Wiatr rozczesuje me włosy palcami,
Wypruwając je z głowy pieszczotliwie,
Więc lecą babiego lata nitkami
I połyskują w przestrzeni wstydliwie
Srebrzystymi w światle słońca żyłkami
Z zarzuconą na nich myśli przynętą
Dryfującą w powietrzu spławikami
Rzeki śladów mych, co jest niepamiętną...
W kapeluszu z jaskółek szybujących
Rondem wokół mych skroni zadumanych
I rozkosznie w twarz echu szczebioczących
Podążam splotem dróg z mapy zmazanych
Jak za karę mych przodków przewinienia,
Których czas nie potrafi mi wybaczyć.
Kompas w dłoni wciąż milczy bez wytchnienia,
Więc włosami szlak życia muszę znaczyć,
Gdybym chciała powrócić do korzeni
Tego, kim się dziś stałam i kim jestem...
Zachód krwią się moich oczu czerwieni.
Niebo nie wie, że może być też deszczem.
Trawa zgrzyta jak grochem rozgniatanym
Na słomiany wiór żarem przesuszona.
Kurz z obcasów niczym piachem zmiatanym
Się unosi jako dymna zasłona
I na ustach osiada białym pyłem
Niczym prochem tych, którzy szli przede mną.
Spod mych stóp pełzną ścieżki wciąż zawiłe
Jakoby trasą przeszłości bezsenną,
Wzdłuż to której się ciągną głodne sępy -
Ludzie wielce spragnieni mej porażki.
Straszą w drodze więc łupów ich zastępy -
Wśród kamieni błyszczące bielą czaszki.
Gdzieś w oddali dyliżans się kolebie,
Zahaczając kołami o wyboje.
Cisza zda się zatracać w chrypkim śpiewie
Kogoś, kto trzyma w ryzach ze spokojem
Zaprzęg koni zmęczeniem spowolnionych,
W drodze szczęście znaczących podkowami.
Muszę wyczuć dokładnie, z której strony
Się pojawi, trzeszcząc kół swych osiami,
Wóz z kilkoma w podróży osobami,
Co potrafią uszanować człowieka...
Wsiądę doń i zostawię za plecami
Stado, które mej zguby tylko czeka.
Zrzucę z głowy kapelusz, by jaskółki
Rozproszyły się lotem pod błękitem
Niczym lassa zarzucane zeń sznurki
Na mustangi obłoków gnane świtem,
Po czym usiądę u boku woźnicy,
Harmonijką strof rzędy wygrywając.
Nad kołami mojej strzępy spódnicy
Zatrzepoczą, z kopytami stukając
I do rytmu czy do trzasku ogniska,
Co się wije w gwiazd roje diamentowe,
W których żarzy się iskra, gdy błyska,
Niosąc światło w noc bezdenną, lecz płowe...
Na tychże preriach bezkresnej równiny
Codzienności, co zda się nie mieć końca,
Odnajdę ludzi na pewno z tej gliny,
Którą się kruszę pod kopułą Słońca.
grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz