poniedziałek, 29 września 2025

MROK

Część mnie opuszcza ciało bezpowrotnie,

A ono nawet grabione nie krzyczy.

Siedzi jedynie w półmroku samotnie

I jak w hipnozie sekund stukot liczy,


Które w przestrzeni jak w blaszanym wiadrze

Dudnią jakoby krople wody z kranu.

Grad owych dźwięków tu i ówdzie zadrze

Spokój strzępiony od błogiego stanu,


Co niczym zgrzytem żyletki o szybę

Podcina myśli zmuszane do lotu,

Których to roje jaśniejące widzę,

Co gasną zanim nastanie akt wzlotu.


Powietrze schodzi z piersi nieustannie,

Bezwiednie niczym z przebitej opony.

Ciało niebawem jako liść opadnie

Westchnieniem wiatru z gałęzi strącony.


Bezsilność wzbiera stanem nieważkości.

Falą się wspina od stóp aż do głowy,

Szpik wypłukując niczym helem z kości...

Usta nie mogę wykrztusić niezgody,


Więc... próżnia wsysa w swój lej moje ciało.

W uszach aż szumi stłumioną głuchotą.

Nieważne, co się wokół będzie działo.

Wchłania mnie bezmiar niczym mgłę z ochotą,


A ja rozrzedzam się i to skutecznie,

Wręcz zatracając już władzę nad sobą.

Spod stóp wypływa ziemia niebezpiecznie.

Staję się sobie wnet obcą osobą,


Która się duszy zdaje pozbawioną,

Z językiem, co się wrasta w podniebienie,

Na tafli czasu piórkiem położoną,

Co porzuciło do życia natchnienie...


Dłonie wtapiają się me w klawiaturę.

Palce topnieją w ciężkiej bezczynności.

Oczy się w ekran wpatrują ponure -

Topią się w kartce rażącej nicości...


A los nade mną batem gniewnie świszcze,

Lejcami strzela i za uzdę szarpie.

Wchodzę wbrew sobie w codzienności zgliszcze.

W paszczę rutyny wpadam na pożarcie


I się butami jakoby z betonu

Wcieram w chodniki, w warczące ulice.

Po pracy wracam zmęczona do domu,

Mając przy szyi wiszącą kotwicę...


I tak mi mija jeden dzień za drugim,

Bawiąc się w berka z moim kalendarzem.

Butwieją w błocie tęskniące sztalugi

I schną z pragnienia puste kałamarze.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz