Zabili Boga!, i człek nagle zdziczał,
Wypuścił z siebie krwiożercze demony.
Głosem instynktów niczym lew zaryczał
Idący na żer, z klatki uwolniony.
Na krzyżu, który do miłości wzywa,
Pogardę, wrogość ironią przybili.
W gniewie zaś płonie dusza nieszczęśliwa,
Szydercy bowiem ją wykorzenili.
Nie ma już człowiek żadnych ograniczeń,
Nie czuje strachu, respektu przed niczym.
Wynaturzony na tronie swych zdziczeń
Jedynie z sobą dla siebie się liczy.
Wokół się ciała, nie Słońca!, świat kręci.
Libido gwałci wszystko, co najlepsze.
Bóg raczy wiedzieć, co się teraz święci.
Władzę przejęły i hieny, i wieprze.
Dzieciństwo dzieciom zostało zabrane.
W kołysce trzeba bowiem im dorosnąć.
Wszystko, co piękne, z głów ich wydzierane,
Sprawia, że życie całkiem je przerosło.
Depresja zatem maniakalnym sprytem
Obfite plony zbiera lekką ręką.
Myślenie wisi nad pustym zeszytem -
Z letargu zbudzi się pewnie nieprędko,
Jeśli w ogóle, choć miewam nadzieję,
Bo żal śmierć w żywych obserwować w ciszy.
Na balu głupców ślepota się śmieje
I wołających o pomstę nie słyszy.
Na stołach tańczą wypaczeni ludzie.
Klaszcze elita z rynsztoku powstała.
Tłum, który tonie w lubieżnej obłudzie,
Walczy, by mądrość z kolan nie powstała.
Sztuka jak dziwka kroczem w oczy świeci.
Każdy ją może dzisiaj wykorzystać.
Banał, tępota w ławkach szkolnych siedzi.
Na to, co ważne, zwykło się dziś gwizdać.
Ulicą płynie gnój ludzkich skłonności.
Paruje żądzą uprzedmiotowienie.
Czuć słodko-mdlącą woń trupa godności,
Którym się karmi na zło przyzwolenie.
Tych, co odmienne zgoła zdanie mają,
Na szubienicach hejtu się dziś wiesza.
O tolerancji kaci rozprawiają,
Ale nie lubią jak się ktoś im miesza.
Wolności słowom się dziś nie odbiera,
Gdy propagandzie gromko przyklaskują.
Kłamstwo się w prawdę Goebbels-owsko wżera.
Plebs tą trucizną wpływowi częstują,
A ród Adama z dygnitarza ręki
Podane gówno za zaszczyt uznaje,
W efekcie czego swe pasma udręki
Chwali i rządu za swój los nie łaje,
A za srebrnika z sakwy bogatszego
Jakoby zając da się oskórować.
Na resztkach SAPIENS wypatroszonego
Już nekrofauna zaczyna żerować.
Człowiek bez wiary wszak cuchnie padliną.
Za bardzo głupi jest, by zostać bogiem.
Swego zniszczenia więc bywa przyczyną,
Gdyż sam dla siebie jest najgorszym wrogiem.
Wszechmoc się jego kończy w toalecie
A wyjątkowość bez majtek przedstawia.
Człowiek - smród w bucie oraz proch w skarpecie -
Imię, co na pięć minut się pojawia.