środa, 10 grudnia 2025

SPŁAKANY GRUDZIEŃ

Smutek na spacer wyszedł wczesną porą,

Na lędźwiach dłonie splecione dźwigając,

Głowę w ramionach jak wór, co jest zmorą,

Który mu ciążył, troski upychając


W myśli posępne, krążące nad skronią

Jakby jaskółki deszcz przeczuwające...

Powietrze pachnie łez wezbranych wonią

Wypełniających chmury się kłębiące,


Co na czerepie smutku się unoszą

Cylindrem czarnym w kobaltowym świetle...

Kroki szelestem traw kruszonych płoszą

Tabory wróbli kłócących się wściekle.


Miedziano-złoty ocean zieleni,

Którą rdza burym kolorem pokryła,

Ceglasty odcień przybiera czerwieni

Jakoby słońce wschodzące topiła


Rozpryskiwane obcasami smutku

Na kleksy wody w szarej politurze,

Gdy ten w dal siną ciągnie powolutku

Butem tłuczone niczym szkło kałuże.


Wodzę zań wzrokiem równie przygnębionym

Jak z jego piersi nielotne westchnienia.

Kiedyś był grudzień śniegiem przyprószony,

A dzisiaj jesień butwę rozprzestrzenia;


Strugi na szybach drżą płaczącym wiatrem,

Który w gałęziach łka, żalem się dławiąc;

Echo zawodzi krukowatych stadem,

Flotą piór czarnych w błękitach się pławiąc,


Co odcblaskami granatowych cieni

Wisi nad ziemią błotem pooraną...

Ach, gdzie ten grudzień, co się śniegiem mieni?

Za oknem widzę jeno twarz spłakaną


Smutku z rękoma w lędźwie wrośniętymi,

Z głową w ramionach bezwiednie wiszącą.

Pełznie oczami w dół pochylonymi

I ciągnie rozpacz za nim zawodzącą.


Idąc za smutkiem drogą siniejącą,

Wracam pod dachy w czapach śnieżnobiałych,

Widzę biel mrozem srebrnie się mieniącą,

Alabastrowe w puchu futerały,


Ale gdy powiek wznosi się zasłona,

Kremowa szarość dymem mnie spowija,

Dziecięca radość w mych ramionach kona,

Pod parasolem dzień jesiennie mija.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



wtorek, 2 grudnia 2025

WALKA

Przepędź demony prawiące w Twej głowie,

Żeś dziad, wyrzutek niewarty niczego,

Że nikt dobrego Ci nigdy nie powie,

Boś samym sobą niegodzien jest tego!


Przepędź te biesy wartość Twą depczące!,

Byś powstał z kolan, klęcząc przed człowiekiem,

By świadomości resztki konające

Odbudowały swe członki kalekie,


Z martwych wskrzeszając Twoją podmiotowość,

Nad którą krąży Twych myśli korona.

Chwyć pełną garścią do życia gotowość,

By spadła z oczu Twych śmierci zasłona!


Przepędź te czarty, co Cię poniżają,

Z grona znajomych tych wykorzystując,

Którzy złośliwie Tobie umniejszają,

Flegmą gnijących serc w twarz Twoją plując!


Przepędź te czorty, co skaczą po Tobie!,

Byś się nauczył widzieć w lustrze siebie,

Byś nie uniżał siebie nigdy w słowie,

Którym rzucono w Ciebie kiedyś w gniewie.


Wyrwij z Twej duszy razem z korzeniami

Przekleństwa, co Cię oplotły mackami!

Idź ramię w ramię z tymi osobami,

Które są wiatru pełnymi żaglami!


Jesteś! - i to Cię czyni wyjątkowym,

Choćby się komuś to nie podobało.

Wstań - Wykrzycz światu w twarz: Jestem gotowy!

Przestanie cierpieć to, co Cię bolało.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl





poniedziałek, 1 grudnia 2025

DZIEŃ DOBRY

Dzień dobry, ma dziewczynko przy spłakanym oknie,

Za którym to się jesień w podróż już szykuje.

Twarz moja dziś od deszczu oraz liści moknie,

A ja nadal maciejkę dzięki tobie czuję.


Wilgoć pachnie więc słodko jak wieś wieczorami,

Gdy się zieleń skraplała księżyca poświatą

Rozśpiewana bezruchem, grająca świerszczami

Pod diamentem bogato wysadzaną szatą.


Dzień dobry, ma dziewczynko o słonecznych włosach

I oczach brązowych jakby w cieniu bursztyny.

Dzięki tobie nurkuję dziś w złocistych kłosach,

Choć butwieją w kałużach zdradzone ścieżyny,


W których chabry jak w lustrze błękit podziwiają,

Gdy się niebo rozpala maków ławicami,

Cienie zaś o zachodzie słońca wypełzają...

A ja biegnę w zbóż łanach twoimi krokami.


Dzień dobry, ma dziewczynko z drewnianego domu,

Za którego się płotem bzy kwiatami puszą.

Błądzę dzisiaj za tobą wzrokiem po kryjomu,

Kiedy chmury się topią i w przestrzeni pluszczą...


Widzę twoją źrenicą jak się rozpryskują

Sznury wody zerwane i o źdźbła dudniące,

Jak po szybach strużkami ku ziemi wędrują,

Przyprawiając powietrze wiosennie pachnące.


Dzień dobry, ma dziewczynko pośród słoneczników,

Co korony swe złote przed tobą skłaniają.

Widzę cię roztańczoną w falbanach świetlików,

Chociaż wokół mnie światła szarościami drgają


I wibrują gałęzi świszczących nagością,

Chlupiąc, chlapiąc deszczami weń przesiewanymi,

Pachnącymi jałową, bezpłodną mglistością

Trzepoczącą żaglami, ale rozprutymi.


Dzień dobry, ma dziewczynko w lawinie perłowej,

Co się prószy i skrzy się piórami z poduszek

Jakby świat był kłębuszkiem, lecz z waty cukrowej -

Jeden biały i lśniący cyrkoniami puszek.


Twym spojrzeniem napawam się śniegu widokiem,

Choć ma zima za oknem jesień przypomina.

Czasem zjawi się z rzadka albo przejdzie bokiem...

Buro-rdzawa nostalgia konary ugina.


Pora na mnie, dziewczynko przy spłakanym oknie.

Dnia dobrego ci życzę i wchodzę w codzienność.

Dusza moja z tęsknoty dziś za tobą moknie -

Prześladuje mnie wspomnień rozkoszna bezsenność.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



JUŻ NIE BĘDĘ

Spojrzałam śmierci w jak smoła źrenice,

Co oczodoły czernią wypełniały

Odbijającą lustrem moje lice

I oczy, które jej okiem widziały


Mą duszę z ciałem w prawdzie tak bezwstydnej,

Aż świat szczerością wręcz zatrważającej.

Spojrzałam śmierci... spokojnej, niewinnej...

W źrenice życie ze mnie spijające


I nie poczułam strachu ani gniewu,

Że się zbyt wcześnie po mnie pojawiła.

Codzienność nagle zatrzymana w biegu

Wokół przeźroczem świateł się rozmyła.


Dłoń wyciągnęłam z losem się swym godząc,

By stopy wrosły w jej przede mną ślady.

W głąb świadomości, że umieram, wchodząc,

Nie miałam chęci do walki i zwady,


Przez co mnie pokój w ramiona swe wtulił

I ukołysał do stanu błogości

Jakbym leżała w jedwabnej koszuli

Na sprężystością puchowej miękkości


Równej obłokom, które opuszkami

Wiatr pieszczotliwie z łodyg podskubuje,

Niebo zsypując bawełny kwiatami,

Gdy je z ów łodyg w błękity wdmuchuje...


Po czym się nagle zbudziłam z letargu,

Bezdech powietrzem rześkim uskrzydlając.

Rój dźwięków brzęczał jakby gwar na targu,

O me milczenie tony odbijając,


Które się zdają chlupotem kamieni

Połykanymi przez bezdenną studnię.

Dzień szaro-płową jasnością się mieni,

A ja niechęcią, by kochać go, bluźnię.


Czas mnie opływa niczym rybę woda,

Którą nurt porwał i niesie bezwiednie.

Na to, by znów żyć, przyszła do mnie zgoda,

Lecz... w jakimś celu czy też niepotrzebnie?


Źrenice śmierci, w których zobaczyłam

Siebie jak nigdy dotąd nie widziałam,

Sprawiły, że się przedziwnie zmieniłam...

Nigdy nie będę już tu pasowała.


I nikt mnie pojąć, zrozumieć nie może,

Kto na swej skórze tego nie doświadczył.

Mój świat obecnie... - ciszy błogie morze

I jego bezkres w ukojeniu władczy,


I przestrzeń, która zaciera granice

Wolności zgoła inaczej pojętej.

Wciąż widzę śmierci jak spinel źrenice

A w nich odbicie duszy uśmiechniętej.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




wtorek, 11 listopada 2025

NIE UMIEM, BO NIE CHCĘ

Stojąc pod brzozy z brzozami spleceniem

Jak pod palcami dłoni przy modlitwie,

Chłonę jej złota koron rozprószenie...

Czekam, aż bursztyn ciało me przeniknie,


Spływając deszczem jak miodu kroplami

Z gałęzi w niebo się wspinającymi

I ów szelestu, i szumu strugami

Liści wokół mnie dźwięcznie tańczącymi,


Porwie mnie w przestrzeń, więzy rozrywając,

Bym się uniosła jak piórko na wietrze,

A ja, żadnego ciężaru nie mając,

Wchłonę się cała przeźroczem w powietrze,


Wir pod stopami tylko zostawiając

Pożółkłych liści, które karuzelą

W ziemię się niemal zbutwiałą wwiercając,

W błękit wzbić ciało moje się ośmielą


Jako rakietę w kosmosu bezkresy,

W spirale świateł, w girland roziskrzenie...

Słyszę jak dzwonią liście brzękiem kiesy...

Gubią miedziaki dziurawe kieszenie -


Spadają blaszki w bilonu kolorze.

Trzask ich ogonków mlaszcze w ciszy echem.

Szarość słomiana w snów parcianym worze

Idzie ulicą, kłócąc się z pośpiechem.


Wilgoć drży łzami, co na parapecie

Stygną obficie rosą zaśniedziałą.

Światło słoneczne w chmur burym berecie,

Którego za dnia jest jednak za mało,


Snuje się cieni szlem owinięte

Niczym poeta błądzący w obłędzie,

Co na kryzysu złapał się przynętę

I za natchnieniem biega wzrokiem wszędzie.


Zamykam oczy i... wiatr mnie opływa...

Jestem jak ryba, lecz pod prąd płynąca.

Lat mi z dnia na dzień wcale nie ubywa -

Ciało zachodzi... dusza jest wschodząca,


Więc choć włosy siwizny nie brzydzą,

Wewnątrz się budzę nieustannie dzieckiem,

Z czego w mym domu lustra podle szydzą,

Że się zestarzeć nie umiem, bo nie chcę.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



środa, 29 października 2025

AGANIPPE

Zabierz mnie! - wołam szeptu rozmodleniem

Do Stwórcy, który świat wokół mnie stworzył -

Zabierz! - powtarzam strun mych rozrzewnieniem,

By głos się w ciszy stadem wron rozmnożył,


Które zwiastują czas mroku i smutku

Zalewający anonimowością

Konsumowanych ludzi powolutku

Z wyrachowaniem, gracją, skutecznością


Jakoby jadem wyjaławiającym

Z człowieka wszystko, co jest w nim najlepsze,

Ze skutkiem działań wręcz przerażającym,

Bo stan godności będą miały wieprze


Przerastające manier obyczajem

Homo, co z sapiens mało ma wspólnego,

Co od natury swej stadnej odstaje,

Wielbiąc i chwaląc swe jedynie ego.


Zabierz mnie! - błagam, cedząc głos przez zęby,

Artykulacji świstem się jednocząc

Z wiatrem, co w zaprzęg zaciągnął obłędy,

W pędzie złowróżbnym kołem dni turkocząc.


Świat jest za ciasny - padam na kolana -

Dla ludzi, którym wyrastają skrzydła.

Chcę się wydostać, choćbym była sama.

Istota bytu przy ziemi mi zbrzydła.


Z ludźmi, co którym bielmo oczy zżera

A uśmiech kryje nienażarte gardła,

Nic mnie nie łączy, gdyż jestem zbyt szczera.

Cierpliwość do nich dawno się przetarła,


Więc jej granica pękła, pociągając

Na dno nadzieję jakoby kotwicę.

Żalu jednakże w ogóle nie mając,

Pragnę wolności - na tę łaskę liczę!


Pozwól mi - proszę z uporem maniaka -

Między prętami przejść tej wąskiej klatki.

We mnie natura nie jestże jednaka

Jaką mamony mają nędzne dziatki.


Tęsknię za sztuką!, lecz nie z krwi i kości,

Co na salony z rynsztoków się wdziera,

Nie zna umiaru, szyku i litości,

I na artystów spode łba spoziera.


Tęsknię za ludźmi, co latać potrafią,

Nawet, gdy mają twardy grunt pod stopą,

Którzy królowej pazie w dłonie łapią,

Idąc przez trudy codzienne z ochotą


Jakoby dzieci biegnące w podskokach

Kałuży ścieżką pod deszczu strugami.

Tęsknię za ludźmi, co umieją kochać

Człowieka również z jego upadkami.


Pomóż mi zostać otoczoną pniami

Lasów, co wznoszą się zwartym szeregiem

Pod szumiącymi liśćmi koronami,

By móc usłyszeć... nikogo!, prócz siebie...


By cisza wokół szelestem trzepocząc

Jakoby ważka nad skrzącym potokiem

Mówiła do mnie, krople rosy płosząc,

Echem, co tony ma dźwięków wysokie


Niczym opera arią ptasich treli,

Co akustyką mnie w błękity wzniosą!...

Obłoków miękkość wokół się mnie bieli!

Fale chmur w wszechświat gwieździsty mnie niosą!


I nieważkości przestrzenie bezkresne

Mórz, oceanów w jedno połączonych

Wróżą mi szczęście i to długowieczne!

Nie chcę więc wracać do tych dni zmęczonych,


Które się ciągną kalendarzy dreszczem

Budzonym kartką z niego wyrywaną.

Być może teraz bardzo ciężko grzeszę,

Czując się życiem doczesnym zdeptaną,


Które szurają podeszwą po drodze

Kroków doń siłą Ziemi przyklejonych.

Ja mej fantazji pragnę puścić wodze,

Aby z odmętów przyziemnych wskrzeszony


Pegaz galopem pomknął do podnóża

Góry Helikon, gdzie spod jego kopyt

Źródło się natchnień fontanną wynurza,

Zaspokajając i tworząc niedosyt!


Przylgnę mym ciałem do grzbietu rumaka,

Me skrzydła w jego piórami wplątując.

Krew w naszych żyłach niemal jest jednaka.

Chcę żyć, lecz na nim tylko podróżując!


Ja w Hippokrene zanurzyć chcę duszę,

By Aganippe w usta me wpływało.

Ja jego wodą żyć po prostu muszę!,

By ciało w bólach moje nie konało.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



poniedziałek, 27 października 2025

DLA TUŁACZA

Wsunę w bezszelest kroków rozproszenie,

Szpalerem idąc drzew w koronach palców

Powykrzywianych przez w bólu milczenie

Będące szeptem błagań na różańcu


Kropel, co deszczem z gałęzi spadają,

Gdy wiatr w konarach szarpie się i plącze,

W kałużach pluszcząc, o ziemię stukając,

Co śladów pieczęć z błotem ścieżek wiąże,


Mimo że niebo w woalce żałobnej

Łez już nie roni - oczy wypłakało,

Choć posępnością do wdowy podobne

Zda się, że będzie jeszcze rozpaczało


Z powodu straty nieodżałowanej,

Której przeboleć już nie będzie w stanie.

W tej ceremonii niemocą rozchwianej

Na własnej skórze poczuję konanie,


Uświadamiając sobie raz kolejny,

Że tak niewiele jeszcze mi zostało...

Być może jeden tylko dzień półsenny -

Okruch zaledwie, co nakarmi ciało,


Pozostawiając je wciąż głodującym

Na krawężniku z kubkiem plastykowym

O grosz chociażby pustym dnem żebrzącym,

Miedziaków dźwiękiem dziękować gotowym.


Z włosów mych sfruną myśli stadem liści,

Które wirować będą falbanami,

Kiedy szelestem przemówią psalmiści

Klęczących cieni pod drzew korzeniami...


A kiedy wyssie chłód szpik z moich kości,

Krew zatrzymując sinym zabarwieniem

Ust, co bez zbędnych, fałszywych czułości

Przegonią ze mnie warg swych rozchyleniem


Słowa niosące w ramionach emocje

Niczym bukiety suszonego ziela,

Niepokój uczuć opadnie... odpocznie,

Skronią wrastając w zagłówek fotela,


Bym źrenicami zawisła bezruchem

Jak pajęczyna wilgocią zroszona,

Podtrzymywana przez źdźbła trawy kruche,

Która butwieje pod nią pochylona;


Bym wzrokiem weszła w mgły siwe opary,

Czekając na coś nieprzewidzianego...

Październik blednie i robi się szary

Jakoby lico człowieka zmarłego...


Stopę za stopą pociągnę sznurówką,

Obcasem z drogi ciszę rozpryskując,

Która się zdaje spragnioną stalówką

Skrobać po kartce, krzyk swój zapisując,


I się odwrócę, by zerknąć przez ramię

By bez powodu (chyba... odruchowo?)

Wiedzieć, ileż to po mnie pozostanie,

A później zniknę z podniesioną głową...


I tylko drzewa, palce zaciskając

Na szacie nieba, co o nie zahacza,

Będą mnie wzywać, o litość błagając

Stwórcę dla tego, jakim ja, tułacza.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




środa, 22 października 2025

JESZCZE NIE ŚWITA

Uśpione niebo w kwiatach bawełny

Porozczesanych jakby w pośpiechu

Wisi nade mną a ruch bezsenny

Jakby puch w kłębach wyciskał z miechu


Rozciąga szczotką swych drogowskazów

Kosmyki bieli w szarym kolorze,

Czerń granatową raz koło razu

Zdobiąc pasmami o płowym wzorze


Chmur, w których drzemie rozkosznie niebo,

Świtu za progiem nie dostrzegając,

A przysłuchując się ciszy śpiewom,

W ów chmur hamaku wciąż się huśtając


Jakby się słońce opóźnić miało

Albo w ogóle się nie pojawić.

Latarń się światłem wszem rozpadało.

W strugach się złotych przyszło mi pławić,


Przez co ćmy w kroki się me wplątują

Jakby do tańca mnie zapraszały.

Cienie konduktem wokół się snują,

W których jasności aż pociemniały,


Spod powiek latarń się wychylając

Miodową strużką aury na ziemię

A w różne strony się rozpływając,

Nierównomierne tworząc promienie,


Zdają się wsiąkać w ciemność bezkresną,

Bowiem znikają nią rozrzedzone...

Noc się wydaje przez to stateczną.

Jej wdzięki nie są wszak narażone


Na dzień, co (chyba?) już się rozpoczął,

Jako zegary wszem sugerują,

Chociaż się stopił leniwie z nocą,

Przez co ciemnice wciąż spacerują


I mnie mijają w drodze donikąd,

Gdzie się wybrałam o wczesnej porze.

Zniknął bez wieści wschodu horyzont,

Więc się z pieleszy wyrwać nie może


Słońce, którego nie zapowiada

Niebo w głębokim śnie pogrążone,

Które na później, widzę, odkłada

Dnia przebudzenie bardzo spóźnione.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



wtorek, 21 października 2025

NA NOWO

Spojrzałam w oczy śmierci, co która

Nagle odeszła... z lęku przede mną?...

Znów zapłonęła radość... ponura?,

Że słońca miałam dokoła pełno!


Skrajne uczucia mrowiem mnie szczypią

I sprzeczne myśli krążą natrętnie,

Spokoju stany jak mleko kipią...

Już nie wygląda ten świat tak pięknie


Jak przed mych powiek się podźwignięciem...

Nadal zachwyca, lecz nie! płomiennie

Jakby kolory zaszły blaknięciem,

Jakby był chory, bowiem mizernie


Się prezentuje na tle mych wspomnień,

W których odbiciem raju się zdawał.

Teraz się stroi nędzniej i skromniej...

Czyżby najlepsze już porozdawał?


Gdzie moje miejsce? - w głowę zachodzę...

Znam każdy szczegół wręcz detalicznie,

W dezorientacji jak ślepiec chodzę.

Życie mnie cieszy, lecz... połowicznie?!


Jak ptak się czuję, który po zimie

Powraca wiosną na stare śmieci,

Krąży w osikach, brzozach, leszczynie...

By, póki słońce w koronach świeci,


Wybrać na gniazdo miejsce stosowne

Pod zadaszeniem liści gęstwiny -

Tak do przedwiośnia dziś jest podobne

Bycie z odzysku... by dla przyczyny!


Traktuję ludzi z wielkim dystansem.

Samotność moją wszak pokochałam.

Podążam ufnie w dal dyliżansem

Refleksji, które rozkołysałam


Na drodze twardej, pełnej wybojów,

Kamieni, co się w koła wgryzają

W rytm stoickiego niemal nastroju,

Choć osie rzężą oraz zgrzytają.


Przez okna patrzę mojej zadumy

Jak przez soczewkę od mikroskopu

Na rozwścieczone, zajadłe tłumy

Chcące mnie wciągnąć w odmęt kłopotów


I, połykając ich jadu czarę,

Nie dbam o szepty oraz przytyki.

Mając wszak w sobie niezłomną wiarę,

Zgniatam nienawiść niczym patyki


Jakoby węża, którego stopą

Łeb rozłupuję trzaskiem orzecha.

Cenniejsza dzisiaj niżeli złoto

Jest cisza, co mnie, tuląc, pociesza


I czas spowalnia, oddech wstrzymując,

Przez co się Ziemia już nie obraca.

Życie na nowo me kontemplując,

Wiem, co naprawdę w nim się opłaca.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



poniedziałek, 20 października 2025

BYCIE POETĄ

Stoi poeta jak ktoś z ulotkami

W tłumie na niego nawet niepatrzących.

Ściera się z ciszą i z ignorantami,

Z sztormem niewiele albo nic widzących.


Czasem przechodzień jakiś się zatrzyma.

Wtedy poeta doń przemawia szeptem,

Płacząc jakoby dręcząca go wina

Wypominała, że się para wierszem.


Niekiedy ktoś go w ramiona przygarnie,

By łzy roniła z nim pokrewna dusza -

Łaska wdzięczności na poetę spadnie,

Co go wyciska z emocji, bo wzrusza,


A wtedy wznosi się niczym latawiec

Do ptaków w locie potężnych podobny,

Po czym opada jakoby dmuchawiec

Do rozsiewania myśli w słowach skłonny.


Częściej się jednak przytrafia poecie

Stada wron spłoszyć, co go zakrakują.

Snuje się w butach zniszczonych po świecie,

W płaszczu, z którego dziury wyskubują


Wiatry złowrogie, co go przepędzają

Świszczącym batem jakoby Łazarza.

Złośliwe echa drwiną przedrzeźniają,

Więc uśmiech w drodze rzadko mu się zdarza.


Jedynie woda, pluszcząc, go rozumie

I towarzyszy jego krokom, chlupiąc.

Liść szeleszczący rozmawiać z nim umie.

Drzewa potrafią karku nad nim ugiąć.


Gwiazd dzikich roje ciągną się jak trenem

Za recytacją pióra w jego dłoni.

Księżyc srebrzystym pokłada się cieniem

I za poetą jak pies wierny goni.


Słońce się wznosi nad poety głową,

Gdy ten już czeka, świtu wypatrując,

Później zachodzi nim ostatnie słowo

Z ust jego skapnie, strofy zapisując.


Samotność ramię w ramię z nim podąża

W nieznane nawet wróżbitom kierunki.

Zaduma często go sobą obciąża,

Szarpiąc poetę za nostalgii sznurki,


W której się sidłach mota z samym sobą,

Cierpiąc z powodu marzeń w bezsenności.

Nikt nie wie jaką jestże on osobą,

A mu poetą bycia pozazdrości.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



ZAPADAM W SEN

Otwieram oczy na świat szeroko,

Będąc zeń ciszą duszy wyssana.

Patrzę na życie jakby przez okno...

Przez innym wymiar bytu wołana.


Czas we mnie wsiąka jak w gąbkę woda...

Nawilża ciało i zeń skapuje.

Godzin, co gasną, już mi nie szkoda,

Choć każda z sekund ich mi smakuje.


Jak soczewkami wręcz mikroskopu

Źrenice chłoną codzienność, która

Wiecznie spóźniona w pędzie galopu

Zda się naiwnie płytka, ponura.


Słowa wirują wokół mej głowy

Niczym planety i galaktyki -

Wszechświat mnie całą połknąć gotowy...

Lecz nie są w stanie zbudzić mnie niczym.


Brzmią jak kamienie chlupiące w studni,

Echo, co dławi się własnym głosem...

W przestrzeni falą membrany dudni

Powietrze, co się pręży przed ciosem


Plusków i szumów artykulacji,

W jaką wsłuchuję się, lecz spokojnie

Jakby sens owych dźwięcznych wariacji

Przemawiał do mnie wręcz nieudolnie.


Komu to dzisiaj bywa potrzebne?!

Ludzie się pławią we własnym świetle.

Świat omotany w histerii biegnie

Niczym szaleniec płonący w piekle.


Nie mam ochoty go upominać,

Krzycząc, że przepaść ma pod nogami.

Może mnie kiedyś będzie obwiniać

I kamienować zły wyrzutami,


Lecz teraz to się wcale nie liczy.

Dryfuję obok jak w szklanej kuli,

Gdy tłum trzymany na krótkiej smyczy

Ogon tchórzliwie przed cieniem kuli,


I nie odczuwam żalu czy lęku.

Patrzę i milczę, myśli kartkując.

Wiatr niczym motyl na moim ręku

Usiadł i, skrzydła tuląc, prostując,


Utwierdza tylko mnie w bezczynności,

Abym spokoju nie utraciła.

Panika obca jest mej litości.

Złośliwość ludzka ją wypaliła.


Patrzę, w bezruchu stygnąc przy szybie,

Na życie, które jak łódź dziurawa

Ledwo na morzu losu się gibie,

Gdy z wszech stron sztormu ciągnie obława.


Czekam na zachód słońca, co które

Zda się zmęczone swą główną rolą.

Chmury się ciągną kłębów swych sznurem

Jak przygnębione cudzą niedolą.


Wracam do łóżka dość zniechęcona

Patrzeniem na to, co mnie otacza.

Opuszczam niczym Syzyf ramiona,

Kiedy po zboczu kamień się stacza,


I macham ręką - nic się nie stało.

Przerywam na szczyt głazu wtaczanie.

Bez względu na to, co by się działo,

Zapadam miękko w snu kołysanie...

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl