czwartek, 3 kwietnia 2025

WSPÓŁNY STÓŁ

Obserwuję ludzi z głowami w ramionach.

Myśli ich ja kwiaty pozbawione wody

Świadczą, że w nich dusza poraniona kona,

Choć ciałem na siłę człek pragnie być młody.


Oczy w muszli powiek smutkiem przekwitają.

W ich spojrzeniu nigdy nie dojrzy się perły.

Instynkty jak prądem spokój porażają,

Skórę oplatają więc zszargane nerwy.


Ręce wręcz do ziemi dłońmi przyrastają,

Dźwigając w walizkach życia bezużytek.

Na "start!" powłóczyście nogami szurają

Jakby stopy dratwą były ich przyszyte


Do betonu, co się wgryza w piach miedziany,

Potu ich wysiłkiem na rdzę przeżeranym.

Cień ich z każdym krokiem jak kula targany

Okową sprzeciwu zda się przytwierdzonym


Do kostki, co trzeszczy niczym śruby wieka.

Drobny ruch do przodu zda się je przykręcać,

Aż deski sprasują na popiół człowieka,

Wyciskając żale i samotność z serca.


Tak bardzo dziś ludzie siebie chcą wykrzyczeć

Jakby swym imieniem śmierć przekupywali.

Świat jednak rozpaczy ich nie pragnie widzieć,

Choćby go godnością swą korumpowali.


Wieko, co zapada, widoczność zabija,

Pełne jest zadrapań konających w strachu,

Który pełznie w członkach człowieka jak żmija,

Jadem zabijając zmysł dobrego smaku.


Szarobure twarze niczym żywych trupów

Przygnębienie budzą, o litość błagając.

Współczesny wszak człowiek dla mizernych łupów

Wyrzeka się siebie, tożsamość zdradzając,


I jak marionetka na przetartym sznurku

Tańczy według taktów fałszywej melodii.

Wszystko gotów taki znieść dla wizerunku.

Szacunek do siebie dzisiaj nie ma spodni.


Kłamstwo jak na ścianie grzyb pleśnią się mnoży.

Prawda zaś uchodzi za brak tolerancji.

Człowiek instynktownie chodzi na obroży,

Ulegając złudnie stanom ekscytacji.


Ciąży mi ten obraz dehumanizacji.

W stadzie tresowanych jest mi nie po drodze.

Trzymam się jak mogę brzytwy własnych racji,

Choć ową decyzją sama w siebie godzę,


Bowiem mnie wytyka tłum złością wzburzony,

Na kamieniach palce do krwi zaciskając,

Byciem wierną duszy moim przerażony,

Wyrzutom sumienia własnym zaprzeczając.


Z tego też powodu żegnam towarzystwo,

Które, gromkim słowom czynem zaprzeczając,

Dla korzyści zrobić jest gotowe wszystko,

Drugiego człowieka dobra nie uznając.


Ratując rozsądek w jego dobrym stanie,

Zaszywam się w kącie świata odmiennego,

W którym ciało z duszą, gdy o świcie wstanie,

Zasiada do stołu, lecz zawsze wspólnego.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




środa, 2 kwietnia 2025

PEGAZ

Pozwoliłeś mi, Panie, latać

Zanim chodzić się nauczyłam.

Zobaczyłam z pozycji ptaka

To, co, idąc, z oczu straciłam.


Teraz tęskn do tych przestworzy,

Z których widać jest znacznie więcej.

Gdy tęsknota się we mnie mnoży,

To wyciągam w błękity ręce


I wiatr chwytam w przelotnej chwili,

Co przez palce moje przecieka

Przytulona do prężnej szyi

Konia, który cwałem ucieka.


Wtedy czuję opór powietrza,

Końską grzywę, co chłoszcze czoło,

Rosę, co jest przed świtem świeższa,

I zataczam wierzchowcem koło


Jakbym chciała okrążyć Ziemię

Nim ta otrze się o orbitę,

Wodospadem złote promienie

Orzeźwieniem wschodu przeszyte


Zanim zmyją ze mnie kurz drogi,

Którą wczoraj już porzuciłam.

W nurt przestrzeni zanurzam nogi,

Które ciągnie galopu siła.


Stopy zatem zeń wydrapują

Krystalicznych kropel miliony.

Pocałunki więc wody czują

Oraz krok w piętach uskrzydlony,


Aż z mych ramion lotki pączkują,

Dzięki czemu jak strzała pędzę.

Członki ciała się młodo czują,

Więc im pracy dziś nie oszczędzę.


Z zachłannością ruszam do przodu,

Przez horyzont chcąc dziś przeskoczyć

Przed nadejściem słońca zachodu

Zanim gwiazdy mi zajrzą w oczy.


Kończynami oplatam konia.

Chrapy plują skroplonym wdechem.

Jego serce bije w mych dłoniach.

Wrastam w niego z błogim uśmiechem.


Wtem się nagle podrywa w górę,

Podklejając wiatrem kopyta

Jak latawiec puszczony z sznurem!

Spod obłoków widzę jak świta...

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



wtorek, 1 kwietnia 2025

PARAFIA CZARNA

Nad wody lustrem w lasach sosnowych,

W które brzóz, dębów bukiet się wplata

Chórem się wznoszą kościelne dzwony,

Zagłuszające przyziemność świata,


Płosząc ławice śnieżnych gołębi,

Co z obłokami się zespalają.

Niebo od białych piór ich się kłębi,

Kiedy w promieniach słońca migają.


Najcięższy z dzwonów oktawą pierwszą

Tonem A siłę Wiary obwieszcza.

Ochrzczony Panną z kobiet Najświętszą

Głosem uchodzi do rangi wieszcza.


Szanowne grono pań z okolicy

Ufundowało ten dar potęgi,

Dlatego pewnie Imię Dziewicy

Chwali i echa hołdem nie szczędzi.


Drugi, "ciut" lżejszy, zwany "Barbarą",

Co dla parafii Czarna odlany,

Jest dla pierwszego dobraną parą,

Bowiem przez mężczyzn ofiarowany,


Hymn o Miłości śpiewnie odtwarza

Oktawą pierwszą i C tonacją.

Nienawiść w sercach dźwiękiem zamraża

Oraz zazdrości pogardza racją.


Do grona tego wraz z świętym Kostką

Jako patronem dzwonu "Stanisław",

Oktawą drugą prawiąc nieszorstko,

Tonem D przestrzeń zda się podszyta,


Która w imieniu dzieci, młodzieży

Nadziei głosi wschód jako Słońca.

Płynie więc biciem kościelnej wieży

Cnót chrześcijańskich nuta gorąca!


Nad nią zaś czuwa dzwon delikatny,

Dwadzieścia kilo ponad liczący,

W kapłańskim życiu bardzo przydatny

Przykładu formą księdza brzęczący,


Który najmniejszy dzwon ufundował

Z obrazem Jana Ewangelisty,

By innym dzwonom wiernie wtórował,

Wydając dźwięk z się przejrzyście czysty.


I tak od roku ich konsekracji,

Co poprowadził Jan Kanty Lorek,

W codziennym wirze rożnych frustracji

Wtapia człowieka w sakralną porę


Chór czterech dzwonów z kościelnej wieży,

O które zadbał proboszcz Pietruszka,

Nawet u tego, co w nic nie wierzy,

Krzyczy świadomość, iż człek - wydmuszka


Nic sam nie może, choćby się starał,

Wyzuty z Wiary oraz Miłości,

Gdyż bez Nadziei przyziemność szara

Woła w niemocy ludzkiej litości.


Na dźwięk tych dzwonów z Czarnieckiej Góry,

Z Czarnej i z innych sąsiednich wiosek

Czy złote niebo, czy deszczu chmury,

Czy wiatr żongluje rozwianym włosem


Do Sanktuarium w ramiona Matki

Boskiej, co zwana Wychowawczynią,

Biegną strudzone, zmęczone dziatki,

By Chleb je wzmocnił i mszalne Wino.

zdjęcie pochodzi ze strony: konskie.travel



PRZESZŁOŚĆ PRZEBIEGŁA

Dziś wstała we mnie ta mała dziewczynka,

Nad którą życie nie miało litości.

Na głowie wianek z kwiatów kupidynka

Zdradzał jej myśli wczesnej dojrzałości,


Przez co jej oczy jak pełnia księżyca

W najgęstszym mroku wiele dostrzegały,

Brwi zaś skupienie razi i zachwyca.

Nad pełnią źrenic łuk swój wszak łamały


Głębokim żalem, bo w wiecznej zadumie

Się pochylając nad cierpień obrazem

Jakich niejedno dziecko nie rozumie,

A jej nieobce były raz za razem,


Więc przenikała je wnikliwym wzrokiem,

W maleńkie dłonie rzeki łez chwytając...

Dziś nie potrafię obojętnym krokiem

Przejść obok ludzi, co ból w oczach mają...


Chciałam dziewczynkę przygarnąć w ramiona,

Aby jej pomóc poczuć się kochaną,

Ciało oplotłam więc mocno rękoma,

Dziewczynki niczym wiatru dotykając.


Czułam, że jej już nic nie wynagrodzę.

W tak krótkim czasie życie swe przeżyła.

Spojrzeniem jeno za jej cieniem wodzę,

Dopóki jestem, by się nie zgubiła.


Nigdy nie była dobrą towarzyszką

Ani kompanką w beztroskiej zabawie,

Bo zbyt poważnie traktowała wszystko...

Lubiła leżeć w pełnej kwiatów trawie


Albo i w puchu skrzącego się śniegu -

Wtedy czas nie śmiał chwilom tym przeszkadzać;

Świat pędził obok wręcz w spóźnionym biegu,

Lecz tym momentom zdał się nie zawadzać.


Dłońmi najwięcej siebie wyrażała.

Usta milczały sąsiedztwem zaszczute.

Gawiedź człowieka w niej nie dostrzegała,

Więc samotnością miała serce strute.


I nawet teraz... kiedy na nią patrzę,

Mej obecności nawet nie dostrzega.

Śmierć tę granicę między nami zatrze,

Gdy nasze ciała wręcz za bezcen sprzeda


Ziemi, co strawi je i na proch skruszy

Ziarnami piasku jak siłą moździerza...

Może nad losem naszym deszcz się wzruszy,

Pamięć poświęci o nas rosa świeża.


Dopiwszy kawę, ruszyłam do pracy,

Dziewczynkę samą w domu zostawiając.

Miałam nadzieję, że mi to wybaczy,

Innego wyjścia w wyborze nie mając.


Wówczas poczułam w ręku ciepło dłoni

Małej dziewczynki, co za mną wybiegła.

Krok mój kroczkami drobniutkimi goni...

Taka to przeszłość czasem jest przebiegła...

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




KSIĄŻKI SPOD MOJEGO PIÓRA

 




 






SŁOŃCE OD WSCHODU

Miedzianą łuną szyby się topią

Jak huta, która ogniem żongluje,

Kiedy przetapia płynące złoto,

Co siłą żaru światłem buzuje.


Płomienie w oknach pną się i prężą,

Nie wypełzając poza framugi.

Miałam wrażenie, że szyby pękną

I eksplodują szkłem lawin strugi,


Ale pustostan nienaruszony,

Chociaż pożarem w środku bucha,

Chociaż pożogą wewnątrz trawiony,

Spokojnie ciszy uśpiony słucha.


Wtem się od spodu rdza pojawiła,

Studząc żeliwo w cieczy postaci

Jak lawa, co się w skałę zmieniła,

Więc szyba w dole blask magmy traci


I spopielonym gaśnie kolorem,

Który ciemnością okna zalewa.

Na dachu gore zaś światło spore,

Co się bursztynem na świat rozlewa,


Po pniach spływając strużkami soku

Z cytryny świeżo nań wyciskanym.

Cytrynem skrzą się - tak miłym oku -

W kropelkach rosy doszlifowanym


Trawy, przez które wiją się cienie

Niczym koryta wyschniętej rzeki.

Z nieba spłynęły ciepłe promienie

Poza horyzont krokom daleki


I dzień się rozsiadł w królewskim tronie.

Stokrotki perłą się rozsypały.

Przestrzeń iskrami złotymi płonie.

Fale błękitów w ryzach trzymały


Potęgę ognia, co Słońcem zwane

Ziemię językiem płomieni muska

A jego światło miodem rozlane

Pragnieniem wody całuje usta.

grafika pochodzi ze strony: taopeciarnia.pl




piątek, 28 marca 2025

NA KLUCZ

Wszyscy śpią jeszcze... jeno wstały ptaki,

Które Laudesy wdzięcznie odmawiają,

Przez co przestworza, drzewa oraz krzaki

Trelem organów w niebo rozbrzmiewają,


Aż dźwięk się mrowi nut nieskończonością

I akustyką dyskretnego echa

Stwórcy hołd składa ze szczerą wdzięcznością

Za dzień, co w progu wschodu na świat czeka.


Słońce w pokłonie nie śmie się wychylić

I celebruje ów akt rozmodlenia,

By w odpowiedniej swej pokory chwili

Wyjść na nieboskłon złotym światłem z cienia.


Rześkie powietrze krystalicznie chłodne,

Pachnące rosy bezwonnym zapachem

Niesie nektary w miód wiosenny płodne

Jakby kadzidło ziół pod ciemnym dachem.


Bladoróżową szczeliną już dnieje,

Chociaż ulice we śnie pogrążone

Truchleją w ciszy... Nim kogut zapieje,

Zostaną tłumom zbudzonym zdradzone.


Nim to nastąpi, chłonę świat w bezruchu,

W którym przed Bogiem padł wiatr na kolana.

Idąc zaś ufnie za namową słuchu,

Czuję się ciszą cała rozedrgana


Jak liść na wodzie w pierścieniu zieleni,

Co wibracjami powietrza głaskana

Nie płynie nurtem, a słońcem się mieni

Jakoby dziecię do snu kołysana...


I żal mi serce niczym ostrzem rani,

Bo trzeba będzie spokój mi porzucić

I zacumować duszę na przystani,

Gdyż ta się nie chce z natchnienia ocucić.


Już obowiązek palcem mi na mapie

Rozciera kroków mych przetartą ścieżkę,

W którą jak w sieci pajęczyny łapie

Wolność mą, co się dostosować nie chce


Do codzienności wręcz wytresowanej

I coraz bardziej skąpiącej swobody.

W oddali słyszę przestrzeni wołanie,

A mnie trzymają przy ziemi okowy,


Choć... myśl podszeptów propozycją kusi

A słowa krzyczą ust niemych zrośnięciem,

Gardło milczeniem się krztusi i dusi,

Do pióra garną się spragnione ręce!,


Ale świadomość bata świstem gani,

Przypominając o zobowiązaniach.

Duszę natchnioną biczowaniem rani,

Bo przyziemności ta się w pas nie kłania.


Jak ptak więc jestem stalówką przeszyty,

Co mu się niebo na skrzydłach nie kładzie,

Ale słowami zalane zeszyty

Trzymane na klucz w zamkniętej szufladzie...

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl