czwartek, 31 października 2024

NIE WIERZYĆ W NIC?!

Zabili Boga!, i człek nagle zdziczał,

Wypuścił z siebie krwiożercze demony.

Głosem instynktów niczym lew zaryczał

Idący na żer, z klatki uwolniony.


Na krzyżu, który do miłości wzywa,

Pogardę, wrogość ironią przybili.

W gniewie zaś płonie dusza nieszczęśliwa,

Szydercy bowiem ją wykorzenili.


Nie ma już człowiek żadnych ograniczeń,

Nie czuje strachu, respektu przed niczym.

Wynaturzony na tronie swych zdziczeń

Jedynie z sobą dla siebie się liczy.


Wokół się ciała, nie Słońca!, świat kręci.

Libido gwałci wszystko, co najlepsze.

Bóg raczy wiedzieć, co się teraz święci.

Władzę przejęły i hieny, i wieprze.


Dzieciństwo dzieciom zostało zabrane.

W kołysce trzeba bowiem im dorosnąć.

Wszystko, co piękne, z głów ich wydzierane,

Sprawia, że życie całkiem je przerosło.


Depresja zatem maniakalnym sprytem

Obfite plony zbiera lekką ręką.

Myślenie wisi nad pustym zeszytem -

Z letargu zbudzi się pewnie nieprędko,


Jeśli w ogóle, choć miewam nadzieję,

Bo żal śmierć w żywych obserwować w ciszy.

Na balu głupców ślepota się śmieje

I wołających o pomstę nie słyszy.


Na stołach tańczą wypaczeni ludzie.

Klaszcze elita z rynsztoku powstała.

Tłum, który tonie w lubieżnej obłudzie,

Walczy, by mądrość z kolan nie powstała.


Sztuka jak dziwka kroczem w oczy świeci.

Każdy ją może dzisiaj wykorzystać.

Banał, tępota w ławkach szkolnych siedzi.

Na to, co ważne, zwykło się dziś gwizdać.


Ulicą płynie gnój ludzkich skłonności.

Paruje żądzą uprzedmiotowienie.

Czuć słodko-mdlącą woń trupa godności,

Którym się karmi na zło przyzwolenie.


Tych, co odmienne zgoła zdanie mają,

Na szubienicach hejtu się dziś wiesza.

O tolerancji kaci rozprawiają,

Ale nie lubią jak się ktoś im miesza.


Wolności słowom się dziś nie odbiera,

Gdy propagandzie gromko przyklaskują.

Kłamstwo się w prawdę Goebbels-owsko wżera.

Plebs tą trucizną wpływowi częstują,


A ród Adama z dygnitarza ręki

Podane gówno za zaszczyt uznaje,

W efekcie czego swe pasma udręki

Chwali i rządu za swój los nie łaje,


A za srebrnika z sakwy bogatszego

Jakoby zając da się oskórować.

Na resztkach SAPIENS wypatroszonego

Już nekrofauna zaczyna żerować.


Człowiek bez wiary wszak cuchnie padliną.

Za bardzo głupi jest, by zostać bogiem.

Swego zniszczenia więc bywa przyczyną,

Gdyż sam dla siebie jest najgorszym wrogiem.


Wszechmoc się jego kończy w toalecie

A wyjątkowość bez majtek przedstawia.

Człowiek - smród w bucie oraz proch w skarpecie -

Imię, co na pięć minut się pojawia.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



poniedziałek, 28 października 2024

28 PAŹDZIERNIKA

Mgła się za oknem czai, ku mnie skrada...

Zza drzew wygląda i mnie obserwuje.

Szelestem liści, co wiatr zerwał, gada.

Siwym się włosem w gałęzie wplątuje.


Perłowej sukni ciągnie tren za sobą.

Zda się, że z brzegów rzeka wystąpiła

Jakoby mlekiem, nie zaś mętną wodą

I falą bieli cały świat przykryła.


Powoli piana powodzi opada.

Sterczą w oparach czubki łysiejące

Drzew niczym grzywy spłoszonego stada

Koni pędzących po zroszonej łące


Straszącej igłą przerdzewiałej trawy,

W której pajęczyn wnyki rozstawione

Przypominają tylko pled dziurawy,

Zerwaną z nieba obłoków zasłonę.


Powietrze pachnie ściółką zwilgotniałą,

Mchem, co korzenie zmurszałe obrasta,

Przelaną ziemią, w której pulsowało

Życie, a z której jeno grzyb wyrasta.


Ślimaki marzną nagie na chodnikach

Jak maść obficie wyciśnięta z tubki.

Splątane pędy w krwistych koralikach

Są jak splątane ze sobą sznurówki


Gorsetu, który świat w tali zaciska

I śnieżnobiałym płótnem go otula,

Srebrzy się światłem, co jak płowa iskra

Błyszczącą nitką w obszycia się wtula,


A nad nim przestrzeń niczym pierś karmiąca

Się lekko wznosi i miękko opada,

Oddechem płuca me napełniająca,

Z którym się szczypta ziół suszonych wkrada.


Zamykam oczy, a gdy je otwieram,

Świat różnobarwny w źrenicach mych płonie.

Jesień przede mną wzrokiem wręcz pożeram

I w jej mankiety wsuwam swoje dłonie,


Ażeby poczuć jej dotyk na sobie,

Doświadczyć życia, co mi się przygląda,

Z rozwianym włosem na siwiutkiej głowie

W szczelinę powiek opadłych zagląda


Jakby prosiło, bym się obudziła,

Październik bowiem skapuje z zegara,

Abym niczego w nim nie przegapiła,

Gdyż ten się dla mnie być tak pięknym stara.


Chłonę bez reszty i opamiętania

Dwudziestą ósmą kartkę z kalendarza.

Dojrzały bukiet swój wino odsłania,

I na upicie mnie życiem naraża,


Więc nie dbam o to, czy tak mi wypada,

Co będą ludzie o mnie rozprawiali!

Życie jest jedno - to jest jego wada.

Obyśmy zatem życia nie przespali!


Dwudziesty ósmy jest dziś października.

Nim się obejrzę, zima mnie odwiedzi.

Świadomość moją kukułka przenika,

Która na drążku już zegara siedzi,


Wszem obwieszczając, iż pora nastała,

Żeby się cieszyć tym, co los nam daje.

Wrze na mych ustach, w sercu, w myślach chwała

Za to, że badam moich dróg rozstaje,


Że nadal mogę się czasem częstować,

Który smakuje lepiej niźli kawior,

Że mogę jeszcze bycie celebrować,

Gdy się dokoła liście tańcem bawią.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



piątek, 25 października 2024

SZUKAM

Na moich dłoniach mam poczucie winy

Wżerającej się plamą świadomości,

Która skapuje strużkami drobiny

Po rękach, nogach... aż do szpiku kości


Oraz krwiobiegiem zaczyna pulsować,

Budząc w mej głowie myśli uciążliwe,

Pod presją których zaczynam żałować

Tego, co było w życiu nieszczęśliwe


Z powodu czynów złych lub zaniedbanych,

Serca, co nieraz mnie podle zdradziło,

Słów nie do końca lub nie!-przemyślanych,

Czasu, którego sakwę się przepiło


Z gronem przyjaciół, którzy mną gardzili

I we mnie wiarę w mą wartość złamali,

Z ludźmi, co radość życia mi zdusili

I osobowość mą w ziemię wdeptali.


Pod strzępem resztek krwawiącej godności,

Który trzepocze jak flaga po wojnie

Nad ruinami mej podmiotowości

Dopijam kawę niemal nieprzytomnie,


Patrząc przez okno kawiarnianej ciszy

Na miasta w zgiełku umęczone rysy...

Mojej rozpaczy to miasto nie słyszy,

Chociaż nią dusza nieustannie krzyczy


I krukowatych tylko stada płoszy,

Więc te w hałasie lotem się zrywają...

Ludzie dziś sobie rzadko patrzą w oczy,

Nawet gdy z sobą twarzą w twarz gadają.


Obłuda wije się jak wąż chodnikiem,

Swe kłębowisko w łonie Ewy mając.

Synowie Kaina dłonie trą ręcznikiem,

Plamy swych plugastw ze skóry ścierając.


Ciężar ich winy mocno ich przytłacza,

Czoło uciskiem do bruku przyciska,

Spokój szeptami sumienia rozprasza,

Wzrok nienawiścią łypie, gniewem błyska,


A zazdrość trawi rdzeń ich moralności,

Wszystko więc garną do siebie, do siebie

W sterylnym wdzianku bez cienia litości

Wobec będących dzięki nim w potrzebie.


Ze smutkiem patrzę na wynaturzenie

Tłumów za szybą kawiarnianej szyby.

Po drugiej stronie stołu me sumienie

Szepcze bezradnie: Nic z tym nie zrobimy.


Można słów dzwony uruchomić wszędzie,

Lecz głupców zgraja pewnie je zagłuszy.

Ze słów zasianych nic bowiem nie wzejdzie,

Jeżeli wpadną w głuchonieme uszy.


Dopiłam kawę i nad filiżanką

Zamarłam chwilę niczym nad urwiskiem.

Słońce w me oczy za białą firanką

Ciska nadziei wręcz niezbędnej iskrę.


Spoglądam zatem w niebo rozjaśnione,

Dumając nad wolności utraceniem,

Nad tym, co było nędznie roztrwonione,

Nad nieuchwytnym mych pasji marzeniem.


Zostawiam banknot z niewielkim napiwkiem.

Obsługa była uprzejma, lecz sztucznie.

Mijam witryny obojętnie wszystkie.

Ktoś mnie ramieniem czasem w drodze muśnie.


Idę przed siebie wpatrzona w drzew zieleń,

Pod prąd przechodniów się wpław przeprawiając.

Dusza ma nie jest koszulą przy ciele.

W błękitach chadza, świat ten podziwiając,


Lecz nie z przyziemnej jego perspektywy,

Ale z pozycji twórczego ujęcia.

Wisi jak sokół nad mapą Niniwy,

Której mieszkańcy dążący do szczęścia


Konają w sidłach samouwielbienia,

Jadem swe oczy, usta zakrapiając,

Dla paru groszy w kagańcach milczenia

Własną tożsamość jak dziwkę sprzedając.


I chociaż sama nie jestem bez winy,

Brzydzę okropnie się tą hipokryzją,

Która pod maską dobrodusznej miny

Mami naiwnych wręcz świetlaną wizją


Przyszłości, której metry kwadratowe

Trzy maksymalnie będą przydzielane

Na jedną ludzką i przeciętną głowę,

W której brzmią hasła zaprogramowane.


Swoją obecność odklejam od ludzi

Do układanki tej dopasowanych.

Szukam tych, w których pragnienie się budzi,

By człowieczeństwu wreszcie zdjąć kajdany.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



środa, 23 października 2024

NIESTETY

Kolejny dzień mnie sobą uszczęśliwił,

Na który może i nie zasłużyłam,

A mimo wszystko wcale mnie nie zdziwił,

Że dzięki niemu znów się obudziłam


Jakby po prostu był czymś oczywistym,

Co przysługuje każdemu bezwzględnie…

Wtem zawstydziłam się rumieńcem krwistym

Świadoma tego, iż czynię bezczelnie,


Bo przecież nie ma gwarancji na życie,

Które jak woda przez palce przecieka.

Nikt nie powiedział, że o bladym świecie

Powietrze w piersi ocuci człowieka


I mu pozwoli ocknąć się z otchłani,

Co go pochłania i na świt znieczula,

Marzeniem sennym uprowadza, mami,

Z śmiercią oswaja i w nicość jej wtula.


Nikt, nic na jutro przecież nie wskazuje

Jak na coś z góry hojnie przydzielane.

To więc, że stoję, oddycham i czuję

Odbieram jako mi podarowane


I tak po prostu… bez żadnej okazji

Na prezent, który wręczyć mi wypada.

Może z powodu kaprysu, fantazji

Szansa na dzisiaj w ręce moje wpada


Jak na loterii wygrana przypadkiem,

Jakiej spodziewać się wszak nie powinno?

Spoglądam w niebo nieśmiało, ukradkiem,

Pod którym robi się przejrzyście widno


I mimowolnie wypowiadam słowa

Szczerej radości, która mnie przepełnia.

Dzień wszak dzisiejszy przyjąć żem gotowa.

Niech się w nim wartość mej duszy wypełnia.


Krzyżuję dłonie w przypływie wdzięczności,

Bo mam znów zaszczyt w szelest się wsłuchiwać,

Patrzeć na ptaki, które z wysokości

Mogą świat cały wraz ze mną podziwiać.


Ponownie mogę oczy słońcem poić,

Ustami spijać wilgotne powietrze.

Za czasem w biegu znowu mogę gonić

I włosy puszczać latawcem na wietrze.


Zasiadam zatem do pracy w asyście

Zegara, który pobudza apetyt

Na jedno tylko tu i teraz życie

Mogące zgasnąć nawet dziś, niestety.

[grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl]





niedziela, 20 października 2024

MEDYTACJA

Samotność bywa dzisiaj wybawieniem

Od towarzystwa, co cię sobą męczy,

Co cię lustruje nieszczerym spojrzeniem,

Słowem i czynem prawdzie zawsze przeczy;


Od ludzi, którzy jadem tylko plują,

Przez w nich nienawiści doszczętnie się paląc,

I od przyjaciół, co cię adorują,

Patrząc ci w oczy, w plecy nóż wbijając.


Samotność bywa dzisiaj uwolnieniem

Od kłamstw przebrzydłych i manipulacji.

Samotność bywa dziś oswobodzeniem

Od bezmyślności, instynktów, frustracji.


Wyłączam media oraz drzwi zamykam

I okna szczelnie przytwierdzam do ściany.

W przestrzeń odmienną jak kot się wymykam,

W której panuje spokój nieprzerwany,


I słyszę... szelest liści nieruchomych,

Świst pajęczyny, która tnie powietrze,

Chlupot oparów pod niebo puszczanych

Jakby trzaskały szkłem rzęsiste deszcze...


I słyszę lepki stukot pszczół na płatkach,

W których kielichach miód, siorbiąc, spijają...

Skrzydłem grzechocze nad wodami ważka,

Jej toń przejrzystą w wibracje wprawiając...


Słyszę łupiny pękających nasion

I ślizg zieleni zeń wypełzającej,

Wiatr, który gwiżdże nokturn z wielką pasją

Na chwałę nocy jeszcze nie wschodzącej.


Słyszę z łoskotem spadające z nieba

Promienie słońca jak garście okruchów

Startego w drobny mak czerstwego chleba...

Czuję ich dotyk jak muśnięcie puchu...


I widzę ścieżkę pod szpalerem pędów,

Co się ze sobą plączą i splatają,

Nad nimi tunel z rozłożystych dębów,

Które w błękity bezchmurne wrastają,


I nagle czuję potrzebę ogromną,

By pójść tą ścieżką, co mnie sobą kusi,

Co niczym rzeka płynie, szemrząc, wolno

Tam, gdzie chce dotrzeć - chce!, a nie, że musi.


Nie mogąc oprzeć się pragnieniu temu,

Zdejmuję buty, wchodzę gołą stopą

W rozgrzany piasek, co ku odprężeniu

Ciągnie mnie ziarnem złota swego boso,


Opuszką kruszyn skórę rozcierając,

Na której widać bruzdy po sznurówkach.

Brodzę po kostki w ścieżce, odczuwając

Jakby chłód nurtu, co w mych krokach pluska,


I stąpam miękko niczym po obłokach,

Idąc przed siebie z dziecięcą ufnością.

Wtem się rozlewa niezmiernie szeroka

Trawa, co tańczy z niezwykłą lekkością,


Motylów żupan kloszem rozkładając

Nad przestworami turkusowych luster,

Które, światłami diamentów migając,

Zdobią fal drżących rozciągniętą chustę,


Na widok czego czuję ekscytację,

Co mnie skrzydłami od wewnątrz łaskocze.

Echo, chlupocząc, rozsiewa owacje.

Za jego dźwiękiem bez wahania kroczę.


Wchodzę w ocean ów wręcz z uległością,

Wpław przemierzając kwiatów polnych głębię.

Leżąc na plecach, bratam się z radością,

Która się budzi urodzajnie we mnie,


I swe ramiona na zwierciadle kładąc,

Spoglądam w niebo, które mnie opływa...

Samotność nie jest mi przenigdy zwadą,

A sposobnością, która mnie odkrywa,


Źródłem czystości mojego sumienia,

Wolności smakiem wiecznie upragnionym,

Chwilą ucieczki, azylem wytchnienia

I moim światem - moim wymarzonym,


Co mnie określa, człowiekiem mnie czyniąc

Wbrew zasad, które nas wynaturzają.

Samotność moja nie może przeminąć.

Obcy dla siebie ci, co jej nie mają.

[grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl]



wtorek, 15 października 2024

PRZENIGDY

Na zewnątrz jesień twarz do szyby tuli

I smutnym okiem przez okno zagląda.

Siedząc na trawie w łatanej koszuli,

Bardzo uważnie (zda się) mi przygląda,


A gdy się ruszy, swym płaszczem szeleści,

Co z różnych liści jest pocerowany…

Sama do siebie szepcze dziwne treści

W uczuć obłędzie niezdiagnozowanym,


W którego mackach raz się na głos śmieje,

Raz płacze gorzko niemal bez powodu

Lub rozdrażniona z wściekłości szaleje,

Aż serce płonie jej żywiołem chłodu.


Niekiedy tańczy krokiem posuwistym

Według szelestów, szumów oraz plusków.

Jej stan przenigdy nie jest oczywistym –

Zmienia się szybko, rzadko pomalutku.


Nieokiełznany, nieprzewidywalny

Nastrój w jej piersi dziewiczej goreje,

Przez co w jej złocie dzień bywa upalny

Albo w szarościach strug deszczu topnieje.


Będąc przy oknie, patrzę w jej źrenice

I czuję zachwyt, który we mnie budzi.

Rumień jarzębin rozpala jej lice

A koral głogu i róż usta brudzi.


Z pajęczyn włosy sterczą rozczochrane,

Perłami rosy w kołtuny upięte.

Palce gałęzią nagą wykrzywiane

W długie rękawy płaszcza ma wciśnięte


Jakby wstydziła się dłoni zgrabiałych,

Co są w mankietach nieba pochowane,

By w rękawicach granatu sterczały

Niczym korony z liści oskubane,


Co utraciły piękno swe na zawsze,

Wijąc się z bólu chorujących kości.

Czas jej uroku przenigdy nie zatrze.

Musiała śliczną być w dobie młodości,


Co widać dobrze pod skórą zmarszczoną,

Bruzdami błota w fałdy pozwijaną,

W oczach błękitnych pod ciemną zasłoną

Przez rzęsy łzami w tęczówki wkrapianą.


Będąc przy oknie, patrzę w twarz jesieni

Jakoby w lustro własnego odbicia.

Przeszłość za sobą ciągnie ślad swych cieni

A za nią idzie krok mojego życia…


Tak nam niewiele teraz, tu zostało…

A mimo tego człowiek zda się ślepy.

Ciągle mu czegoś jest na co dzień mało –

Czegoś, co traci swą wartość niestety.


Za nos nas wodzą sprzeczki oraz waśnie,

Przez co się wrogość z egoizmem brata.

Kiedyż nienawiść w nas na wieki zaśnie?

Każdy wspomnieniem będzie tegoż świata.


Nie warto zatem, będąc z samym sobą,

Zasiąść przy oknie naprzeciw jesieni,

Aby zrozumieć, że jedynie zgodą

Pluchę najgorszą w szczęście się przemieni?!


Bo najważniejsze to cisza i spokój,

I dach nad głową, i bochenek chleba,

I szklanka wody postawiona z boku,

Odzienie, które krew w żyłach rozgrzewa,


I równowaga między duszą – ciałem,

Dzięki się której własne myśli słyszy…

Jakież jest życie nieziemsko wspaniałe

W błogim spokoju i w asyście ciszy!


Po cóż te wojny z dzikiej zachłanności

Na coś, co ulgi i tak nie przyniesie?!

Na cóż tragiczna śmierć w wybuchach złości?!

Pozwólmy, aby dosięgła nas jesień.


Niech się zadzieje, jako być powinno

I jako kolej rzeczy przewiduje!

Szlakiem pór roku przemijać się winno.

Niech nikt nikogo na śmierć nie skazuje!


Powstrzymać wodze trzeba zachłanności,

Egoizm zdusić, obojętność zniszczyć!

Ciszę i spokój – zaczyny wolności –

Nad wszelkie cele należy wywyższyć!


Nauczmy cieszyć się tym, co już mamy –

Światłem, co w oczy nam rankiem zagląda,

Faktem, że znowu powietrze wdychamy,

Że czas nas niesie wciąż na swoich prądach.


Błędnym w człowieku bywa przekonanie,

Iż tyle jego, ile dóbr zdobędzie,

Na wieki wieków wśród żywych zostanie,

Siejąc o sobie pamięć niemal wszędzie,


Bo przeznaczenia nikt z nas nie przechytrzy,

Choćby o sobie miał takie mniemanie.

My nie jesteśmy mocarni ni bystrzy.

Jesień każdego dosięgnie, dostanie.


Opadną siły jak pożółkłe liście,

Artretyzm ciało w ruchach ograniczy.

Na świat będziemy patrzeć szaro-mgliście.

Ułomność będzie trzymać nas na smyczy.


Coraz się mniej nam będzie w życiu chciało.

Banałem staną się sprawy bezcenne.

To, czego ciągle nam było za mało,

W obliczu potrzeb okaże się zbędne.


Po cóż się zatem mamić, oszukiwać?

Bogiem się człowiek przecież nie urodził.

Możemy miauczeć, złorzeczyć, wydziwiać

Jakbyśmy byli niezniszczalnie młodzi,


Lecz kiedyś prawda się o nas upomni

I jesień zedrze bielmo z ślepych oczu.

Na owym świecie jesteśmy bezdomni,

Bo pozbawieni na przyszłość widoku.


Każdy z nas mija, gaśnie nieuchronnie

Jakoby gwiazda, która z nieba spada.

Szczęśliwy nie ten, co nie żyje skromnie,

A ten!, co sercem i umysłem włada,


Co jest świadomy siebie bez wątpienia,

Że może wiele i nic nie potrafi,

Który odwagę ma się pogodzenia

Z tym, co go cieszy, oraz z tym, co trapi.


Ja taka jestem, więc żalu nie czuję

Z powodu straty tego, co ulotne.

Siedzę przy oknie, jesień kontempluję.

Kocham te chwile ze sobą samotne.


Mam wówczas szansę na siebie poznanie,

Na docenienie tego, co szlachetne.

Pewnie niewiele tu po mnie zostanie.

Zabiorę z sobą me życie sekretne,


Ale szczęśliwe, bo całkiem świadomie

Celebrowane z sekund na godziny,

Co się rozpierzchną jak w galopie konie,

Których przenigdy już nie dogonimy

[grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl]





środa, 2 października 2024

CAŁOPALENIE

Cisza przed burzą grzbiet swój ugina.

Zamarły drzewa wiatrem smagane.

Płaszcz krukowatych lotem rozpina

Prorok, co kracze wieści widziane,

 

Złowróżbną wizją się zakradając

W spokój zaszczuty przeczuciem złego.

Niebo na ziemię płaczem spadając,

Ma (najwyraźniej) dość już wszystkiego.

 

W człowieku bestia się narodziła,

Przez co świat stracił wszelkie wartości.

Liczy się dzisiaj bezwzględna siła

Odarta nawet z cienia litości.

 

Dziś na łańcuchach ludzie trzymani,

Przez polityków szczuci na siebie

Są już do szpiku tak zakłamani,

Że żyją tylko w krwiożerczym gniewie.

 

Adrenalina mózg im wyżarła.

Instynkt przetrwania zabił myślenie.

W sercu nienawiść miłość wyparła.

Umarło w człeku w przyszłość spojrzenie.

 

Pod sztandarami doznań przyjemnych,

Co gasną niczym iskry z ogniska,

Orszak wyruszył spraw beznadziejnych

A nad nim łuna krwi skrzepłej błyska.

 

Na podium stoi cielec ze złota,

Któremu horda cześć swą oddaje.

Na jego grzbiecie, powstawszy z błota,

Śmierć do swej piersi przytula zgraję

 

Głupców o oczach bielmem wygasłych,

Co za srebrniki siebie sprzedali.

Nie mając nawet już marzeń własnych,

Ludzie się władzy ślepo poddali

 

I, w gronie będąc jej zwolenników,

Bez konkretnego uzasadnienia

Gotowi zabić są przeciwników,

By polityków spełnić roszczenia.

 

Taką machiną manipulacji

Ruszył już kombajn miażdżący kości.

Na rozkaz całkiem niesłusznych racji

W przypływie strasznej wręcz bezwzględności

 

Przeżuwa ciała, rozgniata dusze

I spija soki słomką aorty.

Echo rozsiewa męki, katusze

Nadciągającej ku nam kohorty.

 

I nas zaleje wojna, i strawi!

Cierpienie będzie nas jeść łyżkami.

W koronie bydło się nami bawi,

Masy wyciśnie gorzkimi łzami.

 

Dajemy ciągle za nos się wodzić,

Mięsem armatnim będąc jedynie,

Choć nie powinno że nam się zgodzić,

By z „własnej” woli stanąć na minie,

 

Która wybuchnie nam pod stopami

I nas rozerwie w drobne kawałki,

Byśmy w grunt wsiąkli swej krwi kroplami.

Dziś człek charakter ma strasznie miałki.

 

Na Bliskim Wschodzie już bestia ryczy

I po sąsiedzku śmierć żniwo zbiera.

Wojnę los trzyma ledwo na smyczy.

Grób pod nogami gardziel rozwiera.

 

A my miast patrzeć na wyższe racje

I dbać o życie na własnym szczeblu,

Sprzyjamy głupcom, tworząc owacje,

Dążymy ślepo, lecz do ich celu.

 

Za polityków się między sobą

Żremy jak wściekłe psy w jednej klatce.

Władczy się bawią naszą swobodą,

Więc wolność ludu jest jak dmuchawce,

 

Marna ułuda decyzyjności,

Bańka mydlana tego, co teraz,

I sztuczny uśmiech martwej radości,

Która się smutkiem w codzienność wżera.

 

Łykamy kłamstwa jak czarny kawior,

Łudząc się bytem, co się polepszy,

Choć dziś jest niczym bezlistny jawor,

Który spróchniałą gałęzią sterczy.

 

Całkiem zdziczeniu żeśmy ulegli

I zatracili swe człowieczeństwo,

Bo politycy jak lis przebiegli

Już nam wmówili, że lęk to męstwo,

 

Bezmyślność stanem zaś jest mądrości

I obojętność siłą ze stali,

Służalczość znakiem w nas wrażliwości…

A my tańczymy jak nam zagrali

 

I wciąż skaczemy według wytycznych

Ideologii wręcz destrukcyjnej.

W skutkach pławimy się makabrycznych

Naszej natury (?!) strasznie naiwnej!

 

Czy zmartwychwstanie człowiek w człowieku,

Co dziś się gorszym zdaje od zwierza?!

Dziś wbrew zdolnościom, na przekór wieku

Sobie uparcie się sprzeniewierza.

 

Czarno się ścieli przyszłość w obejściu,

Widząc człowieka jak stracha w polu.

Każdy się miota w swoim nieszczęściu

I dźwiga krzyż swój trudów, mozołu,

 

Lecz… czy w tym wszystkim ma się sprzedawać

Za obietnice wyssane z palca?

Od tych na górze będzie odstawać

Jakby był częścią tylko z zakalca.

 

Przebudź się wreszcie nędzna istoto,

Której ślepotą oczy zachodzą

A do ust wpływa szambo i błoto,

I na kolanach nogi twe chodzą!

 

Weź swoje życie we własne ręce

I zacznij myśleć, lecz samodzielnie!

Niechaj ci zacznie bić martwe serce!

Nie traktuj duszy swojej bezczelnie!

 

Ciała przenigdy nie zaspokoisz.

Będzie cię dręczyć do końca życia.

Na litość boską, czego się boisz?!

Wyjdź z głową w górze wreszcie z ukrycia!

 

Żeś jest człowiekiem, to wyróżnienie.

Musisz kręgosłup mieć moralności!

A samodzielne, trzeźwe myślenie

Jest szczerym kluczem do twej wolności.

 

Wyrwij się z macek manipulacji!

Korzystaj z nauki w prawdzie bezwstydnej!

Nie dawaj głosu ludziom bez racji

I uległości nie miej naiwnej!

 

Czas powstać z kolan zdegradowania!

Nie jest ci bratem mniejszym zwierzyna.

Samozniszczenie dziś cię pochłania.

Wszystko się w tobie kończy, zaczyna,

 

Bylebyś zaczął kochać prawdziwie

I mądrze czynić na chwałę dobra,

Na ludzi patrzeć wreszcie życzliwie,

Bo los ci zawsze w dwójnasób odda…

 

Lecz!, czyśmy szansy swej nie stracili

Na bycie sobą we własnym domu?

Proch się od Wschodu Bliskiego pyli

I nie daruje życia nikomu…

 

Czas nam się kurczy, pękają liny

Mostu, co wisi między dobami.

Czy się do jutra nim przeprawimy?

Czy, tracąc życie, w dół pospadamy

 

Jakoby stado gnanych baranów

Składanych wojnie głodnej w ofierze

Przez polityczne układy panów

Nie działających wszak w dobrej wierze?

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl