wtorek, 23 czerwca 2026

DZIKI ZACHÓD

Wiatr rozczesuje me włosy palcami,

Wypruwając je z głowy pieszczotliwie,

Więc lecą babiego lata nitkami

I połyskują w przestrzeni wstydliwie


Srebrzystymi w światle słońca żyłkami

Z zarzuconą na nich myśli przynętą

Dryfującą w powietrzu spławikami

Rzeki śladów mych, co jest niepamiętną...


W kapeluszu z jaskółek szybujących

Rondem wokół mych skroni zadumanych

I rozkosznie w twarz echu szczebioczących

Podążam splotem dróg z mapy zmazanych


Jak za karę mych przodków przewinienia,

Których czas nie potrafi mi wybaczyć.

Kompas w dłoni wciąż milczy bez wytchnienia,

Więc włosami szlak życia muszę znaczyć,


Gdybym chciała powrócić do korzeni

Tego, kim się dziś stałam i kim jestem...

Zachód krwią się moich oczu czerwieni.

Niebo nie wie, że może być też deszczem.


Trawa zgrzyta jak grochem rozgniatanym

Na słomiany wiór żarem przesuszona.

Kurz z obcasów niczym piachem zmiatanym

Się unosi jako dymna zasłona


I na ustach osiada białym pyłem

Niczym prochem tych, którzy szli przede mną.

Spod mych stóp pełzną ścieżki wciąż zawiłe

Jakoby trasą przeszłości bezsenną,


Wzdłuż to której się ciągną głodne sępy -

Ludzie wielce spragnieni mej porażki.

Straszą w drodze więc łupów ich zastępy -

Wśród kamieni błyszczące bielą czaszki.


Gdzieś w oddali dyliżans się kolebie,

Zahaczając kołami o wyboje.

Cisza zda się zatracać w chrypkim śpiewie

Kogoś, kto trzyma w ryzach ze spokojem


Zaprzęg koni zmęczeniem spowolnionych,

W drodze szczęście znaczących podkowami.

Muszę wyczuć dokładnie, z której strony

Się pojawi, trzeszcząc kół swych osiami,


Wóz z kilkoma w podróży osobami,

Co potrafią uszanować człowieka...

Wsiądę doń i zostawię za plecami

Stado, które mej zguby tylko czeka.


Zrzucę z głowy kapelusz, by jaskółki

Rozproszyły się lotem pod błękitem

Niczym lassa zarzucane zeń sznurki

Na mustangi obłoków gnane świtem,


Po czym usiądę u boku woźnicy,

Harmonijką strof rzędy wygrywając.

Nad kołami mojej strzępy spódnicy

Zatrzepoczą, z kopytami stukając


I do rytmu czy do trzasku ogniska,

Co się wije w gwiazd roje diamentowe,

W których żarzy się iskra, gdy błyska,

Niosąc światło w noc bezdenną, lecz płowe...


Na tychże preriach bezkresnej równiny

Codzienności, co zda się nie mieć końca,

Odnajdę ludzi na pewno z tej gliny,

Którą się kruszę pod kopułą Słońca.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz