fascynacji,

Który pozwala się wzbić pod obłoki,

Namiętność dzikiej niemal ekscytacji

Pomagającej objąć świat szeroki


Jednym zachłannych mych źrenic spojrzeniem

Otulającym zmysły panoramą...

Stoję zamarła dławiąc się wzruszeniem.

Wszak otrzymałam wręcz królewskie wiano.


Krokami trasa naprzód mnie unosi

Jakoby rzeka liścia na swym grzbiecie.

Cisza o dźwięku uznanie się prosi,

A echo z wiatrem szeleszcząco plecie,


Szum przywołując milczeniem zduszony

Gałęzi, które jak palce na harfie

Strącają ze strun ton onieśmielony

Na pięciolinii rozwiniętej szarfie


Wplecionej w odgłos miasta zbudzonego,

Co jak pies warczy silników lawiną,

Stepuje tłumem gdzieś się spieszącego,

Udręczonego znużenia rutyną.


Ot, dzień jak co dzień - po prostu zwyczajny.

Nic, co jest godne ukoronowania.

Poranek wobec natchnienia lojalny.

Czas przyziemnego mego bytowania:


O świcie spacer, a tuż po powrocie

Parzona świeżo i pachnąca kawa,

Okna na oścież topniejące w złocie

Słońca, co z którym podnosi się wrzawa


Ulic płynących spóźnieniem i trwogą

Przechodniów wzrokiem w dal odprowadzanych,

Teksty, co we mnie obumrzeć nie mogą

I co się rodzą w słowach przelewanych


Na w monitorze wyświetlane kartki

Przez klawiatury łoskot przesuwane

I wyciągane jakoby z szufladki

A po zapisie garściami rzucane


Jak ziarna szeptem podjętej rozmowy

Z czytelnikami wierszy spragnionymi...

Następnie rygor zmiażdżyć mnie gotowy

Obowiązkami mi narzuconymi


Przez społeczeństwo zaprogramowane

W imię porządku ułudnie świętego...

Że też mi nie jest, Panie Boże, dane

Zrzucić tę uzdę życia zwyczajnego,


Aby się sztuce poświęcić bez reszty

I trwać w twórczości jakoby w obłędzie.

U mnie zwyczajnie bywa wciąż niestety

Jako zwyczajnie bywa (chyba...) wszędzie.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



wtorek, 16 czerwca 2026

ŚWIT UTRACONY

Czerwień jak ogień w różowym zacieku

Niczym pożogą trawi dachy śpiące

A niebo woła: "Uważaj, człowieku!

Z pieleszy nocy wynurza się słońce."


Chmury w granacie z siwiutkim nalotem

Jakoby cukrem pudrem posypane

Chłoną z płomieni jutrzenki spiekotę

I orchideą ukoronowane


Płyną tumanem dymu jak z kominów,

I rozpełzają się w różnych kierunkach

Przypominając wręcz stada pingwinów

Pielgrzymujących szeregiem jak w sznurkach


Sieci rybackiej w błękit zarzuconej

Połyskujący światłem wypłowiałym

O barwie lekko jakby marchewkowej,

W którą bursztynu odcienie się wlały


Promieniujące cytrynowym blaskiem

Rozstrzeliwanym w przestrzeń niezmierzoną.

Niebo aż pęka pulsującym brzaskiem

Jak promieniami rozcinane łono,


Z którego życie zda się wydostawać

Na świat w leniwym nieco przebudzeniu...

O, jakże warto jest przed światem wstawać,

By być obecnym przy tym narodzeniu


Dnia, co kolejną szansą dla człowieka

Na rozpoczęcie wszystkiego od nowa...

W oddali pluszcze czasu rwąca rzeka...

Mnie chłonie chwila, co na dnienie czeka,


Degradująca znaczenie zegarów

I wstrzymująca oddech przy zachwycie...

Stoję pośrodku porannych oparów,

Gdzie rosą pachnie iście wyśmienicie


Powietrze niczym jeszcze nie skażone,

Orzeźwiające bryzą swej świeżości,

Ziemi wilgotnej szczyptą doprawione

I odrobiną kwiatowej słodkości...


Warkot silnika jak balon przebity

I zgrzyt obcasów za mymi plecami

Są niczym wiatrem porwane zeszyty,

Co nie zdążyłam zapełnić słowami...


Spłoszona cisza więc nagle czmychnęła.

Niebo błękitne słońcem zapłonęło.

Z cięciwy strzała wzroku się wypięła -

Spojrzenie w siną dal moje pomknęło


I wnet tęsknota me serce przeszyła

Za tym ujęciem dnia pączkującego...

Cywilizacja w kadr oczu się wbiła.

Czekam na powrót świtu straconego.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




poniedziałek, 15 czerwca 2026

NAJWYŻSZA PORA

Czy można płakać nad rozlanym mlekiem?

Rozumiem, kiedy sobie z tym nie radzisz.

Nie jesteś Stwórcą, lecz tylko człowiekiem,

Chociaż nierzadko w ów Stwórcę się bawisz


Jakby od ciebie wiele zależało,

Jakbyś miał sprawczą moc nad całym światem.

Nie będziesz szlochać, choćby wypadało.

Drżysz, że cię nazwą w osądzie wariatem,


Trzymasz więc w twierdzy własnej świadomości

Emocje, które jak wrzątek buzują.

Krew cię zalewa wezbranej przykrości

A w skroniach myśli w panice pulsują.


Sztucznym uśmiechem zasłaniasz twe smutki,

Choć oczy krzyczą, ratunku! wzywając.

Czujesz, że jesteś kruchy i malutki,

Z trudem społeczne wymogi dźwigając,


Według to których winieneś być silny

Niczym bohater nie do pokonania,

Na ból odporny, wewnętrznie stabilny,

W palcach miażdżący życiowe wyzwania...


A tu tymczasem niemoc cię powala

I zrzuca z podium nieustraszonego,

Więc na słabości duch sobie pozwala,

Rozum zaś nie chce dopuścić do tego,


Byś pękł w środku, bo tak nie wypada -

Kapitulacji przecież ci zabrania

Medialny nacisk, co umysłem włada

I cię do bycia ideałem skłania,


Mimo że człowiek jest wielce daleki

Od przypisanej mu doskonałości...

Mleka więc płyną rozlane zasieki -

Macki wrodzonej, ludzkiej "zaradności"...


Cóż zatem czynić... usiąść oraz płakać

Jakby już wyjścia z opresji nie było?

Zamiast przez morze sztormów życia skakać,

Spokój zdobywać bezradności siłą,


Łzami wyciśnij z siebie, co uwiera

I co koszmarem emocji cię dręczy.

Niech twoja wola z tobą będzie szczera

I niech przed presją obłudy nie klęczy.


Kiedy oczyścisz się z żalu i lęku,

Puść twą nadzieję na jutro, lecz lepsze,

Niczym latawiec zaciśnięty w ręku.

Wsłuchaj się, ale wreszcie, w własne serce


I idź przed siebie jako ci dyktuje

Twoje sumienie, nie zaś ślepców sfora.

Rozlane mleko niechaj wiatr zlizuje.

Bądź w prawdzie sobą! - już najwyższa pora.


Czas nam się kurczy wręcz w sposób brutalny,

Trzeba na siebie więc spojrzeć z miłością.

Każdy grzech bywa przecież wybaczalny,

Gdy żałujemy ów grzechu z szczerością.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



piątek, 12 czerwca 2026

ROZMOWA Z BOGIEM

Gdy kogoś spotyka coś, Drogi Panie,

Z czym sobie w życiu poradzić nie umie,

Szarpie w rozpaczy włosy i ubranie,

Bowiem milczenia Twego nie rozumie,


Nie może pojąć, że Ty - Miłosierny

Pozwalasz, patrząc, posmakować złego.

W złości niejeden krzyknie, żeś bezczelny!,

Lub w twarz Ci rzuci, żeś niegodzien tego,


By Cię nazywać Bogiem Wszechmogącym,

Skoro Swej mocy skąpisz cierpiącemu,

Skoroś jest Stwórcą ból dopuszczającym,

Nie chcesz odebrać człekowi biednemu


Trudów codziennych, życie umilając,

Żeby i miodem, i mlekiem płynęło...

Takiego bytu, Tobie urągając,

Nie chcę, mój Panie, bo... cóżże mi z tego?!


Gdyby mnie smutek czasem nie nachodził,

To by mi radość obcą przecież była.

Gdyby organizm mój mnie nie zawodził,

Nie doceniłabym, czym jestże siła.


Gdyby mi nogi bezbłędnie służyły,

Błogosławieństwem bym że nie nazwała

Tego, iż mękę o sprawność przebyły,

Żebym się na nich godnie przemieszczała.


Gdyby mnie przeszłość octem nie karmiła,

Może empatia byłaby złudzeniem.

Gdybym o wodę i chleb nie walczyła,

Wszelkie bogactwo byłoby znudzeniem.


Gdyby mnie ludzie nie rozczarowali,

To bym kochała ich bardziej niż siebie.

Gdybyś nie przybył, gdy się świat mój walił,

Bym nie poznała Cię, będąc w potrzebie,


W której podniosłeś mnie z ziemi zdeptaną

Przez hordę mściwców oraz zawistników.

To dzięki Tobie nie jestem przegraną,

Chociaż mam wrogów wokół mnie bez liku.


Za cóż więc mam Cię oskarżać, mój Panie,

Kiedy mnie w życiu coś złego spotyka?

Dlaczego? Po co? - to zbędne pytanie.

Ty upadałeś - i człek się potyka.


Biorę, co daje los, choć mi na przekór.

Wiem, żeś jest obok, więc dam sobie radę.

Przeżyłam Panie piękne już pół wieku

I doskonale zdaję sobie sprawę,


Iż doświadczenia niełatwe z natury,

Co to kielichem goryczy mnie poją,

Czynią mnie - dziewczę mizernej postury -

Kobietę, której myśli się nie boją


Tego, co zdarzyć się za chwilę może

Nawet, gdy strachem mi w oczy zagląda.

Na ramię krzyż mój z pokorą położę.

Od lęku jestem dzięki Tobie wolna.


I ciągnąc, Panie, te belki na grzbiecie,

Które mi łamią karku kruche kości,

Wiem, że nie znajdę niczego na świecie,

Co mi zastąpi dar Twojej miłości.


Nie dla mnie zatem trzydzieści srebrników -

Te bowiem tracą szybko na wartości.

Nie dla mnie buty wielkich podróżników

Ani wszelakie inne wspaniałości.


Jedynie kącik pod liści dachówką

W powojach kwiatów z papierem i piórem,

Domek drewniany z gankiem, z podmurówką

I Ty strzegący tego miejsca murem,


I zapach druku lawiny mych książek

Rozchwytywanych jak świeże bułeczki...

Czy być pisarką, Panie Boże, zdążę

Zanim spakuję dossier me do teczki,


Którą się stanę w szufladzie komody

Pośród notatek spraw niedokończonych?

Człowiek nie stary, chociaż już nie młody

W kapciach za dużych oraz przechodzonych...


Być może jutro, za tydzień lub miesiąc

Ten talent, Panie, coś mi dał, rozmnożę.

Pod krzyżem idę, tym się, Boże ciesząc,

Że kiedyś przecież na bok go odłożę.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




środa, 10 czerwca 2026

BOCIAN MAKARY I JEGO WAGARY

W gospodarstwie pana Stacha i na drzewie, i na dachach nad stodołą, i nad domem leżą gniazda wyłożone patykami i kijami, mchem, wiórami i trawami. A w tych gniazdach są bociany, które stroją się w żupany z biało – czarnych piór utkane, co w kozaki przyodziane o kolorze purpurowym z dziobem równie kolorowym po mokradłach, łąkach brodzą i to połkną, co w nich złowią. Pasikonik czy dżdżownica, małe ryby czy gryzonie, ślimak, żaba też zachwyca to menu urozmaicone. Krety, węże, gronostaje czy pisklęta lub zające – nic uwadze nie odstaje, co znajduje się na łące.

Tą scenerią, moi Mili, byście się wręcz zachwycili, bo u Stacha, w wsi Żywkowo, świat bociani jest nad głową, co na trasie z Toprzynami ciągnie się kilometrami. W okolicach tych platformy widokowej, wielkiej formy sąsiadują z muzeami, z galeriami z pamiątkami. Na tym szlaku Warmii, Mazu, gdzie zieleni lśni abażur, tłum turystów – miłośników czuwa cicho w zagajniku, by bociany obserwować, jak i też sfotografować. Popularność wsi Żywkowo, Toprzyn oraz wsi Pentowo niesie hojnie po Europie sławy ptaków polskich krocie.

Zysk to wielki! Sława miła!, lecz… zepsucie uczyniła, bo w bocianim towarzystwie, w którym ptaki, niemal wszystkie, zgodnie żyły z swą naturą, nie zajmując głowy bzdurą, był jedyny odszczepieniec – chciałoby się rzec: szaleniec! – bocian młody i narwaniec, pozujący niesłychanie z przyjemnością fotografom, w każdym dniu będącym gafą. Miał na imię on Makary. Nie był młody. Nie był stary. Tym się różnił ów Makary, że na dziobie okulary nosił z dumą oraz z gracją, chlubiąc się głoszoną racją. Lubił książki i gazety. Nosił szalik i skarpety. Często w okna też zaglądał. Telewizję w nich oglądał, wiadomości pochłaniając oraz wiedzę zdobywając. Z takim właśnie to obyciem, czuł się bocian znakomicie w towarzystwie tłumów ludzi, których inność radość budzi i ciekawość niezgłębioną, wiecznie chłonną, pobudzoną. Z takiej zatem to przyczyny chodził bocian w odwiedziny do mieszkania pana Stasia, jakoby rodzina ptasia. Dreptał za tym gospodarzem zawsze razem w jednej parze. Wszyscy we wsi się dziwili, gdy we dwoje ci chodzili – pan Stach oraz ów Makary, który nosił okulary.

Bocian – ojciec, jego żona, synem swym strasznie zmartwiona, Makaremu tłumaczyli, by nie tracił ani chwili na dziwactwa i głupoty, bowiem wpędzi się w kłopoty.

- Czas najwyższy, - rzekła mama przygnębiona i stroskana – byś nauczył się polować! Pora przestać leniuchować. Kurom ziarna wydziobujesz. Psu z miseczki podskubujesz i z talerza pana Staszka jesz, co nie jestże dla ptaszka. Tyś urodził się bocianem. Skądże w tobie to skaranie?! Skądże w tobie te maniery? Mów natychmiast i bądź szczery! - A Makary nic nie mówi. W myślach mota się i gubi, odpowiedzi w nich szukając oraz skrzydła rozkładając w bezradności, zagubieniu. - Cóżże siedzisz tak w milczeniu?! - denerwuje się mamusia mimowolnie na synusia.

- Synu… - westchnął bocian – tata. – Każdy brodzi z nas i lata. Ty z człowiekiem zaś obcujesz i go ciągle naśladujesz. Nie wypada toż to tobie! Czy masz fiu bździu w ptasiej głowie?! Czas do stada ci powrócić. Pora ci nas przestać smucić. Jutro razem wyruszymy i w mokradłach zanurzymy długie nogi po kolana, aby łąka rozhasana odsłoniła swe bogactwa, nakarmiła brzuszki ptactwa. Jutro będzie polowanie i królewskie ucztowanie.

- Ja nie mogę… Ja nie lubię… Dni są dla mnie wówczas długie, strasznie nudne i nużące, kiedy brodzę w nich po łące – wręcz zarzeka się Makary, poprawiając okulary. – Mamo, tato! Wolę czytać niźli żaby, krety chwytać, telewizję pooglądać. Nie możecie przecież żądać, bym się pozbył przyjemności dla tych wszystkich okropności. To, żem bocian, wiem na pewno, lecz czy nie jest wszystko jedno, czy ja z wami czy ze Stachem, co nas gości swoim dachem?! My jak jedna wszak rodzina, która dzień kończy, zaczyna, która mieszka obok siebie oraz wspiera się w potrzebie…

- Bocian, człowiek – Płacze tata. – chociaż wspólnie pędzą lata, nie są z sobą spokrewnieni i nic tego już nie zmieni.

Wtem Makary skrzydłem machnął, o powietrze piórem trzasnął i poleciał, hen!, przed siebie jak latawiec, co po niebie kreśli zwinne piruety, lecz wbrew sobie to niestety, bowiem wiatrem podrywany, po obłokach kołysany. Tak niezdarnie bocian leci. Białym skrzydłem w górze świeci, przechylając się na boki, zawadzając o obłoki, rozpruwając dziobem chmury, jako rzadko ptak, to który umiejętność szybowania wykonuje bez wahania, bez kłopotów, niedbałości, a z oznaką przyjemności. A, Makary w przerażeniu na swych skrzydeł rozłożeniu mknie pod niebem, lecz z przymusem, rozkładając nogi kłusem jakby zając, co piórami macha, walcząc z wiatrakami. Widok śmieszny to okropnie. Bocian w kroplach potu moknie, bo wysiłkiem niebywałym lot pod niebem zda się wielkim. Wisi ptak w rozpiętych skrzydłach, jakby go huśtały szelki. Wtem zawiało, zahuczało. Wiatr ochrypłym śmiechem chlasnął, a Makary od podmuchu zleciał z nieba, o pień trzasnął. Posypało się igliwie. Kory lecą zdarte krocie. Bocian leży plackiem w błocie.

- Już nie będę więcej latał!, – gniewnie krzyczy ptak Makary – i nie będę też się bratał – Z trawy podniósł okulary. – z wiatrem, który ze mnie szydzi i mnie w locie nienawidzi. – Wstał Makary oburzony, obolały, wybrudzony. – Wracam pieszo! – postanawia, budząc sobą śmiech żurawia, co w mokradłach siedział cicho, patrząc cóż to jest za licho, które z nieba leci z hukiem, sypiąc wkoło śnieżnym puchem. - Mam dość! - złości się Makary, zakładając okulary. - Ja nie będę więcej latał i się z wiatrem w górze bratał! - tak oznajmił, ruszył ścieżką, czując w sercu wściekłość wielką.

Skrzydła w pięści zaciśnięte, oczy złością są przejęte, nogi strasznie ociężałe, bo zmęczone, obolałe. Powłóczystym, długim krokiem idzie bocian, który lotem tak się zraził, tak zniechęcił, że aż w gniewie dziobem kręcił, a gdy wrócił już do gniazda, nie zdradziła się to prawda o wypadku, o upadku i o przykrych przygód skrawku. Opowiadał wręcz z przejęciem, jakie to miał wielkie szczęście, że z wilkami walczył w lesie, w którym echo strachy niesie, że się wymknął z ich niewoli, bezszelestnie i powoli wyślizgując się z zasadzki, zawadzając o purchawki, upadając na polanie, brudząc piór śnieżne ubranie. Ptasia mama bajek słucha, czyszcząc dziobem syna żupan. A tuż obok i w zadumie, i w bocianów licznym tłumie tata plan podróży kreśli, rozpatrując treści wieści, dotyczących to pogody, z którą bocian stary, młody muszą zmierzyć się w podróży, co ją sierpień końcem wróży.

- Wszyscy wspólnie wyruszymy przed nadejściem srogiej zimy – proponuje bocian – tata, odczytując koniec lata. – Kluczem stada przefruniemy nad Rumunią, nad Bułgarią. Lotem sprytnym w mig przemkniemy ziemię Turcji, wodę parną. Na Półwyspie odpoczniemy, co Synajskim jest nazwanym. Do Afryki pofruniemy do doliny, gdzie Nil mamy. – Wszyscy brawa w skrzydła biją, kręcąc długą, smukłą szyją.

- Ja nie lecę! – drży Makary.

- Co to?!... Protest czy wagary? – pyta wujek z oburzeniem – Toż to chyba przesłyszenie! Wszyscy, zgodnie z obyczajem, lecą razem w ciepłe kraje. Nikt z bocianów nie zostaje. Zima się we znaki daje. Każdy życie swe poświęci, kiedy straci wszelkie chęci, by opuścić polskie ziemie, gdzie mróz z śniegiem, gdzie promienie bladym słońcem ledwo świecą, a z obłoków płatki lecą. Tak nie można!, nie wypada… Co Makary opowiada?!

- Nie wyrażam zgody na to!

- Ależ droga mamo, tato… Ja dołączę do was potem. Ja polecę samolotem.

- Samolotem?! Co ty pleciesz? Żaden bocian to na świecie przecież tak nie podróżuje! Co ty knujesz?!... Czy… żartujesz?... – pyta dziadek zatroskany, we zmartwieniu zadumany.

- Synu… - Płacze w lęku mama. – Nie polecę przecież sama, ciebie tutaj zostawiając.

A, Makary wciąż słuchając wszystkich przykrych argumentów brzmiących tonem drwin, zamętów, postanowił, zdecydował i wyboru nie żałował, więc porankiem, tuż przed świtem, zanim grono znakomite ze snu wstało odprężone, czyszcząc skrzydła rozłożone, ukrył bocian się w stodole, leżąc w sianie tuż przy kole i pod wozem drabiniastym w odrętwieniu niemal strasznym. Mimo jednak niewygody, bowiem w lęku bez swobody, czekał aż wszyscy odlecą, w górze głośno dziobem klecąc.

Wtem zleciała się rodzina. Każdy skrzydła swe rozpina. Każdy się gimnastykuje i do lotu się szykuje. Nagle mama z gniazda leci. Łza jej smutna w oku świeci.

- Gdzieś zapodział się Makary?! Czy to koszmar? Czy to czary?! - lamentuje ptasia mama. - Ja nie mogę lecieć sama, zostawiając Makarego. Toż to jest coś okrutnego!

- Gdzie Makary? Gdzie Makary?! – krzyczał bocian młody, stary. – Czas się zbierać do podróży.

Tata – bocian oczy mruży. Mama piórem łzy ociera. Słońce wolno się przedziera wschodu bladym, jasnym pasmem, przebijając ciemność światłem.

- Ja nie lecę! - krzyczy mama. - Ja nie mogę lecieć sama!

- On doleci nieco potem. Ma się zjawić samolotem – tata żonę swoją wspiera, gdy ta piórem łzy ociera. - Nam już trzeba w drogę ruszać. Nie ma co się tak zasmucać. Jak obiecał, pewnie zrobi – mówiąc tak, tata się głowi i zamartwia się o syna, co przedziwnie się zaczyna zachowywać i prowadzić. - Przecież to nie będzie wadzić.

- Po cóż jemu zatem skrzydła, skoro podróż jemu zbrzydła w szybowaniu po błękicie?! Oj, niełatwe z nim jest życie… - wzdycha mama oburzona i wyraźnie przygnębiona.

Wtem zerwały się bociany. Lśnią na niebie ich żupany. Wiszą w górze pod słoneczkiem, tworząc niebu falbaneczkę.

- Wyruszamy! Wyruszamy! Czasu wiele wszak nie mamy! – klekotały zgranym chórem, płosząc skrzydłem mgłę i chmurę.

I tak… wszystkie odleciały, rozsiewając szum na wietrze, a Makary posmutniały ze stodoły wyjść już nie chce. Leży sobie na posłaniu w śnieżnym piórek swych ubraniu, marząc ciągle o przygodzie, o wygodzie i swobodzie.

- „Teraz” – myśli ptak Makary, czyszcząc szalem okulary – „będę robił to, co zechcę.” – Pomysł radość w sercu łechce. – „Nikt mi bowiem nie zakaże i niczego nie rozkaże. Będę sobie swoim panem!, i na zimę tu zostanę. Posmakuję wszak wolności oraz wszelkich przyjemności. A, gdy wszyscy tu przylecą, będą wiedzieć, że bzdur klecą całe mnóstwo, całe krocie bez rozumu i w głupocie.”

Kończąc wszelkie przemyślenia, usiadł w sianie od niechcenia. Szal poprawił, okulary i skarpety swe podciągnął, po czym pod dom się przeprawił i zaglądnął doń przez okno, oglądając wiadomości, filmy, bajki, kabarety. Mimo różnych przyjemności, tęsknił bocian ów niestety za rodziną, która leci do Aryki już na pewno… dwa dni może!… albo trzeci?!, więc mu nie jest wszystko jedno, że pozostał sam na włościach gospodarstwa pana Stacha. Zimno wije się po kościach, niszcząc gniazda, co na dachach i na drzewie rozłożone rażą smutkiem, opuszczone. Postanowił więc Makary do rodziny swej dołączyć.

- Ja polecę samolotem. Będę wodę z Nilu sączyć, gdy na brzegu wylądują moi bliscy, moi mili. A tak się tym uradują, iż mnie będą wciąż chwalili za spryt, pomysł i zaradność, za strategię i przykładność, że na drugi rok wakacji według moich słusznych racji samolotem wyruszymy przed nadejściem srogiej zimy do Afryki, w ciepłe kraje, jak nam każą obyczaje.

Wpadł więc bocian do pokoju i w powadze, i w spokoju wziął słuchawkę telefonu, nie zdradzając nic nikomu, wybrał numer na lotnisko, aby pozałatwiać wszystko. Wtem głos kogoś się odzywa, do rozmowy boćka wzywa, więc Makary z elegancją zamówienie swoje składa… W aparacie telefonu ktoś przedziwnie, obco gada.

- Halo! – woła ptak Makary, telefonem kręcąc, wiercąc, poprawiając okulary, aż mu oczy szczęściem świecą. – Chcę polecieć samolotem w ciepłe, droga pani, kraje. Zatem dzwonię, aby lotem przebrnąć nieba szlaki całe docelowo do Afryki, gdzie Nil płynie przez ląd dziki…

- Co za wstrętne wychowanie! – gniewnie pani się odzywa. – Czy to panu tak przystaje, że mnie, myślę, pan poniża?!

- Nie rozumiem. Proszę jaśniej – bocian dwoi się i troi. Wtem słuchawka hukiem trzaśnie. Bocian już się niepokoi.

- Halo… - woła Makarego telefonu nagłośnienie. Kiedy bocian się odzywa, z tamtej strony drży milczenie. – O co chodzi? W jakiej sprawie? – pani krzyczy we słuchawce. – Czy przedstawi pan łaskawie, o co panu chodzi właśnie?! Halo!... Halo!... Nie rozumiem! No i pojąć nic nie umiem.

- Co za żarty?! Nieuprzejmość! – ptak wygłasza do słuchawki. – Jakaż w pani jest bezczelność! Co za bełkot wilgi, kawki?! – W bezradności wzrusza skrzydłem, okulary przecierając. – Do Afryki! – krzyczy gniewnie, bilet lotu zamawiając.

- Jakie kle, kle? Jakie kle, kle? Co za klekot? Co za żarty?! – wrzeszczy pani do słuchawki. – Kto tak strasznie jest uparty, że po ludzku nic nie mówi, nie przedstawia sprawy jasno, że sylaby, głoski gubi, przez to gwarę ma pokraczną?!

Bocian w nerwach rozogniony pięścią skrzydła w stolik trzasnął, poczuł że się poniżony. Nogą tupnął, dziobem klasnął.

- Do Afryki, gdzie Nil płynie! – coraz głośniej ów ptak krzyczy. – Chcę zamówić tańszą linię! Czy mnie pani teraz słyszy?!

- Takim durnym klekotaniem nic pan u nas nie dostanie! - Rozłączyła się rozmowa, a bociana boli głowa.

- Zatem jadę – decyduje – autobusem do Warszawy. – Duma, nogą przytupuje. – Tam załatwię wszystkie sprawy.

Spiesznie zerwał się do gniazda, by spakować swą walizkę, a w nią wsadzić skarpet kilka oraz książki swoje wszystkie, których jeszcze nie przeczytał, a planował przy okazji, po czym trochę lekkomyślnie, bo pod wpływem wszak fantazji, kłusem pędził na przystanek, do stolicy chcąc pojechać. Przetarł oczy swe zaspane. Sprawdził, ile trzeba czekać.

Liście lecą pozrywane. Dziób od zimna począł szczękać i Makary o swe zdrowie zaczął się poważnie lękać. Wokół głucho. Wokół cicho. Jesień się zapuszcza w głębię, a Makary przerażony, myślał: co też teraz będzie? Sam pozostał bez opieki i bez wsparcia, i bez dachu… Drżał Makary nie od zimna, lecz w poważnym, wielkim strachu. Wtem!, nad głową po błękicie kluczem ptasim mkną żurawie, co zerwały się o świcie, gubiąc pióra w żółtej trawie i kierując się na zimę do Hiszpanii, Portugalii, więc Makary łzę uronił w żalu gorzkim i nostalgii.

- Po cóż były mi wagary? – westchnął z bólem ptak Makary. – Nauka w szkole od latania przyprawiała mnie o mdłości. Teraz jednak się odsłania brak tej cennej wszak zdolności. Gdybym umiał sprawnie latać, ruszyłbym pod niebem świata z najbliższymi w ciepłe kraje, jak nam każą obyczaje. A, tak skrzydła, niczym kłody, bez wolności i swobody, nie potrafią nieść mnie w górze… Kiepski koniec sobie wróżę… - szeptem kwilił ptak Makary, łzą zraszając okulary. – Samolotem mam nadzieję przemknąć miasta, wioski, knieje, rzeki, morza i pustynie zanim doba w czasie minie. - Wtem autobus drogą jedzie. W nim kierowca jest na przedzie, co się nawet nie zatrzymał, inny tworząc przygód finał. Minął boćka kół rozpędem. Za nim auta suną rzędem. - To pojadę autostopem. – I unosi bocian stopę, by zatrzymać jakiś pojazd i załatwić sobie dojazd na lotnisko we Warszawie ku istotnej przecież sprawie.

Z piskiem opon bus odsapnął i silnikiem wrogo chrapnął. Podbiegł zatem ptak Makary, skrzydłem chroniąc okulary. Drzwi otworzył. Wpadł do busa, czyniąc sprytem tylko susa, lecz się ludzie przestraszyli, no i boćka wyrzucili z walizeczką na pobocze. Wiatr nad ptakiem drwi, łopocze. Ból we skrzydle ma Makary i stłuczone okulary. Wstał cierpiący, posmutniały. Kości mu się połamały od upadku na pobocze. A wiatr ciągle drwi, łopocze. Echo niesie drwiny, śmiechy oraz krzyki oburzenia:

- Bocian w aucie! - wrzeszczą ludzie. - Toż to nie do pomyślenia!

- Wracam… - Szlocha ptak Makary, co zniszczone okulary na swym dziobie ciągle nosi. – Los mnie widać też nie znosi. Może przyjmie mnie pan Stachu i ułożę się na dachu w gnieździe moim to rodzinnym… Już nie będę tak dziecinnym – tak to sobie obiecuje, skrzydło skrzydłem podtrzymuje – i nie pójdę na wagary, jakom ptak, jakom Makary! Wiosną, gdy bociany wrócą, latać może mnie poduczą i za rok w sierpniowej porze, kiedy który mi pomoże, sam na skrzydłach sprawnym lotem, a nie jakimś samolotem, powędruję do Afryki, gdzie ląd ciepły oraz dziki. – tak to prawiąc, debatując, ból złamania skrzydła czując, szedł Makary przygnębiony i jesienią umęczony, a gdy wkroczył na podwórko, padł pod łapki kaczkom, kurkom, wywołując zamieszanie, mdlejąc słaby niesłychanie.

Ból ogłuszył Makarego i samotność, co do tego stanu też się przyczyniła i cierpienie rozogniła. Spał więc bocian nieprzytomny na podwórzu, jak bezdomny, leżąc w błocie nieruchomo. Co z nim będzie?!... Nie wiadomo. Nad nim kury gdaczą, pieją, sroki się na płocie śmieją, kaczki gęgiem debatują, psy szczekaniem dokazują. Hałas, rwetes, zamieszanie. Kto i co odpowie na nie?!... Lament wielki i żałobny do paniki jest podobny, więc na krzyki psów i ptactwa biegnie z domu grupa zacna, w której wodzi prym pan Stach, niosąc boćka pod swój dach.

Ciepło pióra rozczesuje. Bocian rozkosz w lotkach czuje. Z wielkim trudem i z wysiłkiem łypie okiem krótką chwilkę wokół siebie dla sprawdzenia, gdzie ma zaszczyt odprężenia. Z prawej strony kredens stary, co stłuczone okulary rozmnażają w liczebności. Obok ściana pełna roślin. Przy kominku śpi kocisko, pomrukując zgodnie z iskrą, co nad ogniem tańczy, błyska i w płomieniach ciepłem pryska. Naprzeciwko telewizor, jak szpiegowski noktowizor, świat podgląda i odsłania. Wtem ból senność z oczu zgania!, bo wezwany weterynarz wnet badanie rozpoczyna i palcami obmacuje skrzydło, które ból że czuje. Ptak Makary cierpi srodze. Stach mu trzyma dziób przy nodze. Ktoś go ściska za kolana i ktoś kocem go zasłania. Lekarz kręci chorym skrzydłem, jak złamanym, starym śmigłem, a cierpienie ciało chłosta. Wtem diagnoza pada prosta:

- Jest złamana kość łokciowa i pęknięta promieniowa, więc usztywnić trzeba kości, by powrócił do sprawności oraz pełnej zdrowotności. Musi również nasz Makary dostać nowe okulary – rzekł pan doktor, pocieszając, skrzydło chore dotykając. – Niechaj dużo odpoczywa i do lotu się nie zrywa – tak powiedział weterynarz, skrzydło boćka usztywniając. – Zima sroga się zaczyna, więc musicie się nim zająć.

Pan Stach pokój przygotował dla bociana z gościnnością i się chorym opiekował z sentymentem, i radością. Na te wieści o Makarym media wszystkie się zleciały i o boćku, który został wszędzie głośno rozprawiały, więc w gazetach artykuły ze zdjęciami w różnej pozie, w telewizji zaś programy o bocianie, co na mrozie po obejściu pana Stasia wiernie krąży oraz hasa, lecą w przestrzeń nad dachami, łowiącymi wiadomości sterczącymi antenami dla sensacji, przyjemności. Tak to właśnie ptak Makary, który chodził na wagary, stał się sławny w okolicy, we wsi każdej i w dzielnicy. Wszyscy boćka wspominali i o boćku rozprawiali, co na zimę w Polsce został i warunkom ciężkim sprostał.

Zima mrozem wokół trzeszczy. Wiatru huczy ton złowieszczy. Śniegiem niebo sypie w oczy, a mróz lodem wody tłoczy. Wszędzie zimno. Wszędzie biało. Śniegiem niebo przysypało wszystko wkoło, aż do końca!, okradając ziemię z słońca. W oknach kwiat rzeźbiony mrozem. Dach się szczerzy w soplach lodem.

Bocian świat ów obserwuje, za rodziną popłakuje. Tęskni strasznie i potwornie. Pragnie wiosny wręcz nieskromnie, z zachłannością, niecierpliwie, nudząc zimą się straszliwie, bo za zimno dla bociana, by na sanki ruszyć z rana, by obrzucać się śnieżkami z miejscowymi dzieciakami. Widząc smutek Makarego, Stach wziął miarę, by dla niego zrobić czapkę, ciepłe buty, rękawiczki, dwa kożuchy, a gdy wszystko przygotował, boćka na dwór wyszykował.

Biegną w zaspach Stacha dzieci, a za nimi bocian leci, tonąc w śnieżnej, białej pianie, bo gdzie stąpnie, bo gdzie stanie, tam kołnierze srogiej zimy opadają, jak pierzyny, przykrywając Makarego, w śniegu kiepsko idącego. Skaczą w puchu zwinnym susem. Biegną w zaspach, jakby kłusem. Toczą kule na bałwana. Pędzi grupa rozhasana i nurkuje w śnieżnej pianie, nie przejmując się ubraniem. Z nieba lecą białe gwiazdy, więc je łapie niemal każdy na języki wysunięte oraz w górę wyciągnięte, a po chwili, leżąc w śniegu w równym, zgodnym to szeregu, rozkładają nogi, ręce i machają coraz prędzej, rzeźbiąc ciałem kształt anioła. To zabawa jest wesoła, przy czym z wielką walecznością i ogromną przyjemnością obrzucają się śnieżkami – chłopcy razem z dziewczętami, a Makary tak na zmianę: w jednej, drugiej grupie stanie, brodząc w zaspach jak na szczudłach, licząc, że się wreszcie uda opanować sztukę biegu po głębokich górach śniegu. Później tafla lodowiska, co na którym łyżwa błyska. Na saneczkach i na nartach, gdzie zjeżdżalnia jest przetarta, z górki lecą na pazurki i synowie oraz córki z całej wiejskiej okolicy – ich radością echo krzyczy. Oj, szaleje ptak Makary, co ma nowe okulary na gumeczce, niczym gogle, by nie potłuc szkieł, co dobre. Po zabawie i uciesze, bocian wsuwa się w pielesze i wieczory mu mijają czy z gazetą, czy też z książką. Dni do szaleństw go wzywają. Na dwór wabi srebrne słonko. Nie ma czasu na tęsknotę. Nie ma czasu na refleksje, do zabawy zaś ochotę, która go opuścić nie chce, więc z wesołym towarzystwem, w wielkiej czapie, w długich butach, w jakich to niezdarnie człapie, kiedy lodem droga skuta, wyskakuje na podwórko i kożuchem otulony pod sypiącą śniegiem chmurką skacze, krzyczy w cztery strony, ciesząc się zimowym szczęściem, czego pragnie jeszcze więcej. A, gdy wraca z dzieciakami, z zmarzniętymi to skrzydłami siedzi sobie przy kominku, pijąc wywar z pokrzyw, kminku na rozgrzanie i na zdrowie. W karuzeli słów i mowie, opowiadań i sprawozdań, bocian „kle kle” swe dorzuca do opisów, a w nich do zdań, jakie z ust dziecięcych płyną jednym ciągiem, na wydechu, wypuszczane z wesołością i w wyścigu, i w pośpiechu z entuzjazmem, i radością.

Zima nęci. Zima kusi śniegiem, który z nieba prószy!, więc minęły dni w szaleństwie i przemknęło białe szczęście, i przedwiośniem zapachniało, które wodą się rozlało, zatapiając łąki, pola…

Gdzież podziała się wesoła pani zima w białej szacie?...

Dzisiaj błota są połacie. Nagie drzewa szarobure i dni smutne, i ponure. Sople topią się, skapują i za kołnierz się wślizgują nieprzyjemną zimną strugą. Czy tak będzie brzydko długo?

Bocian siedzi zniechęcony, w czarne niebo zapatrzony. Wszystkie książki już przeczytał, więc się gazet chętnie chwytał, a gdy skończył już lektury, dzień się stawał dlań ponury. Żałość, smutek czas rozwleka, a Makary wiosny czeka. Och, skończyła się uciecha. Bladym słońcem tli się strzecha. Wiatr w gałęziach hałasuje, chłodem nosy podszczypuje. Deszczem lunie szarość nieba i nostalgią szumią drzewa. Wyjść nie można, bo jest plucha. Wokół szumi cisza głucha. Nagi konar i gałęzie anonsują smutek wszędzie. Dzieci w szkole, a dom pusty. Na gałęziach smutku chusty. Kapie, siąpi, chlupie, pluska, a w bocianie rośnie pustka i tęsknota za rodziną.

- Kiedy wreszcie te dni miną? – wzdycha w żalu ptak Makary, patrząc okiem w zegar stary. – Kiedy będzie czas radosny i bogactwo ślicznej wiosny?

Nieprzyjemna pora roku, więc się łezka kręci w oku, a Stach widząc przygnębienie, zaraz stworzył osłodzenie przykrej chwili w czas przedwiośnia, więc zabrzmiała wnet rozgłośnia, jakby jednym zgranym chórem. Bocian zadrżał każdym piórem, gdy usłyszał ptasie trele, brzmiące skocznie, jak wesele, zwiastujące, że to wiosna zbliża wolno się rozkoszna. Tak puszczana z płyt muzyka w tonie tanga czy walczyka czas skracała przyjemnością, przyprawiając dzień radością, a wieczorem na tarasie pan Stach grał na kontrabasie, by koncertem swym umilić płynność każdej wspólnej chwili.

Tak przeminął dzień i drugi, tydzień, miesiąc, dwa miesiące, aż horyzont, tak jak długi, stokrotkami lśnił na łące. Ziemia się zazieleniła. Wierzby bazią się sypnęły, gałąź pąki wypuściła i rozbrzmiały ptasie śpiewy, a Makary w szczęśliwości po podwórku biega, skacze i z radości niewezbranej od wzruszenia głośno płacze, bo na niebie z marca końcem odsłoniło wiosny słońce dwa bociany, co wracały, nad Makarym szybowały.

- Mama – woła – oraz tata pod chmurami zwinnie lata! Ach, witajcie! Ach, witajcie! Po podróży zasiadajcie, by odpocząć, oddech złapać. – Począł bocian tańczyć, skakać. – Tak się cieszę! Tak raduję! Żem tu został, nie żałuję. Zobaczyłem jesień, zimę i przedwiośnie nieciekawe, lecz w tym wszystkim, przyznać muszę, zdałem sobie jednak sprawę, że samemu bez rodziny, chociaż w dobrym towarzystwie, szczęście szczere gdzieś gubimy, mając tylko życie przykre. Obiecuję, obiecuję, że latanie podszlifuję i z wakacji letnich końcem, wzniosę skrzydła swe pod słońcem, by pofrunąć w ciepłe kraje naszym starym obyczajem.

- Oj, kochany nasz Makary, gdybyś nie szedł na wagary, umiałbyś pod niebem latać, by przemierzyć kawał świata – mówi mama, głową kiwa, klekotaniem rytm wygrywa.

- Jaki z tego morał płynie? – pyta tata z stanowczością – Każdy, zanim szkoła minie, winien uczyć się z pilnością.

Od tej pory ptak Makary już nie chodził na wagary i z radością, nie z przymusem, został w szkole też prymusem, więc w lataniu, w szybowaniu był w czołówce swego stada. O przygodach zaś ze Stachem wszystkim chętnie opowiada, choć wie teraz ptak Makary, że zwiewając na wagary, że bez pracy, bez nauki, ma się w życiu spore luki.

Jeśli chcesz wysoko latać i zdobyć szczyty świata, musisz uczyć się wytrwale, co nie bywa trudne wcale.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl