Część mnie opuszcza ciało bezpowrotnie,
A ono nawet grabione nie krzyczy.
Siedzi jedynie w półmroku samotnie
I jak w hipnozie sekund stukot liczy,
Które w przestrzeni jak w blaszanym wiadrze
Dudnią jakoby krople wody z kranu.
Grad owych dźwięków tu i ówdzie zadrze
Spokój strzępiony od błogiego stanu,
Co niczym zgrzytem żyletki o szybę
Podcina myśli zmuszane do lotu,
Których to roje jaśniejące widzę,
Co gasną zanim nastanie akt wzlotu.
Powietrze schodzi z piersi nieustannie,
Bezwiednie niczym z przebitej opony.
Ciało niebawem jako liść opadnie
Westchnieniem wiatru z gałęzi strącony.
Bezsilność wzbiera stanem nieważkości.
Falą się wspina od stóp aż do głowy,
Szpik wypłukując niczym helem z kości...
Usta nie mogę wykrztusić niezgody,
Więc... próżnia wsysa w swój lej moje ciało.
W uszach aż szumi stłumioną głuchotą.
Nieważne, co się wokół będzie działo.
Wchłania mnie bezmiar niczym mgłę z ochotą,
A ja rozrzedzam się i to skutecznie,
Wręcz zatracając już władzę nad sobą.
Spod stóp wypływa ziemia niebezpiecznie.
Staję się sobie wnet obcą osobą,
Która się duszy zdaje pozbawioną,
Z językiem, co się wrasta w podniebienie,
Na tafli czasu piórkiem położoną,
Co porzuciło do życia natchnienie...
Dłonie wtapiają się me w klawiaturę.
Palce topnieją w ciężkiej bezczynności.
Oczy się w ekran wpatrują ponure -
Topią się w kartce rażącej nicości...
A los nade mną batem gniewnie świszcze,
Lejcami strzela i za uzdę szarpie.
Wchodzę wbrew sobie w codzienności zgliszcze.
W paszczę rutyny wpadam na pożarcie
I się butami jakoby z betonu
Wcieram w chodniki, w warczące ulice.
Po pracy wracam zmęczona do domu,
Mając przy szyi wiszącą kotwicę...
I tak mi mija jeden dzień za drugim,
Bawiąc się w berka z moim kalendarzem.
Butwieją w błocie tęskniące sztalugi
I schną z pragnienia puste kałamarze.
grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl
.jpg)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz