Targnij mym sercem, ciszo zasłuchana,
By się trzęsieniem Ziemi obudziło!
Świadoma siebie prostuję kolana,
Na których pyłem jest wszystko, co było.
Pod wiatr, choć w oczy żwirem jak szkłem sypie,
Idę, stawiając syzyfowe kroki.
Śmierć na cień za mną ślepiem jeno łypie
I się podpiera cierpliwie pod boki
Jakby czekała na drobne potknięcie,
By mnie swą piętą zmiażdżyć jak robaka.
Nie drżę, mam bowiem niebywałe szczęście,
Gdyż moja dusza ma naturę ptaka,
Więc się kruchości z obłoków przyglądam -
Każda sekunda jest na miarę złota.
Los mnie nie szczędzi, toż niewiele żądam,
Byle w mym sercu płonęła ochota
Do porannego przed słońcem wstawania
I do refleksji przy kubeczku kawy,
Do kadrów we mnie piórem przelewania
Na papier, co jest wobec mnie łaskawy...
Chcę przylgnąć skronią do łona natury,
Aby się wsłuchać w nim tętniące życie.
Każdy w niej obraz, chociażby ponury,
Chcę celebrować ze czcią należycie
Jakby jedynym był w swoim rodzaju
Zjawiskiem sacrum nie do zastąpienia.
Świat jest wszak piękny!, i nie tylko w maju.
Pragnę go chłonąć i to bez wytchnienia.
Niech swe korzenie w me ciało zapuści,
Piachem ścierając zeń martwy naskórek;
Niech młode pędy pełne pąków puści,
By się przebiły paralotnią piórek
Wyrastających z przygarbionych ramion,
Prostując plecy me cięciwą łuku;
Niech stawi opór dysfunkcyjnym zmianom!
Nie musi życie być strukturą puchu,
Byleby tylko tworzyć pozwoliło
Temu, co we mnie cierpi na bezsenność,
Co we mnie gore swą brzemienną siłą,
Sięgając nawet w prawdzie po bezczelność!
Uwolnij żywioł, ciszo zasłuchana,
Sztuki trawiącej mnie ogniem miłości!
Niechaj przed Bogiem padnie na kolana
Ten, co mi daru, który mam, zazdrości,
I niechaj prosi Go o przebaczenie,
Że wypomina mi tę hojność Jego,
Co we mnie tworzy nie krew, a natchnienie
W postaci źródła płodnie bijącego.
Jakże mi błogo i lekko w tym stanie,
Choć bólem łamie duszę zniewoloną
Przez codzienności wymóg i łajanie,
Gdy ta wręcz marzy zostać wyzwoloną.
Opatrz me rany, ciszo zasłuchana,
I wesprzyj w trudach jak Szymon z Cyreny.
Chociażbym była mękami smagana,
Nie pozwól, ciszo, zstąpić mi ze sceny,
Wokół to której ludzie się gromadzą,
By mą twórczością nakarmić swe dusze.
Choć mi ciemności na scenie tej wadzą,
Aby oddychać, pisać przecież muszę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz