Pozwoliłeś mi, Panie, latać
Zanim chodzić się nauczyłam.
Zobaczyłam z pozycji ptaka
To, co, idąc, z oczu straciłam.
Teraz tęsknię do tych przestworzy,
Z których widać jest znacznie więcej.
Gdy tęsknota się we mnie mnoży,
To wyciągam w błękity ręce
I wiatr chwytam w przelotnej chwili,
Co przez palce moje przecieka
Przytulona do prężnej szyi
Konia, który cwałem ucieka.
Wtedy czuję opór powietrza,
Końską grzywę, co chłoszcze czoło,
Rosę, co jest przed świtem świeższa,
I zataczam wierzchowcem koło
Jakbym chciała okrążyć Ziemię
Nim ta otrze się o orbitę,
Wodospadem złote promienie
Orzeźwieniem wschodu przeszyte
Zanim zmyją ze mnie kurz drogi,
Którą wczoraj już porzuciłam.
W nurt przestrzeni zanurzam nogi,
Które ciągnie galopu siła.
Stopy zatem zeń wydrapują
Krystalicznych kropel miliony.
Pocałunki więc wody czują
Oraz krok w piętach uskrzydlony,
Aż z mych ramion lotki pączkują,
Dzięki czemu jak strzała pędzę.
Członki ciała się młodo czują,
Więc im pracy dziś nie oszczędzę.
Z zachłannością ruszam do przodu,
Przez horyzont chcąc dziś przeskoczyć
Przed nadejściem słońca zachodu
Zanim gwiazdy mi zajrzą w oczy.
Kończynami oplatam konia.
Chrapy plują skroplonym wdechem.
Jego serce bije w mych dłoniach.
Wrastam w niego z błogim uśmiechem.
Wtem się nagle podrywa w górę,
Podklejając wiatrem kopyta
Jak latawiec puszczony z sznurem!
Spod obłoków widzę jak świta...
grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl