Smutek na spacer wyszedł wczesną porą,
Na lędźwiach dłonie splecione dźwigając,
Głowę w ramionach jak wór, co jest zmorą,
Który mu ciążył, troski upychając
W myśli posępne, krążące nad skronią
Jakby jaskółki deszcz przeczuwające...
Powietrze pachnie łez wezbranych wonią
Wypełniających chmury się kłębiące,
Co na czerepie smutku się unoszą
Cylindrem czarnym w kobaltowym świetle...
Kroki szelestem traw kruszonych płoszą
Tabory wróbli kłócących się wściekle.
Miedziano-złoty ocean zieleni,
Którą rdza burym kolorem pokryła,
Ceglasty odcień przybiera czerwieni
Jakoby słońce wschodzące topiła
Rozpryskiwane obcasami smutku
Na kleksy wody w szarej politurze,
Gdy ten w dal siną ciągnie powolutku
Butem tłuczone niczym szkło kałuże.
Wodzę zań wzrokiem równie przygnębionym
Jak z jego piersi nielotne westchnienia.
Kiedyś był grudzień śniegiem przyprószony,
A dzisiaj jesień butwę rozprzestrzenia;
Strugi na szybach drżą płaczącym wiatrem,
Który w gałęziach łka, żalem się dławiąc;
Echo zawodzi krukowatych stadem,
Flotą piór czarnych w błękitach się pławiąc,
Co odcblaskami granatowych cieni
Wisi nad ziemią błotem pooraną...
Ach, gdzie ten grudzień, co się śniegiem mieni?
Za oknem widzę jeno twarz spłakaną
Smutku z rękoma w lędźwie wrośniętymi,
Z głową w ramionach bezwiednie wiszącą.
Pełznie oczami w dół pochylonymi
I ciągnie rozpacz za nim zawodzącą.
Idąc za smutkiem drogą siniejącą,
Wracam pod dachy w czapach śnieżnobiałych,
Widzę biel mrozem srebrnie się mieniącą,
Alabastrowe w puchu futerały,
Ale gdy powiek wznosi się zasłona,
Kremowa szarość dymem mnie spowija,
Dziecięca radość w mych ramionach kona,
Pod parasolem dzień jesiennie mija.










