Niczym latarnia słońce zaświeciło,
W bezkres przestrzeni smugą wypływając.
Jasności ostrzem na wskroś się przebiło,
Przez drzew czupryny blask swój przesiewając,
Aż te listowiem w złotawej zieleni
Zadrżały, błyszcząc jakoby diamenty -
Blaszka limonką brokatu się mieni
Niczym szmaragdem, którym owinięty
Jest każdy konar wystrzelony w błękit
O rozrzedzonej strukturze obłoków...
Wiatr tych klejnotów szeleszczących pęki
Na dłoniach niesie ku mojemu oku,
Budząc w mych członkach wulkan ekscytacji,
Topiący ciało wręcz lawą zachwytu.
Szafirem brzęczy rwący nurt wibracji...
Emocje moje sięgają zenitu!
I gdyby nie to poranne powietrze
Studzące rumień wewnętrznego ognia,
Pewnie z podziwu pękłoby mi serce,
W którego sieci wpadam niemal co dnia,
Łapiąc jak ryba z morza wyrzucona
Oddech, co skrzela jej żarem wypala...
Czym zasłużyłam, żem jest wywyższona,
Że się istota ma z naturą scala,
Na własnej skórze zjawisk doświadczając,
O jakich mędrcom się nawet nie śniło?
Zaszczyt szampana smakiem ów spijając,
Marzę, by zawsze, jak jest teraz, było.
Z tego powodu, zanim kur zapieje,
Nim się horyzont blado zarumieni,
Wychodzę z domu, choć jeszcze nie dnieje,
By stanąć w zorzy szlachetnych kamieni,
Którymi słońce, wschodząc, się objawia,
Gdy wytwornością źrenice wypala,
Czego się dusza moja nie obawia,
A jeno świtu majestat wychwala.
grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz