czwartek, 3 września 2026

W CENIU SŁOŃCA - cz. I

Zuzanna uwielbiała spacery z psem pod parasolem jeszcze głęboko drzemiącej nocy, w której ramionach spał świat otulony ciemnością i ciszą. Strumienie przydrożnych latarni rozlewały się złotymi plamami mglistego światła na chodnikach i jezdniach, ostrzami jasności rozcinając jedwabną chustę czerni rozłożoną w przestrzeni na bezlistnych koronach drzew, wzbijających w niebo wielopalczaste dłonie zastygłe w całkowitym bezruchu, pozbawione wiatru oraz życia jakby były wykute w drewnianej bryle na wzór posągów z galerii sztuki poustawianych w równym szeregu tworzącym wrażenie rozciągającego się tunelu. Błogi nastrój harmonijnego spokoju rozpływał się falą przyjemnego, chociaż lekko chłodnego, powiewu świeżego, zroszonego wilgocią powietrza a ptaki jutrznią przebudzonych śpiewów rozsypywały się w podniebnym przestworzu, zdradzając swe istnienie i nieziemską wręcz aktywność, zaś partyturą treli anonsując jeszcze niewyłaniający się zza progu horyzontu świt. Owa nieskazitelna sceneria natury, w którą bezwstydnie wtapiało się miasto, sprzyjała zadumie i wspomnieniom, dlatego Zuzanna z ogromną przyjemnością wychodziła z domu, wyprowadzając psa i wyprzedzając poranek, by móc delektować się stanem przejrzystej ciszy niezmąconej warkotem silników, hałasem ulicznego zgiełku, odgłosami gromadzących się tłumów czy przypływów lub odpływów pośpiechu niszczącego dosłownie wszystko, co mogłoby stanowić ukojenie dla rozbieganych, wiecznie niespokojnych myśli. Stałym, niemal tradycyjnym szlakiem przedwczesnych spacerów orzeźwiających ciało oraz duszę przemierzała chodniki wijące się wokół domków czy sąsiadujących z nimi bloków mieszkalnych. Wzrokiem pełnym rozpalonej w sercu ekscytacji pochłaniała otaczającą ją przestrzeń, delektując się każdym, nawet najdrobniejszym dźwiękiem ciszy, która falą harmonii i dominacji rozciągała się po prostu wszędzie, opływając rozkoszną bryzą odprężenia zachłanne na spokój zmysły. Trel ptasiego chóru pieszczotliwie koił wszelkie niepokoje i obawy, topiąc duszę rozkoszą nieokiełznanego zachwytu, jaki można byłoby porównać z przeszywającym na wskroś nagie ciało świeżym, krystalicznie czystym powiewem wolności, rozpinającej namiętność doznań pełnym żaglem błękitu odbijającego się lazurem w lustrzanych taflach wody zalegającej kałużami na drodze i stanowiącej ślad przelotnego, choć obfitego deszczu, którym skąpana była noc. Świat zdawał się nieskazitelnie piękny na wzór raju malowanego umiejętnościami bogatej wyobraźni, nienaruszony cywilizacją więzioną w głębokim śnie. Roztaczająca się atmosfera nocy, nieustępującej jeszcze miejsca zapowiadającemu się dniowi, sprzyjała głębokim przemyśleniom a bezszelestnie upływający w zadumie czas zachęcał do porządkowania spraw, oswajania niespokojnych emocji, ustalania priorytetów czy wyznaczania nowych celów nadających sens dobie stojącej u progu wyczekiwanego wschodu słońca. Wszystko więc zdawało się być zaczątkiem przewidywalnego i skrupulatnie zaplanowanego toru poszczególnych czynności oraz następujących po sobie wydarzeń. Zuzanna nie czuła w związku z tym presji albo wewnętrznego chaosu. Ufnie wtapiała się w przestrzeń poprzekłuwaną strumieniami bladozłotych świateł spływających z przydrożnych latarni przypominających stado czuwających w bezruchu flamingów zastygłych wzdłuż krawężników obrysowujących chodniki. Wolnym krokiem szła prosto przed siebie stałą trasą porannych spacerów rytualnie rozpoczynających każdy nowy dzień. Rozmarzonym wzrokiem wpatrywała się w zatopione mrokiem zakamarki, nastroszone zarośla lub wzbijała się w niebo rozświetlone milionowymi punkcikami błyszczących srebrzyście gwiazd. Nie przeczuwała niczego złego. Ufnie i odważnie przemierzała chodniki, których odgłos wydostający się spod podeszew przypominał niemal równomierne bicie serca. Wsłuchiwała się w ciszę głośną i brzęczącą, zdającą się aż krzyczeć wibracją powietrza wyczuwalną jedynie przez milimetry wrażliwej skóry. Zatrzymała się na chwilę. Zamknęła oczy i zwróciła twarz ku niebu, stojąc nieruchomo jakby chciała stać się nieodłączną częścią owego krystalicznie wyrazistego krzyku pulsującego falą rytmicznie pojawiających się dźwięków. Głębokim wdechem wypełniła płuca, rozkoszując się zapachem porannej rosy.

Wtem poczuła delikatne szarpnięcie smyczy trzymanej w dłoni. Spojrzała na psa. Lord postawił czujnie uszy. Stał nieruchomo, cierpliwie czekając aż uchwycona wrażliwością instynktu tajemnica wyłoni się z zagęszczonej ciemności i obnaży również przed oczami Zuzanny. Wyprężył ciało, napinając grzbiet niczym cięciwę łuku przygotowanego do wystrzału. Zastygł w bezruchu i czujności. Bacznie wpatrywał się w jeden punkt, któremu przyglądał się zawsze w tym samym miejscu i o tej samej porze już od kilku tygodni, co budziło w Zuzannie lekki strach podsycany bogatą wyobraźnią kreującą różnorodne i zazwyczaj niebezpieczne ewentualności dalszego rozwoju wydarzeń jako następstwa nieoczekiwanej, zaskakującej sytuacji powtarzającej się cyklicznie w wiernych odstępach czasu każdego poranka, kiedy to zatrzymywała się w niepokoju zmuszana do tego zachowaniem czujnego czworonoga, rozglądała się uważnie, spoglądając co trochę na psa potrafiącego wyłowić z przestrzeni najmniejszy, najdrobniejszy ruch niewychwytywany w żaden sposób przez ludzkie zmysły, na zegarek, na kurtynę ciemności, za jaką rozgrywało się coś, co przykuwało uwagę Lorda.

Tym razem również, gdy tylko towarzyszący jej pupil się zatrzymał, Zuzanna zadrżała od środka, czując wewnętrzne rozkołatanie nieposkromionych przeczuć dotyczących możliwości urzeczywistnienia się najgorszych scenariuszy rozwijających przebieg nieprzyjemnie zapowiadającej się akcji. Ściągnęła więc brwi, uważnie śledząc każdy ruch psa i bacznie, bardzo wnikliwie obserwując okolicę, w kierunku której skierowany był wzrok czworonożnego przyjaciela zachłannie obwąchującego opływające ich z wszech stron powietrze. Wpatrywała się w ciemną przestrzeń, rozlewającą się przestworzem nocy niechcącej ustąpić miejsca dniowi wyczuwanemu w świeżości powoli budzącego się poranka Odruchowo spojrzała na zegarek. Zauważyła, że wskazówki ustawione były na tej samej godzinie, w asyście której od kilku tygodni i w tym samym miejscu oraz o tej samej porze pies poddawał się rytuałowi czujnych obserwacji przypominających scenę powielanych czynności niemal do znudzenia odtwarzanych przez jakby zacinający się czas, powracający mimowolnie i bezwiednie do punktu tego właśnie, rytmicznie i tradycyjnie rekonstruowanego wydarzenia. Wszystko odbywało się jakby według konkretnego, precyzyjnie zaplanowanego scenariusza i mistrzowsko dopracowanego w szczegółach schematu nieuwzględniającego żadnych pomyłek czy opóźnień lub wyprzedzeń, a wiernie podporządkowującego się punktualności. W związku z tym nic nigdy nie ulegało jakiejkolwiek, nawet najmniejszej, zmianie. Wszystko odbywało się w bezbłędnie oraz precyzyjnie odtwarzanej i wiernie oraz przewidywalnie powtarzanej rutynie. Zuzanna dochodziła do rozwidlenia ulic, w ramionach którego znajdowało się osiedle domków jednorodzinnych, tworzących wysepkę opływaną delikatnie falującą taflą zieleni elegancko przystrzyżonego trawnika, i w sąsiedztwie którego Lord zastygał w bezruchu, wyprężał ciało i wnikliwie, jak zahipnotyzowany, wypatrywał kogoś lub czegoś, kto miał się lub co miało się pojawić w dali niczym zjawa wynurzająca się spod ziemi, instynktownie wyławiana przez wrodzoną czujność zwierzęcia anonsującą jej przyjście. Zuzanna mimowolnie, pod wpływem impulsu przezornej ostrożności oraz ciekawości, zerkała na zegarek, sprawdzając godzinę, po czym podchodziła do trzymanego na smyczy psa, by uspokoić czworonożnego przyjaciela pieszczotliwym głaskaniem szorstkiej, brunatnej sierści, a równocześnie, kontrolując reakcje zaniepokojonego pupila, bacznie wpatrywała się w tło obserwowane przez pobudzonego kompana gotowego dzielnie stanąć do obrony ich zagrożonego bezpieczeństwa. Wówczas, po kilku... niekiedy kilkunastu minutach oczekiwania, w dali pojawiała się ta sama, energicznie poruszająca się postać – wysoka, szczupła kobieta o blond włosach spiętych w kok wielką klamrą, trzymająca dłonie w kieszeniach czarnej, długiej kurtki zakrywającej biodra i opadającej do pół uda z kołnierzem rozłożonym w górze niczym wachlarz zakrywający szyję i niemal cały tył głowy; kobieta panicznie pędząca przed siebie ze wzrokiem utkwionym w chodniku przemierzanym przez szybko stawiane kroki wydające się przyspieszeniem podrywać ją do ucieczki niczym łabędzia, który, biegnąc po tafli wody i machając skrzydłami, uparcie próbuje wzbić się lotem w przestrzeń, by poszybować pod otwartym niebem jak bielą rozpięta paralotnia. Zuzanna mimowolnie, jakby w zaprogramowany i odruchowy sposób powtarzany każdego dnia, delikatnym skinieniem głowy zwracała się do mijającej ją w pośpiechu osoby, mimo że ta nigdy nie odpowiadała na gest powitania. Ignorowana więc i niby niezauważana odprowadzała tajemniczego, lekceważącego ją przechodnia wiernym wzrokiem w lekkim oszołomieniu do miejsca, w którym blondwłosa zjawa rozpływał się w ciemnościach, podążając na oślep przed siebie ze spojrzeniem rzucanym pod nogi, charakterystycznym dla wstydliwego człowieka zaszczutego lękiem lub poczuciem niewybaczalnego spóźnienia. Tajemnicza postać wydawała się wręcz przed kimś albo przed czymś uciekać. Zdyscyplinowanym marszem podążała w kierunku zakrętu, za którym nagle znikała, ponownie pojawiając się w dali, gdy tylko przemierzana przez nią droga odsłaniała się w polu swej widoczności po kilkunastu minutach defilady, wychylając się zza szeregu budynków asfaltową wstążką wtopionej w trawę alejki, przy czym na szlaku utartej trasy tradycyjnych, wczesnoporannych wycieczek, odbywanych coraz to bardziej przyspieszonym krokiem okrążającym kilka domów, kobieta nagle wtapiała się w ciemność jak duch... mara, wywołując zawsze mroczne emocje w mijanej obojętnie Zuzannie.

Tym razem było podobnie.

Lord wyczuł obecność intruza. Zatrzymał się i cierpliwie czekał na spotkanie z postacią ukrytą w ciemności jeszcze nieprzebudzonego dnia. Wiernie towarzysząca mu Zuzanna starała się z otchłani wciąż obecnej nocy wyłowić chociażby kontur cienia zarysowujący ludzką sylwetkę pochyloną lekko nad przemierzaną w pośpiechu drogą. Kiedy wskazówki zegarka starły się ze sobą w odpowiedniej pozycji, wyznaczając tradycyjną godzinę powtarzających się każdej dobry rytuałów, z gęstwiny mroku wyłoniła się tajemnicza kobieta przypominająca zjawę wchodzącą w strumienie ciepłego światła smukłych latarni strzeliście wyrastających z ziemi wzdłuż chodnika. Energicznym krokiem brnęła przed siebie jak zaprogramowany robot. Nie rozglądała się bowiem na boki. Szła zamaszystym, zdyscyplinowanym krokiem, trzymając głowę mocno wciśniętą w uniesione lekko ramiona oraz rygorystycznie kontrolując wzrok nerwowo rzucany pod nogi oraz błądzący po chodniku w tym samym, co zwykle, kierunku. Przesuwanym po ziemi spojrzeniem, wyprzedzającym stawiane w pośpiechu kroki, ignorowała mijaną pospiesznie oraz obojętnie dziewczynę z psem jakby obrana trasa była obowiązkową formą nabożeństwa odprawianego każdego dnia o tej samej porze wyprzedzającej świt.

- Daj spokój Lord – Zuzanna uspokajała psa łagodnym głosem, poklepując ostrzegawczo warczące zwierzę po bokach mocno napiętego ciała zdradzającego stres. – Widocznie ta pani też lubi pospacerować o tej porze, co my. Tak dla rekreacji – wyjaśniała, szepcząc, a następnie ruszyła prosto przed siebie obraną przez przyzwyczajenie trasą spaceru, podczas którego czerpała krystalicznie czystą przyjemność dla duszy oraz ciała orzeźwianego chłodem jeszcze mało wyrazistego świtu. – Wracamy, mój drogi – zakomunikowała, kierując się w stronę domu, na co Lord zareagował bardzo posłusznie, krocząc przy nodze swej właścicielki bez stawiania jakiegokolwiek oporu. – Przyznam, – mówiła do psa, idąc w kierunku swego miejsca zamieszkania – że nasza wspólna nieznajoma trochę mnie intryguje, ale i przeraża. A ciebie? – zapytała, uśmiechając się do czworonożnego przyjaciela i przyspieszając kroku, ponaglanego myślą o wspomnianej kobiecie. – Jesteśmy na miejscu – zauważyła. – Nie ma to jak w domu. Co? Tu przynajmniej nie musimy się ocierać o przedziwne zjawiska – oznajmiła, wspinając się po stopniach wdrapujących się na ostatnie piętro w klatce schodowej zdradzającej jej obecność niedyskretną akustyką, a dochodząc z czworonożnym przyjacielem do drzwi mieszkania, zatrzymała się na chwilę i sięgnęła do kieszeni po klucz. – No, - zwróciła się do psa, uwalniając go w apartamencie z obroży i odkładając smycz na wieszak stojący w kącie niewielkiego przedpokoju – będziesz musiał zostać sam na jakiś czas – Lord pomachał niepewnie ogonem, wpatrując się w oczy Zuzanny jakby błagalnie, a następnie otrzepał się i podszedł do posłania, na którym wygodnie się ułożył, zataczając najpierw dwa kręgi wokół osi swego ciała, udeptując łapami sprężystość poduszki będącej jego legowiskiem. – Idę do pani Szmit – mówiła, wkładając do siatki kilka, wcześniej przygotowanych pakunków. – Niestety nie mogę ciebie zabrać ze sobą – Uśmiechnęła się, drapiąc psa za uszami i wpatrując się w jego brązowe, okrągłe oczy. – Pani Szmit ma kota, więc mógłbyś narobić lekkiego zamieszania. Lepiej nie ryzykować. Zostaniesz w domu – oznajmiła.

Lord posłusznie rozciągnął się na własnym posłaniu. Ułożył łeb na skrzyżowanych, przednich łapach, strzelając brązowymi, błyszczącymi ślepiami na boki, i leżał jakby pogodzony z decyzją krzątającej się po mieszkaniu kobiety. Zuzanna zaś, spakowawszy przygotowane wcześniej rzeczy do zaciśniętej w dłoni siatki, wyszła, zostawiając w mieszkaniu psa, który na dźwięk kluczy przekręcanych w zamku drzwi wyjściowych uniósł łeb i postawił szpiczaste uszy, podejrzliwie wpatrując się w drewniane skrzydło oddzielające korytarz od klatki schodowej, zgrzytające metalicznym tarciem, zaś na odgłos energicznych kroków pospiesznie zbiegającej po schodach właścicielki wygodnie się zwinął w kłębek na przeznaczonym dla niego miejscu, odetchnął z ulgą i zamknął ociężałymi powiekami lśniące, kasztanowe oczy, zapadając w czujny sen kołysany równomiernym, delikatnym cykaniem zegara odmierzającego mijające sekundy.

Zuzanna wyszła na chodnik znajdujący się przed blokiem mieszkalnym w radosnych, niemal dziecięcych podskokach. Z nieukrywanym podziwem rozejrzała się dookoła, zachwycając się powoli i ospale budzącym się do życia miastem. Latarnie już zgasły a blady świt rozrzedzał wschodem słońca szarością rozpoczynający się dzień. Zuzanna ruszyła chodnikiem w kierunku osiedla domków jednorodzinnych, znajdujących się na rozwidleniu dróg, które mijała każdego dnia podczas porannego spaceru z psem. Skręciła w prawo. Minęła jeden dom i drugi, a gdy przechodziła obok kolejnego budynku poczuła lekki dreszcz na ciele i przekonanie, że ktoś uważnie jej się przygląda, ukrywając się przed nią w pustostanie tonącym w gąszczu zdziczałych kęp wysokich, przekwitniętych traw i rozczochranych krzewów. Zatrzymała się więc, mimo dręczącego ją niepokoju. Uważnie rozejrzała się dokoła, ale nikogo nie zobaczywszy, skierowała się w obranym kierunku i, kiedy już chciała ruszyć w dalszą drogę, ponownie poczuła na sobie czyjeś nieprzyjemne, chłodne spojrzenie. Odwróciła się raz jeszcze, kierując nieufnie przenikliwy wzrok w stronę przestrzeni będącej jakby dziurą w szeregu jednorodzinnych budynków mieszkalnych tętniących życiem zdradzanym firankami czy światłem w oknach albo zadbanymi ogrodami. Badawczym, wnikliwym spojrzeniem bardzo starannie przeczesała okolicę opuszczonej nieruchomości. Wielokrotnie przemierzyła ulicę podejrzliwym wzrokiem przyglądającym się bacznie nawet najmniej, być może z pozoru, istotnym detalom. W głębi podwórka, znajdującego się pomiędzy drugim a czwartym domem, zauważyła budynek o zamurowanych oknach i drzwiach, opleciony powojami bluszczy i zdziczałych, zaniedbanych, pnących róż, zza których wychylała się odwrócona do góry nogami tabliczka z numerem "trzy" wyznaczającym miejsce pustostanu w szeregu zadbanych, wypielęgnowanych posesji. Podeszła do furtki zamkniętej na kłódkę, wiszącą na grubym, rdzą pokrytym łańcuchu okręconym starannie i wielokrotnie wokół słupka w ogrodzeniu, i wokół zewnętrznej ramy wejścia prowadzącego na zapuszczone, zarośnięte potwornie podwórko stroszące się kołtunami szorstkich, pożółkłych traw. Rozejrzała się po straszącej samotnością posesji, porośniętej kępami zielska i krzakami sterczącymi niczym powbijane w grunt miotły będące bukietami uschniętych gałęzi powiązanych drutem. Nie potrafiąc powstrzymać rosnącej w duszy ciekawości, zbliżyła się do ogrodzenia, przez które wychylały się żebrzące o dotyk kolczaste palce zdziczałych jeżyn. Zahaczyła o ostrza pazurków wyrastających z długich, wijących się łodyg. Odskoczyła, odrywając od kolców jeżyn uszczypnięte rośliną nogawki. Zastygła w bezruchu. Czuła przyspieszające kołatanie zlęknionego serca podkarmianego mrocznymi, złowróżbnymi obrazami złośliwej, niepohamowanej wyobraźni. Wnikliwie rozejrzała się po opuszczonej posesji, przerażającej widokiem swego podobieństwa do rozgrzebanego, zbezczeszczonego cmentarzyska. Szukała kogoś, kto mógłby się jej przyglądać z ukrycia porzuconego, porośniętego chaszczami podwórka, a po chwili z lekkim dreszczem zaniepokojenia ruszyła w stronę adresu, do którego pierwotnie zmierzała, nie mogąc pozbyć się wrażenia bycia nieustannie obserwowaną. Przyspieszyła więc kroku. Wbiegła na posesję pani Szmit. Pokonując kilka niewysokich stopni schodów prowadzących pod próg, podeszła do drzwi i wcisnęła palcem dzwonek, anonsując swoje przybycie. Szum rozrastającej się dominacją ciszy przyprawiał ją o dreszcze. Lęk zaciskał się wokół szyi, a paraliżujący strach oblewał ciało strumieniem zimnych uszczypnięć skóry. Starając się przepędzić aurę wyczuwalnej, złowieszczej grozy, raz jeszcze wcisnęła dzwonek znajdujący się przy framudze drzwi wejściowych do domu pani Szmit, zdradzając nieświadomie stan dręczącej ją niecierpliwości. Po chwili usłyszała odgłosy zbliżającej się do progu gospodyni. Zauważyła łunę zapalonego w przedpokoju światła, sączącego się na zewnątrz bladą jasnością złocistego blasku przez niewielkie, witrażowe okienko znajdujące się w górnej części skrzydła masywnych, drewnianych drzwi. Uchwyciła dźwięk przekręcanych w zamku kluczy. Wyprostowała się więc i czekała, aż drzwi uchylą się przed nią w gościnny sposób zaproszeniem do środka mieszkania, w którego pokojach mogłaby pozbyć się lęku wywołującego u niej dreszczyk mrocznych emocji pobudzających do kreatywnego działania złośliwą wyobraźnię.

- Witaj, moja droga – W progu pojawiła się drobniutka, niewysoka i lekko przygarbiona pani o siwiuteńkich, w biel wpadających włosach, upiętych w staranny, elegancki kok udekorowany perłową spinką. – Tak się cieszę, że przyszłaś. Proszę – zaprosiła Zuzannę do domu, odsuwając się delikatnie w bok. – A, gdzie piesek?

- Został w domu – z szerokim uśmiechem na ustach oznajmiła Zuzanna, ściągając z ramion wełniany płaszcz i szal. – Lord nie toleruje kotów…

- A, ja zamknęłam Filemona w pokoju na poddaszu, żeby nie było konfliktu. No, ale skoro psina została w domu, będziemy sobie gawędzić we dwie. Chodź, moja droga, chodź – zapraszała serdecznie ciepłym głosem staruszka, przesuwając się wolniutkim, ostrożnym krokiem w stronę salonu. – Zaparzyłam kawkę i upiekłam kokosowe ciasteczka z kremem waniliowym. Mam nadzieję, że będą ci smakować.

- Ja również przygotowałam mały deser – Uśmiechnęła się Zuzanna, podając staruszce siatkę z pakunkami.

- Cudownie – Starsza pani splotła w zachwycie dłonie, kładąc je na piersiach, udekorowanych elegancko wyprasowanym żabotem błękitnej koszuli, przy której guzikach wpięta była perłowa broszka w kształcie muszelki idealnie dopasowana do spinki we włosach.

- Miałam delikatne obawy, - wyznała Zuzanna, rozglądając się po korytarzu - że to zbyt wczesna pora na nasze spotkanie...

- Ależ skąd! - wtrąciła entuzjastycznie kobieta, łagodnym uśmiechem uspokajając lekko zażenowanego gościa, odbierając od młodej kobiety trzymany w dłoniach pakunek. - W moim wieku wstaje się bardzo wcześnie - oznajmiła, zaglądając do siatki. - Poza tym - zasygnalizowała, dumnie unosząc głowę i owym gestem dodając powagi wypowiadanym słowom - zapewniam cię, moja droga, że moja głowa, mimo mej dojrzałości, pracuje bezbłędnie. Świadomie zaproponowałam ci tę godzinę. I ty, i ja o tej porze jesteśmy już aktywne. Poza tym wzięłam pod uwagę, że później jako młoda osóbka możesz być zajęta pracą, na przykład. Także nie martw się. Wszystko jest w należytym porządku.

- Bardzo się cieszę.

– Rozgość się w salonie – zaproponowała. – Swoją drogą, - zaczęła, zatrzymując się na chwilę w progu przestrzennego pokoju – przyznam się, że też martwiłam się, iż zaproponowana pora naszego spotkania wyda ci się zbyt młoda, a później przypomniałam sobie o twoich spacerach z psem i uspokoiłam się… Człowiek na stare lata – wtrąciła mimowolnie po kilkusekundowej zadumie – strasznie dziecinnieje. Tyle istotnych rzeczy i spraw się pomija. - Staruszka uśmiechnęła się w stanie delikatnej zadumy, a następnie wyrwana błyskiem nieoczekiwanie pojawiającej się myśli, dodała: - Zaraz przyniosę kawkę.

- Może pomóc? - spontanicznie zaproponowała Zuzanna, splatając palcami dłonie jakby w geście lekkiego skrępowania.

- Nie, dziękuję – zaprotestowała gospodyni grzecznym tonem radosnego głosu, kierując się w stronę kuchni wolnym, ale sprawnym krokiem. – Wszystko mam przyszykowane na tacy, więc nie będę miała żadnego problemu z przyniesieniem poczęstunku. Rozgość się, proszę – mówiła, krzątając się w kuchni.

Zuzanna weszła do wskazanego przez gospodynię salonu. Podeszła do starych, dębowych kredensów bogato rzeźbionych i przypominających bardziej dzieło sztuki niż dekoracyjny mebel. Zerknęła przez oszklone drzwiczki na porcelanowe figurki baletnic i aniołków, przeplatających się z drobniuteńkimi, kruchymi filiżaneczkami zdobionymi ręcznie malowanymi motywami kwiatowymi dopasowanymi do wianuszków oplatających krawędzie spodeczków, na których owe eleganckie naczynia były wyeksponowane. Spojrzała na regał pełen książek. Opuszkami palców musnęła grzbiety lektur pedantycznie poukładanych na mocnych, drewnianych półkach, po czym podeszła do okna ozdobionego perfekcyjnie upiętą zasłoną w drobne, różowe pąki otulone zielonymi listeczkami, rozdzieloną na dwie części rozchylone na boki i przewiązane jedwabnymi wstążkami korespondującymi kolorystycznie z nadrukiem znajdującym się na materiale wiszącym pod sufitem na metalowym, błyszczącym karniszu. Zuzanna zatrzymała się na chwilę, wyglądając na zewnątrz w poczuciu błogiego nastroju i rozmarzenia. Osunęła się wzrokiem po szybach na parapet, na którym znajdowała się donica z kwitnącym dorodnie amarylisem, a obok zdjęcie przystojnego mężczyzny w myśliwskim stroju.

- To mój tatuś – oznajmiła staruszka, wchodząc do salonu z tacą. – Przystojny, prawda? – Uśmiechnęła się dumnie i triumfująco. – Bardzo podobał się kobietom. Był wręcz adorowany.

- A, pani mama? – zapytała mimochodem Zuzanna.

- To była bardzo prosta kobieta – mówiła, rozkładając na stoliczku porcelanowe filiżanki i dzbanek ze świeżo parzoną kawą. – Nie rozumiała taty… - Zatrzymała się na moment w smutnym zamyśleniu jakby sparaliżowana przywoływanymi wspomnieniami. – Jak tak się niekiedy zastanawiam nad ich związkiem, dochodzę z coraz większym przekonaniem do wniosku, że w ogóle do siebie nie pasowali, – dodała szczebiotliwym, wesołym głosem jakby lekkiego rozbawienia – a mimo wszystko byli ze sobą długie lata. Tatuś – wtrąciła bez wahania – zmarł pierwszy.

- No, cóż… Miłość to miłość – wesoło stwierdziła Zuzanna. - Nierzadko łączy ze sobą przeciwne charaktery w uzupełniającą się całość.

- A… - Machnęła obojętnie dłonią poirytowana staruszka jakby w ogóle nie zgadzała się z wypowiedzianą na głos myślą Zuzanny, której nie chciała nawet skomentować, co zdradzał niepokorny grymas niezadowolenia i sprzeciwu malujących się na niezbyt mocno pomarszczonej twarzy. – Miłość, miłość... - burknęła niepocieszona i wyraźnie poirytowana pani Szmit. - A czymże ona jest, ta miłość?! Wszyscy wokół patetycznie prawią o miłości, będąc ledwie zauroczonymi, zakochanymi, a zachowującymi się tak, jakby wszystkie rozumy pozjadali w tej jakże niezwykle trudnej do zidentyfikowania dziedzinie uczuć. Któż jest zdolny do miłości, która nie jest skłonnością do zazdrości, nie znosi poklasku, nie unosi się pychą ani gniewem, nie szuka swego czy nie pamięta złego? – zapytała nerwowo, odkładając na bok tacę, po czym dodała, wzdychając: - Jak to mawiał mój tatuś.. Tak właśnie - kontynuowała - definiował miłość, zaznaczając, że sam niewiele miał z nią wspólnego. Usiądź, moja droga – zaproponowała, wskazując długimi palcami smukłej, alabastrowej dłoni fotel i łagodnie rozchylając usta w serdecznym uśmiechu. – Z mleczkiem?

- Nie, dziękuję – zakomunikowała Zuzanna, grzecznie siadając na wskazanym jej miejscu. – Piję czarną i bez cukru.

- Czego to my kobiety nie robimy dla urody – Zachichotała starsza pani, napełniając filiżanki czarną cieczą pachnącej kawy lejącej się wąskim strumieniem z porcelanowego dzbanka o krągłych, szlachetnych kształtach trzymanego przez gospodynię z iście wykwintną delikatnością i ostrożnością. – Wyrzeczenia, diety… Żeby to jeszcze wszystko było doceniane – westchnęła, siadając obok Zuzanny na sąsiadującej z fotelem kanapie. - Tak się cieszę, że mnie wreszcie odwiedziłaś – mówiła, unosząc w powietrzu talerzyk z filiżanką pełną kawy. – Tyle razy mijałyśmy się na ulicy, aż wreszcie możemy porozmawiać spokojnie w domowym zaciszu. Bardzo się cieszę, zwłaszcza!, - zaakcentowała dobitnym tonem podniesionego głosu, który niespodziewanie się wyciszył w dalszej części wypowiedzi, artykułując niemal szeptem: – że w moim wieku potwornie cierpi się na samotność.

- Piękny ma pani dom – zagadnęła Zuzanna z nieukrywanym podziwem.

- A, tam… - Machnęła dłonią staruszka, subtelnie rozchylając usta w uśmiechu zdradzającym jej nieskłonność do przyjmowania komplementów. – Wszystko to tylko starocie… jak ja, można powiedzieć - zażartowała. - Dorobek mojej młodości i życie więdnącej kobiety w kilku niewielkich pamiątkach.

- Lubię stare meble, rzeczy, domy… - wyjaśniała Zuzanna. – Mają charakter, historię… To jak kartki księgi, w której zapisany jest życiorys ludzi korzystających z tych wszystkich stylowych, pięknych przedmiotów.

- No… - Zachichotała staruszka, upijając maleńkim łykiem kawę z porcelanowej filiżanki. – Może i coś w tym jest. Tak to pięknie, romantycznie ujęłaś, moja droga – Rozmarzyła się pani Szmit, unosząc w roztargnieniu przyjemnych myśli głowę. - A te rupiecie wiele by miały do opowiedzenia. Oj, wiele! - Zachichotała. - Ileż tu się wydarzyło... Iluż sytuacji były one świadkami i powiernikami iluż tajemnic... O ileż zdrad, sukcesów i porażek, rozczarowań i zachwytów się otarły... Cała moja historia pachnie ich kurzem i strukturą drewna, z którego są wykonane. Patrząc na nie, mogę dziś szczerze i bez skrępowania przyznać, że miałam w życiu szczęście.

- Szkoda, że nie potrafią mówić - zaznaczyła Zuzanna.

- Oj, nie, nie - zaprotestowała starsza pani, śmiejąc się w głos w przypływie spontanicznego, wielkiego rozbawienia. - Bogu dziękować, że nie potrafią mówić. Bycie damą, to przede wszystkim życie w przyjaźni z dyskrecją.

- O! - Zdumiała się Zuzanna, podchodząc do fortepianu. – Przepiękny instrument. – Opuszkami palców musnęła czarno-białą klawiaturę, zastygłą w głębokim milczeniu. – Gra pani na fortepianie?

- Grałam – oznajmiła staruszka, ulegając pokusom przywoływanych wspomnień. – Niestety - dodała po chwili milczenia – nie było mi dane być wirtuozem tego, jakże szlachetnego instrumentu, więc pracowałam w szkole baletowej, akompaniując uczennicom do tańca. Udzielałam też lekcji gry na fortepianie. To jednak stare dzieje – Uśmiechnęła się z rozmarzeniem w oczach. – A, czym ty się zajmujesz, moja droga?

- Jestem grafikiem komputerowym – mówiła Zuzanna, oglądając przedmioty, stanowiące wystrój gustownie urządzonego salonu. – Głównie pracuję w domu – wyjaśniała, spacerując po pokoju i z podziwem przyglądając się różnorodnym drobiazgom elegancji słonecznego wnętrza idealnie odzwierciedlającej szykowność starszej pani. – Zazwyczaj projektuję plakaty, okładki… Prowadzę własną działalność gospodarczą, więc mam ten rzadki przywilej samodzielnego rozplanowywania czasu pracy, co daje mi możliwość nie rezygnowania z małych przyjemności w życiu, jaką jest chociażby towarzystwo mojego psa. – Roześmiała się serdecznie i szczerze, podchodząc do komody ze zdjęciami. – To pani?! – zapytała zdumiona. – Piękna…

- Och... - Staruszka podeszła do Zuzanny, odbierając z jej rąk fotografię w srebrnej ramce. – Moje ślubne zdjęcie. Boże mój… - mówiła, wpatrując się z rozrzewnieniem w fotografię - jak ten czas leci - westchnęła, po chwili zadumy. - Prawda? Aż trudno uwierzyć, że kiedyś byłam właśnie tą kobietą.

Zuzanna rozejrzała się po pozostałych fotografiach wyeksponowanych na komodzie w uporządkowanym, pedantycznie zaplanowanym szeregu, wywołującym lekkie zdumienie, gdyż wśród wystawionych zdjęć widziała jedynie wizerunek ojca i pięknej, młodej pani Szmit.

- A, pani małżonek? – zapytała spontanicznie.

- Nie był dobrym człowiekiem – burknęła niepocieszona staruszka uszczypnięta złością, odkładając fotografię trzymaną w dłoniach na miejsce. – Był przystojny, ale nic poza tym... Nie ułożyło nam się, więc nie chciałam mieć po nim żadnej pamiątki - oznajmiła stanowczym tonem, wracając na miejsce. - Nie chcę o tym rozmawiać - dodała, kończąc poruszony temat wspominanego małżeństwa wywołujący falę naprawdę przykrych nieprzyjemności. - To epizod wycięty świadomie z mojego życia - oznajmiła, siadając na kanapie.

- Przepraszam.

- Nic się nie stało – z udawaną niezdarnie uprzejmością wtrąciła pani Szmit, sięgając po filiżankę z kawą. – To nie twoja wina, moja droga. Jakby nie było... to jednak część mojej historii, - dodała po chwili milczenia - do której niechętnie wracam, więc jeśli nie muszę, unikam tego rozdziału jakby był wyrwanymi kartkami z pamiętnika. Może poczęstujesz się, moja droga, ciasteczkiem? - zapytała, wysuwając trzymany w pomarszczonych, drobnych dłoniach talerzyk z łakociami.

- Z przyjemnością, ale za chwilkę. Dobrze? – poinformowała starszą panią Zuzanna, trącając niechcący zdjęcie ukryte za donicą kwitnącego amarylisu, który ukwiecał cały salon ilością swych dorodnych bukietów w porozstawianych donicach. Przestraszona powstałym zamieszaniem i zawstydzona swą niezdarnością sprytnie chwyciła upadającą fotografię, by nie dopuścić do stłuczenia szkła czy uszkodzenia ramki. – Najmocniej panią przepraszam. Nie zauważyłam tego zdjęcia – powiedziała potwornie zażenowana brakiem delikatności, po czym, odkładając fotografię na miejsce, spojrzała na uwiecznioną na niej postać i zamarła, bowiem rozpoznała na niej szczupłą, wysoką kobietę o blond włosach spiętych klamrą, którą każdego dnia tuż przed świtem o tej samej, stałej porze i w tym samym miejscu mijała podczas spaceru z psem. – Znam … - zakomunikowała z entuzjazmem i ekscytacją w głosie, podchodząc ze zdjęciem do siedzącej na kanapie staruszki. – Znam tę kobietę... Znaczy… - dodała w kwestii wyjaśnienia. – Znam ją z widzenia…

- Być może… - Starsza pani zerknęła na fotografię, ale z wyczuwalną niechęcią i apatią. – Tańczyła kiedyś w balecie… - dodała jakby z przymusu zaistniałej sytuacji. – Nawet była niezła. Często pojawiał się jej wizerunek w gazetach, więc mogłaś ją kiedyś, gdzieś zobaczyć…

- Nie – Zuzanna roześmiała się rozemocjonowaną radością, siadając na fotelu obok pani Szmit. – Mijałyśmy się na ulicy…

- Niemożliwe – zaprotestowała staruszka, odkładając zdjęcie na stolik fotografią w stronę blatu jakby nie chciała patrzeć na znajdującą się na nim kobietę.

- Naprawdę – entuzjastycznie zakomunikowała Zuzanna, wpatrując się w staruszkę i wnikliwym, błagalnym spojrzeniem prosząc o kredyt zaufania, na który, jak sądziła, zasługiwała z tytułu swej szczerości.

- Niemożliwe! – Pani Szmit, uderzyła dłonią w podłokietnik kanapy, żądając owym nieuprzejmym gestem zakończenia prowadzonej rozmowy i będąc wyraźnie poirytowaną oraz rozdrażnioną poruszonym tematem wywołującym najwyraźniej niechciane wspomnienia. – Ona nie żyje od… pięćdziesięciu trzech lat, więc jak mogłaś ją mijać na ulicy, moje drogie dziecko?! – zaoponowała poirytowana uporem Zuzanny starsza pani Szmit.

- Nie żyje?!...

- Nie żyje – powtórzyła staruszka, podchodząc do kredensu, w którym trzymała alkohol w kryształowych karafkach i kieliszki, będące częścią ich kompletu. Otworzyła jedną z nich. Napełniła kieliszek. Odwróciła się do Zuzanny. Uniosła karafkę w geście propozycji, sygnalizującym raczej pretensjonalny nastrój niż uprzejmość, nakazujący natychmiastowe, niezwłoczne zmienienie tematu niewygodnej dla niej dyskusji, po czym z dumą odchyliła głowę i dobitnym głosem oznajmiła: – Trzydziestoletnia, irlandzka. Edycja limitowana. Masz ochotę skosztować, moja droga? – zapytała.

- Nie, dziękuję.

- A, ja sobie nie odmówię. Rzadko to robię, bardzo rzadko, ale dziś… Karolina Marcheitz – powiedziała stłumionym głosem przebijającym się przez dźwięk trunku przelewanego z subtelnym pluskiem z karafki do kieliszka.

- Słucham? – Zdziwiła się Zuzanna.

- Tak się nazywała kobieta ze zdjęcia – oznajmiła staruszka, siadając na kanapie z kieliszkiem alkoholu i zakładając nogę na nogę energicznym ruchem niebywałej sprawności fizycznego sprytu. – Mieszkała nawet w tym samym szeregu domów, co ja… - wtrąciła w zamyśleniu, przekornie się uśmiechając. – Pewnie mijałaś po drodze zaniedbaną posesję z domem o zamurowanych oknach i drzwiach… Tam właśnie mieszkała Karolina Marcheitz - uzupełniła swą wypowiedź po krótkotrwałym milczeniu głębokiego zamyślenia.

- Wydawało mi się…

- To tylko ci się wydawało, moja droga – wtrąciła starsza pani niegrzecznym, surowym tonem nietolerującym sprzeciwu, delektując się trzydziestoletnią whisky. – Może widziałaś kogoś podobnego do naszej czcigodnej Karoliny – Zachichotała z trudnym do ukrycia smutkiem, a po chwili zapadła w przerażającą powagę, balansującą na krawędzi gniewu. – Kiedyś... - dodała, wpadając w pętlę zadumy – byłyśmy serdecznymi przyjaciółkami i mimo sporej różnicy wieku doskonale się rozumiałyśmy… Może dlatego, - kontynuowała, nieustannie zanurzając się we wspomnienia, przywoływane krótkimi przerwami refleksji - że balet był czymś, co nas łączyło?... Stąd pewnie jeszcze u mnie to zdjęcie – Pani Szmit podniosła ze stolika fotografię, na którą spojrzała jakby z lekkim wstrętem oraz rozrzewnieniem jednocześnie, niepotwierdzającym sympatii, o której rozprawiała dystyngowana staruszka. – Nawet nie zauważyłam, że nadal tam stoi… - oznajmiła, ponownie poddając się zadumie.

- Nie zauważyła?! – Dociekliwe myśli nie dawały Zuzannie spokoju. – Wszystko ma poukładane, jak w przysłowiowym pudełeczku, a mimo to nie zauważyła zdjęcia, które wywołuje u niej wspomnienia, do jakich chyba… wolałaby w ogóle nie wracać a które niby kojarzą się z kimś bliskim…

- Karolinę zamordowano – dodała staruszka, odsłaniając przykre okoliczności śmierci uwiecznionej na zdjęciu przyjaciółki. – Niestety - kontynuowała, racząc się wybornym alkoholem z wyrafinowaną delikatnością. – Do tej pory nie znaleźli sprawcy tej makabrycznej zbrodni…

- Zamordowano?!

- To dla nas wszystkich był potworny szok… W domu znaleźli tylko odciętą głowę… - Staruszka przyłożyła dłoń do ust jakby próbowała powstrzymać wybuch rozpaczy. – Leżała na stole w jadalni między rozstawionymi, mosiężnymi świecznikami, w których tkwiły wypalone, doszczętnie stopione świece… Miała zamknięte oczy i włosy… włosy oblepione zastygłym na nich woskiem... - Zatrzymała się na chwilę, nie mogąc sprostać bolesnym wspomnieniom ugniatającym klatkę piersiową starszej kobiety ogromnym ciężarem rozgoryczenia napływającego do oczu wilgocią głębokiego wzruszenia. – Włosy miała rozłożone wokół głowy i dokładnie, perfekcyjnie wyczesane… Przepraszam – Wsparła głowę o rękę, pochylając się nad podłogą.

- Tak mi przykro – Zuzanna usiadła obok staruszki, obejmując ją troskliwym ramieniem i spontanicznie okazując jej szczere, płynące z głębi serca wsparcie. – Nie powinnam…

- Nawet nie było możliwości odprawienia jej porządnego pogrzebu… - mówiła pani Szmit, zasłaniając twarz dłonią. – Została tylko sama głowa… - wspominała w bólu, a nagle podniosła się zaskakująco energicznie i prężnie. Odłożyła na stolik kieliszek. Dłońmi wygładziła elegancko upięte w kok włosy. Głębokim wdechem zaczerpnęła powietrza, mrużąc pomarszczone, subtelnym makijażem podkreślone oczy, po czym spojrzała na Zuzannę pewnie i radośnie, jakby była nastrojowo wyrwana z kontekstu przygnębiającej oraz niełatwej przecież rozmowy, po czym sprężystym krokiem ruszyła w stronę niedużego przedpokoju. – Dziękuję, że mnie odwiedziłaś, moja droga – Uśmiechnęła się z niebywałą słodyczą mistrzowsko demonstrowanej, chociaż sztucznej radości, podając Zuzannie płaszcz. – Mam nadzieję, że uda nam się ponownie spotkać. Serdecznie zapraszam – zakomunikowała, otwierając na oścież drzwi wyjściowe i wyprowadzając gościa na zewnątrz owym zaskakującym gestem. – Miłego dnia, moja droga – powiedziała, niezwłocznie zatrzaskując drzwi za młodą kobietą stojącą na zewnątrz, a tym samym nawet nie czekając na odwzajemnienie pożegnania.

Zuzanna oniemiała. Spotkanie bowiem skończyło się szybko i nieprzewidywalnie. Nie zdążyła się nawet pożegnać. Wyprowadzona niemal siłą na zewnątrz, stała niczym słup soli na schodach prowadzących do domu pani Szmit. Z zaskoczeniem wydęła lekko usta i uniosła brwi, po czym odwróciła się w kierunku furtki i wyszła na ulicę, wolnym krokiem zbliżając się do wspominanego pustostanu jako grobowca i pomnika potwornej tragedii. Zatrzymała się przy furtce, uważnie przyglądając się szczegółom obserwowanej posesji z niepohamowanym zainteresowaniem, a nawet z bezwzględnie żarłoczną ciekawością.

- Widziałam ducha? - myślała. - To wszystko jest co najmniej dziwne... nierealne...

- Nie warto – zabrzmiał w tle męski, mocno basowy głos, na dźwięk którego Zuzanna podskoczyła wyrwana z zamyślenia strachem przebijającym niespodziewaną artykulacją słów ciszę.

- Słucham? – zwróciła się do stojącego na sąsiednim podwórku mężczyzny, zmierzającego do domu z pustym, trzymanym w dłoni naczyniem przyciągającym uwagę obwąchującego powietrze psa niecierpliwie krążącego wokół nóg właściciela jakby upominającego się o udostępnienie mu możliwości sprawdzenia zawartości niesionego w ręku blaszanego pojemnika.

- Mówię, że jakby chciała pani kupić ten dom, to nie warto – powtórzył. – Pani! – krzyknął, machając ręką w geście nieukrywanego przygnębienia. – Tam wydarzyła się straszna rzecz… Całe ściany były we krwi, a podłoga we wnętrznościach, jak w rzeźni… Z tego powodu zamurowali wszystko i tak zostawili – Wskazał pusty dom skinieniem głowy.

- A dlaczego tego domu nie wyburzyli? - zapytała spontanicznie pod wpływem impulsu krnąbrnej ciekawości.

- O, - Skinął głową w lewą stronę, wskazując owym odruchem domy ciągnące się szeregiem wzdłuż asfaltowej nawierzchni drogi osiedlowej za jego posesją – sąsiadka jest spadkobierczynią i właścicielką tej posesji - wyjaśniał, mając na myśli panią Szmit. - Nie zgodziła się na zmiany. Zdecydowała, ażeby zamurować okna, drzwi i zostawić tak jak pani teraz widzi, więc stoi ruina i straszy potworną historią, nie pozwalając nam zapomnieć o tym, co się tu wydarzyło.

- Przykre to – dodała szeptem Zuzanna.

– Lepiej rozejrzeć się za czymś innym – zaproponował, wycierając o stopnie schodów zabłocone buty. – Na cmentarzysku nie zbuduje pani szczęścia – dodał, wchodząc do domu.

Zuzannę oblał dreszcz lęku i zimnego potu.

- To prawda - pomyślała, spacerując po zaniedbanej posesji wzrokiem zdradzającym głębokie zadumanie. - W takim miejscu trudno byłoby żyć normalnie. - Zadrżała na wspomnienie poznanej historii królującej w opuszczonym budynku o zamurowanych oknach i drzwiach. Wstrząsnęła ramionami jakby zrzucała z siebie uczucie dyskomfortu i towarzyszącemu mu lęku. Postawiła kołnierz, wtulając w niego głowę. Spojrzała w kierunku sąsiedniego domu, z którego gospodarzem miała okazję porozmawiać, po czym odwróciła się i skierowała w stronę wyjścia z osiedla, zmierzając w kierunku własnego mieszkania. Szła dość szybko i energicznie, nie odwracając się za siebie i starając się nie wracać myślami do wizyty u pani Szmit. Mimo to nie potrafiła pozbyć się niepokoju wywołanego przez osobiste spostrzeżenia. Szła, walcząc z pokusami wnikliwego przeanalizowania zauważonych nieścisłości. - Jak mogłam - myślała - spotkać kobietę, która już nie żyje? To niedorzeczne - Przyspieszyła kroku jakby próbowała uciec od dręczących ją przemyśleń. Doskonale wiedziała, że jeśli tylko ulegnie pokusom detektywistycznych analiz, nie będzie w stanie skupić się na niczym innym dopóki nie dotrze do prawdy, która (miała wrażenie) była ukryta pod stertą rażących kłamstw. - Dość, dość, dość - wyszeptała, artykulacją wypowiadanych słów zlewając się z wiatrem. - To jakiś obłęd - dodała stłumionym głosem, zatrzymując się na chodniku i odwracając się za siebie w kierunku opuszczonego osiedla domów. - To niedorzeczne... Mam wrażenie, - dedukowała, szepcząc - że starsza pani coś ukrywa.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




2 komentarze:

  1. Wciągająca powieść.Bardzo mnie ciekawi dalsza treść.Czekam na książkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę. Dziękuję i pozdrawiam serdecznie.

      Usuń