poniedziałek, 18 maja 2026

MOJA MIŁOŚĆ

Zawieszona pomiędzy tym, co nieistotne,

Ale ważne dla innych i wręcz nieodzowne,

A tym, co bywa kruche oraz nieulotne

I dla duszy rozkoszne, jak również wymowne,


Budzę się wczesnym rankiem, wyprzedzając słońce...

W płaszczu rosy przetartym tkaniną mgły białej

Spaceruję, w źdźbłach brodząc, po bezkresnej łące

Od pajęczyn zroszonych lekko wypłowiałej,


Co na których niteczkach perły wody wiszą

Nawleczone deszczową nocą w bezsenności,

Dzięki czemu się trawy kryształowo błyszczą

Pod dniejącą kopułą pochmurnej jasności


Przecedzanej przez niebo gołębią szarością

Osładzaną miodowym strumieniem latarni...

Stąpam miękko po Ziemi z niezwykłą lekkością

Pośród dżdżących na stopy topniejących darni...


A z oddali mnie wsysa lej zrośniętych koron

Szumem morza, co w muszli falą żyje wiecznie.

Idę ku nim tą wczesną, śpiącą jeszcze porą,

Czując się w drzew ramionach jak dziecko bezpiecznie.


Chodnik płynie pode mną, niosąc mnie w bezkresy

Niczym tratwę porwaną rwącym nurtem rzeki.

W liściach szepczą szelestnie myśli moich biesy

Jakby w lipach kwitnących zachłanne pasieki.


Wilgoć pachnie akacją, z której płatki lecą,

Kasztanami, co z których blady róż się sypie.

Politurą ich kwiatów ścieżyny się świecą.

Cisza mżawką w ukryciu samotności chlipie.


Bezszelestnie podchodzę, aby ją pocieszyć,

Dobrym słowem powitać, spojrzeniem ukoić.

Obok pragnę niej usiąść - nie muszę się spieszyć.

Chcę mą duszę natchnieniem jak winem upoić,


Bo gdy wrócę do domu w świat buro przyziemny

Muszę w sobie zatrzymać tę chwilę bezcenną -

Ten lot mojej wolności swobodnie podniebny -

Moją miłość tworzenia - mego życia sedno.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




środa, 13 maja 2026

WSTYD

W królewskiej szacie, ty nędzny człowieku,

Która purpurą władzy w oczy kole,

Aleś się cofnął... do jakiego wieku?!,

Że mam ochotę wołać cię: "Matole!"


Kręcisz się wokół swego przyrodzenia

Jak mucha wokół śmierdzącego gówna.

Najwięcej miewasz dziś do powiedzenia,

Chociaż twa mądrość nie jest zeru równa.


Instynkt cię trzyma króciutko za mordę.

Libido trawi twe trzewia i duszę.

Oj, popłynąłeś na swą zgubę z prądem

Głupoty, którą wytknąć że ci muszę,


Bo nią zalewasz codzienność jak gnojem

Aż drży wątpliwość: "Myślę, lecz... czy jestem?!",

Na homo sapiens patrzysz ze spokojem,

Gdy go skazujesz cezarowym gestem


Na śmierć tragiczną uprzedmiotowieniem

Niczym chrześcijan przez lwy pożeranych.

Dziś człowieczeństwo zda się być wspomnieniem

I wizytówką ludzi - tych przegranych...


Ulicą idą rozjuszone tłumy.

Z szyj ich wyrasta wagina lub prącie.

Pod obcasami trzaskają rozumy,

Inteligencja ugrzęzła więc w kącie


Jakby z przyczyny swej nieprzydatności,

Tępota bowiem sprzeciwu nie znosi,

Zwłaszcza gdy sprzyja sensem logiczności

I szczerą prawdę z przekonaniem głosi


W dobie naturze kłamstwem w twarz plującej,

Zaprzeczającej historycznym faktom

I edukacji dziś urągającej,

Byle się żyło wygodnie i łatwo.


Obojętnością strasznie żeś skażony.

Dziś podmiotowość cechuje zwierzęta.

Z własnej żeś woli został pozbawiony

Godności, której już nikt nie pamięta...


Nędzny człowieku w purpurowej szacie!...

Naczelne patrzą na ciebie z litością,

Boś zawieruszył z brudnej dupy gacie

I obrzydzenie budzisz w nich nagością.


Młodość mi moja do ucha szeptała

Jak wąż, co Ewę do grzechu namawiał,

Że niczym orzeł będę szybowała,

Choćby los podle nogę mi podstawiał.


A tu z oporem gorszym się spotkałam -

Człowiek się w sobie wyrzeka człowieka...

Czasów głupoty strasznej doczekałam...

Wstyd we mnie krzyczy: "Ratuj się! Uciekaj!"

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



wtorek, 12 maja 2026

TERAZ POTRZEBUJĘ

Głębokiej ciszy teraz potrzebuję,

Która mnie wessie i wchłonie jak gąbka,

I odprężeniem ciało rozmasuje,

Błogo wypełni sobą od środka,


By z podniecenia drżały moje zmysły,

Ufność naiwnie wyparła myślenie,

W nadziei lęki aby się rozprysły

Na pochłonięte światłem płowe cienie...


Niechaj uchwycę elastyczną giętkość

Gałęzi prężnie się rozciągających

I wybijanych w błękit przez namiętność

Jak palce dłoni rozgrzać się pragnących,


A na bezwietrznym tle niechaj usłyszę

Liście, co niczym rzęsy się splatają...

Chcę celebrować właśnie taką ciszę,

W której bezdźwięki swój hałas zdradzają...


Niechże usłyszę jak przez beton ziemi

Źdźbło na powierzchnię ostrzem się przewierca,

Aby zaczerpnąć słonecznych promieni...

Jak trawa dudni wtedy biciem serca,


Aż brzęczą na niej kruchej rosy krople

Niczym szkło, które spada na podłogę,

Lub rozgryzane na drobiny sople,

Kryształki lodu miażdżone przez nogę...


Niechaj usłyszę jak trzaskiem balonu

Pękają pąki od wiosny brzemienne,

Jak wygniecionym rąbeczkiem welonu

Z nich wypełzają płateczki płócienne


I niczym piana delikatnych baniek

Tworzących tęczę w mydlanej powłoczce

Splotą na drzewach bieli pulchny wianek

W bladoróżowej pereł swych otoczce...


Głębokiej ciszy teraz potrzebuję...

Nie słów ni gwaru ulicznej zamieci.

Azylu dzisiaj jeno poszukuję,

Co do którego trafiają poeci,


By duszę swoją ambrozją napoić,

Deszczem łzy obmyć z przemęczonej twarzy,

Lirę do taktu natchnienia nastroić!....

Dziś mi samotnia milcząca się marzy...


W a niej baldachim z pnączy dzikiej róży,

Pod którym krzesło wiklinowe stoi,

Czas wolno płynie... wręcz w miejscy się dłuży...

A od motyli oraz pszczół się roi...

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



piątek, 8 maja 2026

CHWILA NA PROGU

Ileż potrzeba do bycia szczęśliwym,

Gdy los nie sprzyja wszelkim szczytnym planom?

Świat nas otacza wielce urokliwy,

Lecz... czy nas cieszy to dziewicze wiano?!


Wrastamy w ziemię stopami i głową,

Patrząc pod nogi z uporem maniaka.

Plecy wygięte od trudu podkową...

Codzienność jednak wciąż bywa jednaka...


Słońce chorągiew światła rozwinęło

Na START! zdyszanym ze snem na powiekach...

Skąd się to tępo histeryczne wzięło?

Czas nieustannie ponagla człowieka,


Batem wskazówek świszcząc bezlitośnie

Nad tresowanym zaprzęgiem myślenia,

By biegł w kierunku tego jak najprościej,

Co się (pozornie!) wciąż na lepsze zmienia,


W rytm kopyt, które brzęczą monetami

O zaniżonej w transakcjach wartości...

Człowiek haruje jako wół latami,

Bezsilnie pełznąc za cieniem radości,


Co imitacją jest zadowolenia

Pobudzającą apetyt na więcej.

Za czym tak pędzi człowiek bez wytchnienia

Jak wiatr w jesienią poszarpanej kiecce?


Siadam na progu z kubeczkiem herbaty,

Choć się wynurza na START! krwawe słońce.

Patrzę na rosą iskrzące się kwiaty,

Na pióropusze dorodnie kwitnące


Traw o źdźbłach prężnych i spragnionych światła,

Słuchając szumu, co szelestem pluszcze,

W który klaskaniem rzeka liści wpadła

I skapujące wibracjami bluszcze...


Jakże mi dobrze... Niczego nie pragnę,

Prócz owej chwili, aby wiecznie trwała...

Tego spokoju płynącego łaknę

I fali ciszy, by mnie opływała...


Uzdy zdejmuję z rżących w głowie myśli,

Które się pasą niczym dzikie konie...

Czymże ta chwila jest w blasku korzyści,

Jakiej są głodne spracowane dłonie?


Jakże mi dobrze... - to mój raj na Ziemi:

Próg między domem a światem natury

Pod zadaszeniem wschodzących promieni

Oraz przed nocą klęczącej purpury...


Te dźwięki ptactwa czyste krystalicznie

Na pięcioliniach tańczących gałęzi...

Oddech, co bije w piersi nostalgicznie,

I klucz obłoków jak balet łabędzi...


Dusza me ciało mądrze poskromiła,

Więc zakochane do nieprzytomności

Dąży, by ona w nim szczęśliwa była,

I się wyrzeka własnych przyjemności,


Dlatego wolność tej harmonii czuję,

Siedząc na progu z kubeczkiem herbaty,

I taką chwilę wdzięcznie kontempluję,

Marząc, by niosła mnie sobą w zaświaty.


Doświadczam wtedy czegoś, co niestety

W żaden to sposób nie umiem opisać,

A co cenniejsze od wszelkiej podniety,

Co najdokładniej obrazuje cisza...


Bez tego nawet już nie jestem w stanie

Żyć mimo mnóstwa błyskotek przyziemnych.

Chwila na progu już we mnie zostanie -

Dar (dość banalny?, a jednak) bezcenny.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




czwartek, 7 maja 2026

GDZIEŚ JEST DZIEWCZYNO

Gdzie się podziała tamta dziewczyna,

Która się z lustra na mnie patrzyła?

Dzień się spojrzeniem innym zaczyna...

Minionej nocy czy nie przeżyła?!


Cieniem w me oczy tylko zagląda,

Łuną przeszłości niczym poświatą

Księżyca, co się blaskiem przegląda

W wodzie obrosłej przekwitłą watą


Pałek, na których ważki siadają,

Kiedy gwiazd roje w toń się wtapiają,

Szeptuchy wiatru szumem gadają

Oraz o jutrze, wróżąc, bajają.


Gdzie się podziała tamta kobieta

O iskrze siły w czarnych źrenicach?

Odbiciem w lustrze jest... ale nie ta...

Patrzę na kogoś, kto nie zachwyca,


A swoim wzrokiem zmusza, bym stała,

Bez słów uważnie się przyglądając

Tej, co przede mną się zatrzymała

Okiem po duszę moją sięgając


Jakbym otwartą wręcz książką była,

Z której wyczytać myśl każdą można,

Aż się wzdrygnęłam i zawstydziłam,

Choć niczym w sobie nie byłam zdrożna,


Bo ta osoba w szklanym odbiciu

Z babią niteczką lata w brwiach kruczych

Zdała się wiedzieć wszystko o życiu,

Które wokół mnie płochliwie kluczy.


Opuszką palca rzęsy zbudziłam,

Na tę przede mną niemą zerkając.

Wtem w jej tęczówkach zauważyłam

Siebie, przed sobą w niej się chowając.


Gdzie się podziała tamta dziewczyna? -

Szepcząc, tej w lustrze stawiam pytanie. -

Czy ją przy sobie któraś zatrzyma...

Czy coś w nas po niej - myślę - zostanie?


Czas przeszedł obok, nas lekceważąc,

Z walizką starą na pas zapiętą.

My zaś z nadzieją bez przerwy marząc

I mając wolę wręcz nieugiętą,


Wierzymy, że tej - już! - w nas dziewczyny -

Chociaż nie widać - część przeniesiemy,

Że śladów stóp jej nie przeoczymy

I kiedyś po nich do niej dotrzemy.


Gdzieś się, dziewczyno, zawieruszyła?!

Kim jest ta w lustrze na mnie patrząca?

Czemuś ode mnie się odwróciła?

Spojrzeń nas łączy usychająca


Rzeka, po której puste koryto

Porosła skały złota korona.

Dziś się spotykam w lustrze z kobietą,

Która troskliwie ku mnie ramiona


Wyciąga jakby żal mnie jej było,

Jakby przytulić mnie bardzo chciała,

Bo mam wrażenie, iż mi się śniło,

Żem cię, dziewczyno, w lustrze widziała...

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



JUDASZOWE DUSZE

Gdybyś mnie mogła, Naturo, ukoić,

Wtulając w drzewa, które liśćmi płaczą,

Łkaniem konarów obmyć i napoić...

A tak się duszą moją smutki raczą,


Ostrzem wydarzeń dzieląc na talerzu

Jakoby kawał krwi pełnego steka

I ubijając jej serce w moździerzu,

Gdyż o godności śmie świadczyć człowieka.


Dziś bałwochwalców tłumy hucznie głoszą

O wrażliwości, wszystkich kłując w oczy.

Na piedestały sami się wynoszą,

A z ust ich potok słów bez czynów broczy,


Jakoby kwasem wyżerając usta

Skrzywione sztucznie w fałszywym uśmiechu.

Echem się niesie ich przemowa pusta

O miłowaniu i życiu bez grzechu,


Przez co nie wahałbyś się wnet! uwierzyć,

Że owi święci raj na Ziemi tworzą.

Ci jednak ludzie są z pozoru szczerzy,

Bowiem empatię jeno mową mnożą,


Prawiąc o sztuce wzajemnych relacji

I fundamencie szacunku bez skazy

Przy na stojąco odgłosach owacji

Chwalącej dobro, o jakim świat marzy,


Lecz, gdy się tylko o ich gest upomni

Szara jednostka będąca w potrzebie,

Żaden z tych świętych swych zasad nie wspomni

I tę jednostkę wręcz żywcem pogrzebie,


Obojętności ją depcząc obcasem

Jak karakana, co się przypałętał -

Żaden z tych świętych nie dzieli się czasem,

O sobie zawsze wszak będzie pamiętał.


Tłum ten zepsuty aż do kości szpiku

Będzie Cię klepał - osła - po ramieniu,

A Ty w tym gronie podłych obłudników

Miód zbierzesz pochwał w pokornym milczeniu


Nieświadom wcale, że w owej słodyczy

Krople cyjanku Ci właśnie podano,

Bo, choć jest żywyś, ów tłum zyski liczy -

Skórę twą z grzbietu już dawno sprzedano.


Ta chmara wrogów pod maską przyjaźni

Próg twój przekroczy, twe lica całując,

A Tyś otoczon rozdwojeniem jaźni,

Będziesz się cieszył, swych gości traktując


Jakoby Boga, co zstąpił w pokoje,

Przy wspólnym stole z Tobą zasiadając;

Tymczasem winien jesteś pójść na boje,

Toksycznych ludzi hen precz wyganiając!,


Bo plemię pełne tych dusz judaszowych

Gotowe Ciebie poświęcić w ofierze

Skalp zedrze palcem z twej uśpionej głowy

I Cię jak tuszę na części rozbierze.


Nie żałuj osób, które Cię zdradzają.

Proch strzep z sandałów i odejdź bez słowa

Od tych, co Ciebie uprzedmiotowiają.

Niechaj przejrzysta będzie twoja mowa -


Niech "tak" "TAK" znaczy, "nie" niech "NIE" pobrzmiewa!

Tego samego żądaj od człowieka.

Jeśli ktoś nutą w innym tonie śpiewa,

Wiedz!, że na Ciebie jak wilkołak szczeka.


Samotność wówczas nie jest Ci przekleństwem,

A wybawieniem, co gasi udrękę.

Lud opętany intencji szaleństwem

Będzie zadawał Ci jedynie mękę,


Będzie Ci pióra z twych skrzydeł wyrywał,

Talentom twoim tylko umniejszając,

Będzie Cię niszczył, przeklinał, wyzywał

I czerpał radość, Ciebie poniżając.


Drzwi swe zatrzaśnij judaszowym duszom!

Z policzków zetrzyj pocałunki zdrady!

Wszak towarzyszyć Ci nigdy nie muszą

Ludzie, co skłonni są tylko do zwady.


Niechaj jęzory wywieszą na brody,

Twe dobre imię jadem opluwając.

By być prawdziwym - uwierz! - żeś gotowy,

Więc żyj!, Judaszów sfory unikając.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl





poniedziałek, 4 maja 2026

CORAZ CZĘŚCIEJ

Coraz częściej woń czuję sosnowego boru

I alei piaszczystych ściółką przysypanych,

Co pod której to warstwą rdzawego koloru

Widać sploty korzeni wiatrem kołysanych


Drzew strzelistych w spódnicach z igliwia plecionych

I pachnących żywicą nań kwiatów złocistych

Przeplatanych z łuskami bukietów czerwonych

Przygaszonych zielenią odcieni przejrzystych,


Wirujących pod niebem lekkim kołysaniem

Hipnotycznej muzyki pni miękko trzeszczących

I kojących me zmysły Ziemi się huśtaniem

Pod obłoków woalem nań opadających...


Szum paproci mnie mami i słodycz jagody

Okraszonej borówki nieśmiałym rumieńcem.

Stopy moje wpadają w mech dziewiczo młody.

Nozdrza kuszą konwalie rozrośnięte wieńcem...


I wtem... czuję aromat starych ścian drewnianych

Zasłoniętych rudbekii żółtej pomponami,

Z których wspięły się w błękit z malw gęsto rozsianych

Płatki w odcieniu różu pod domu oknami...


I znów czuję soczystość pieczonej cebuli

Na fajerach rozgrzanych wręcz do czerwoności...

Wiatr szaleje na sznurku w upranej koszuli,

Jaskółkami żonglując w przypływie radości!


Gdzieś z oddali kukułka ciszę nawołuje,

Którą echo przedrzeźnia łąk i zbóż szelestem...

Śliwa, jabłoń i grusza perłowo pączkuje...

Krzewy pachną porzeczką, kwitnącym agrestem...


I ta wdzięczna prostota ciągle mnie nachodzi...

Wspomnieniami zagaja, w progi chałupy prosi,

Z drogi w czasy minione skutecznie mnie zwodzi,

Na piedestał mą przeszłość królewsko wynosi,


Więc w pokoju przy stole wydaję się błądzić

Ścieżynami polnymi pod brzóz zadaszeniem...

W takiej chwili cokolwiek trudno jest mi sądzić.

Rozkoszuję się jedno mych doznań wzruszeniem


I ulegam powrotom w te dni z kalendarza,

Które kartek wyrwanych trzepoczą skrzydłami...

Coraz częściej się w przeszłość uciekać mi zdarza.

Czyżby wprawę tę człowiek nabierał z latami?


Mój śmiech jako dziewczynki słyszę wyraziście.

W nogach wrośniętych w ziemię czuję jej podskoki.

Widzę jej piwne oczy błyszczące przejrzyście.

Śledzę wręcz z zachłannością jej zatarte kroki...


Czymże jest ta tęsknota, co mnie prześladuje,

Depcząc boleśnie pięty me do krwi obtarte?

Me dzieciństwo jak w berku uchwycić próbuję

Jakby życie dorosłe nic nie było warte...


Coraz częściej wszak czuję dotyk na ramieniu

Świata, który przeżywam świadomie na nowo...

Coraz częściej zastygam w wymownym milczeniu,

Za dziewczynką z przeszłości biegnąc z siwą głową...


I nostalgia mnie łamie, na kolana rzuca,

Gdyż się żal upomina za zwrot straconego.

To spotkanie z minionym, choć (zda się) zasmuca,

Daje mi znów doświadczyć bytu szczęśliwego.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl