Zamykam oczy... tętno tylko słyszę...
Wypełnia uszy głuchym pulsowaniem
Wpompowującym we mnie niemą ciszę,
Na której toni czuję dryfowanie
Mojego ciała członków przesiąkniętych
Kojącym zmysły błogim odprężeniem...
Ton przejmujący dźwięków rozpryśniętych
Skrapia mnie całą rześkim orzeźwieniem...
Więc mnie unosi przestrzeń krystaliczna
Opływająca z wszech stron ciało wiatrem,
Którego głębia dziewiczo przejrzysta
Pomaga rozstać się z przyziemnym światem,
Przez co unoszę się nad chmur kłębami,
Które się pienią puchem wodnej pary.
Wznoszę się pchana jak mgły oparami,
Wręcz uskrzydlona przez magiczne czary
Baśni i bajek, gdzie dobro wygrywa
Przez zło miażdżone potęgą miłości...
Szum oceanów tej chwili przygrywa,
Czyniąc mnie aktem bezkresnej wolności...
Pohukiwania powiewów masują
Skronie koroną marzeń uwieńczone.
Kaskady liści myśli zaś kartkują
Falami morza w przestwór prowadzone.
Na wskroś przeszywa mnie przyjemna miękkość
Aż ekscytacja drży motyli rojem.
Wchłaniam jak gąbka wręcz nieziemską lekkość
I się nasączam do szpiku spokojem,
Mając wrażenie, że nie krew ma krąży,
Lecz bezgraniczna kosmosu istota,
Która powoli, acz skutecznie dąży
Bym zapłonęła jej światłem ze złota
Galaktyk, które miałem lśnią cyrkonii
Oraz karatem diamentowych szlifów...
Byt jest pode mną jakoby na dłoni -
Jakobym stała na krawędzi klifu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz