Rwali mnie ludzie niczym bochen chleba,
Którym swe żądze instynktów karmili,
Lecz się wzbudziła w mym sercu potrzeba,
By mnie w spokoju wreszcie zostawili,
Więc - Nie! - wrzasnęłam, pięści zaciskając.
Sfora stanęła przy mnie zwartym kołem,
Mój bunt za wybryk błazeński uznając,
Po czym ruszyła ku mnie chyżo społem,
Alem jak Feniks z popiołów powstała,
Ramiona prężąc niczym orły w locie.
Wschodzące słońce wokół mego ciała
Sprawiło, żem się ukazała w złocie
Hordzie, co na mnie jak wnyki czyhała,
By ze mnie podium swej chwały utworzyć.
Tego z pewnością się nie spodziewała,
Że trup pod nogą może kiedyś ożyć.
Asertywnością mur wybudowałam
Strzegący sacrum mojej prywatności.
Wówczas uznali, żem, jak nic!, zgłupiała.
Sieć zarzucili na resztki godności,
Które się we mnie cudem zachowały,
Deptane często nędznym przekonaniem,
Iż te osoby, co mnie spożywały,
Bardziej niż sama zasłużyły na nie.
Tym razem jednak za tę sieć chwyciłam,
Rwąc jej łączenia niczym pajęczynę.
By mnie związali, już się nie zgodziłam.
W ich zachłanności znalazłam przyczynę,
Żeby się ocknąć, żeby się ratować,
Żeby do kości mnie nie oskubali.
Długo się będę z owych ran kurować.
Ważne jest jednak, że się nie dostali
Do świadomości, co mnie utożsamia
I po imieniu o świcie mnie budzi,
Co prawdą wolność od zguby wybawia,
Iż jestem z ludźmi, ale nie! dla ludzi.
Powstałam z kolan i dziś patrzę z góry
Na tych, co chcieli mną głód zaspokoić.
Myśli me płyną jak po niebie chmury.
Nie będą więcej uczuć niepokoić.
Emocjonalnym szantażem dziś gardzę.
Strachu nie budzą wredne oskarżenia.
Nad sobą samą odzyskałam władzę
I mogę spełniać wreszcie me marzenia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz