poniedziałek, 31 sierpnia 2026

KIEDY?

Kiedy mnie wreszcie radość owieje

I orzeźwieniem z letargu zbudzi?

Dusza poważna już się nie śmieje,

Z litością patrzy jeno na ludzi


Jak pchły skaczących na trampolinie

Membrany, w którą demon uderza

I recytuje. że ból przeminie...

Choć lud w otchłanie cierpienia zmierza.


Kiedy pragnienie do mnie powróci,

By brać garściami w twórcze objęcia?

Nic mnie nie bawi i nic nie smuci...

Skonsumowałam zasoby szczęścia,


Że świat się zdaje mniej atrakcyjny?!

Patrzę mu w oczy chłodnym spojrzeniem.

Odrażająco bywa dziecinny

Jakby z obłędu czerpał natchnienie,


Przemawia bowiem do mnie bełkotem

Naiwnie wierząc w głoszone bzdury.

By z nim przebywać, tracę ochotę.

Wyrazistości traci kontury,


W obojętności się zatracając

I koncentrując na czubku nosa...

Ugór ów świata przed sobą mając,

Szukam pszenicy mlecznego kłosa


I, choć nadzieja gdzieś w dal ucieka,

W dłoniach splecionych mój czas przenoszę,

Co niczym woda z rąk mi przecieka.

Gdzieniegdzie ślady ów czasem zroszę


I czekam... kiedy mnie znów owieje

Bryza wigoru, którą pamiętam?

Dzień od miesiąca za dniem wciąż dnieje,

A ja się zdaję tym nie przejęta.


Dłonie uśpione na klawiaturze

Milczą jakoby były przeklęte.

Ja zaś powieki nieufnie mrużę,

Brzydząc współczesnym się że zamętem,


Na tle którego natura traci

Urok, co kiedyś oczarowywał...

Nawet, gdy ktoś się hojnie wzbogaci,

W rzeczywistości będzie przegrywał,


Duszę pod zastaw swą zastawiając

Temu, co nie jest nic zgoła warte.

Kiedy się ocknie, zysku szukając,

W kieszeni znajdzie najmniejszą kartę...


Pik, trefl, kier, karo? - to bez znaczenia

W świetle bankructwa ludzkiej godności.

Świat, w którym człowiek w bestię się zmienia,

Nie ma już dla mnie żadnej wartości.


Bezradność ciąży mi więc na karku,

Energia tli się zwęglonym żarem...

Usiadłam w liśćmi płaczącym parku,

Skąd się donikąd nie ruszę wcale


Czekając... kiedy mnie stąd poderwie

Natchnienie godne się zapomnienia...

Dzień zapowiada się znów mizernie,

Nic się na lepsze bowiem nie zmienia.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




środa, 26 sierpnia 2026

ROZWIDLENIE

Droga się moja nagle rozwidliła

Bez drogowskazu na jej skrzyżowaniu

Jakby mi na złość w tej chwili zrobiła.

Stoję i myślę przy jej rozwiązaniu,


Rozszyfrowaniu kapryśnej natury

Wymagającej ode mnie wyboru.

Kierunek obrać czas, lecz... nie wiem który,

Co jest zagwozdką niemałego sporu.


Za mną jej strzępy przetartego szlaku.

Wiatr ślady zamiótł i piachem przysypał.

Ziemia się mieni jak ziarnami maku,

Który nie będzie ni rósł, ni przekwitał.


Nie wrócę zatem do miejsc utraconych.

Powrotne ścieżki spod stóp się wypruły.

Przede mną droga, która na dwie strony

Wbija asfaltu spękane pazury


W grunt, co jak zdobycz w szponach zakleszczonych

Milczy wyrwany z kontekstu istnienia.

Którą mam wybrać z ów odnóg skłóconych?

Co się na lepsze lub na gorsze zmienia?


Pode mną nie drgnie podpowiedzią Ziemia.

Nade mną niebo wisi w konsternacji.

Stojąc na smudze blednącego cienia,

Nie czuję lęku, jak również frustracji,


A błogi spokój, który mnie wypełnia

Jakoby woda dzban z gliny po brzegi.

Może się teraz, co marzyłam, spełnia...

Opuszczę ludzi bez duszy szeregi


Będące dla mnie jeno okowami

Wgryzającymi się w zmęczone ciało.

Chcę się unosić w przestworzach z ptakami,

Porzucić życie, co mi umniejszało.


Zanim podejmę decyzję kluczową

I ruszę naprzód w wybranym kierunku,

Zastygam w ciszy, która to na nowo

Poprawia jakość mego wizerunku,


I... nie chcę rozmów z tymi osobami,

Co mnie zakrakać do dziś próbowały,

I będę ważyć z miłością słowami,

By same dobro mi prorokowały.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl





poniedziałek, 24 sierpnia 2026

DZIŚ

Płyną godziny, ale... w którą stronę?

Pluski wskazówek jak deszczu za oknem

Brzmią jakby były niewiedzą zlęknione.

W zegarów dźwiękach z przyjemnością moknę,


Zmywając z siebie pośpiech, przekonanie,

Że jestem na coś jak zwykle spóźniona.

Kolebką staje się sekund cykanie...

Zamętem świata nie jestem wzruszona.


Patrzę przez okno na tańczące brzozy

Z złotymi liśćmi w zielonych warkoczach.

Wiatr się przed nimi rozkochany korzy.

W babiego lata dostrzegam go włosach.


Zamknęłam rozdział przeszłości, co która

Mnie wspomnieniami często nawiedzała.

Głóg pąsowieje w koralowych sznurach...

Czyżby ma dusza jak i on dojrzała?


Jestem tu, teraz i to ma znaczenie.

Trudno określić "jakie?" w tym momencie.

Dziś towarzyszy mi tylko milczenie,

Choć echo gwarem jak jabłonią trzęsie,


Z której spadają wręcz gradem owoce...

Jedne soczyste, drugie zaś gnijące.

Dnie mnie mijają i mijają noce -

Czas pod stopami się jednako plącze.


Coś się zmieniło - to niezaprzeczalne

Niczym powietrze, co jest pępowiną.

Wszystko do teraz zdaje się banalne.

Nie dbam już o to, czyją to jest winą.


Czekam cierpliwie na znak Opatrzności,

By wstać i ruszyć po prostu przed siebie.

Tymczasem w kleszczach szarej codzienności

Rutyna bycia ledwo się kolebie.


Przywarłam sobą do stałego miejsca

I obserwuję szaleństwo przyziemne.

Ulice puchną od handlarzy szczęścia,

Więc podejmują swe próby daremne


Ludzie radami jak żyć wciąż kuszeni

I starający siebie dopasować

Do wzoru, który jakość bytu zmieni

I który lubi się w mediach lansować,


Więc zalewają chodniki przykrością

Tłumy zaszczute ze sztucznym uśmiechem,

Co w obiektywach aż kipią radością,

W rzeczywistości zmagają się z... pechem?


Smutkiem wręcz więdną ich tęskniące oczy

Wypatrujące krótkotrwałych uciech.

Jest nad przepaścią, której nie przeskoczy

Człek, co przed sobą najchętniej by uciekł...


A ja?... się temu spokojnie przyglądam.

Wiem wszak, że szczęściem jest świadomość siebie.

Od złotej rybki niczego nie żądam.

Przestałam bywać w wciąż głodnej potrzebie.


Czekam cierpliwie na znak Opatrzności

Z tym, co posiadam i co mi wystarcza.

Słyszę jak tyka tarcza codzienności

Czym mnie nie budzi oraz nie zastrasza.


Przez całe życie wszak byłam spóźniona,

Wszędzie obecna, lecz tylko fizycznie.

Dziś od pośpiechu jestem wyzwolona.

Dziś celebruję własne JA mistycznie.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




niedziela, 23 sierpnia 2026

STAGNACJA

Słowa naporem ku mnie napływają,

A ja je niemo i głucho traktuję,

Więc te w czeluście bezdźwięku spadają...

Żalu żadnego, prócz lodu, nie czuję


Jakby przestało mieć dla mnie znaczenie

Czy będę służyć ów słowom na nowo.

Mam w sobie dziwne wręcz zobojętnienie,

Które się zdaje być życia osnową.


Warto?... - zachodzę w głowę tym pytaniem.

Milczenie - mówią od wieków - jest złotem.

Wielu zajmuje się dzisiaj pisaniem.

Czytać jednostki mają zaś ochotę.


Zgrzyty stalówek, stukot klawiatury

Jest targowiskiem pełnym straganiarzy.

Tworzyć potrafi, ale mało który.

Płyną ulice łzami kałamarzy.


Po co zadręczać papier mą osobą?

W tłumie się staję niemal niewidoczna.

Niesie mnie cisza przy swej piersi błogo.

Choć jestem sama, lecz nigdy samotna.


Krzyk nadprodukcji słów wyszarpywanych

Mnie nie zachęca do weń współudziału.

Szepty ust moich myślą sznurowanych

W echu gdzieś gasną bez wieści pomału.


Chyba z stagnacją tą się pogodziłam.

Zgoda harmonią mnie całkiem wypełnia.

Cieszę się bardzo, żem piszącą była,

Co świat absurdów to mi udaremnia.


W ramionach tulę mą głowę uśpioną.

Słowa się zdają spod wody przemawiać.

Jestem w ogóle nimi nie wzruszoną.

Czy będę nimi, jak kiedyś, rozprawiać?


Horyzont koi myśli nieruchome.

Wschody, zachody słońca mnie nie budzą.

Wszystko jest wokół jakby zamrożone.

Zapędy wszelkie u progu się studzą.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl


środa, 19 sierpnia 2026

LETNI DESZCZ

Aromat deszczu uwolnił ptaszyny,

Kroplą wilgoci pootwierał klatki,

Napełnił śpiewem zielone czupryny,

Więc drzewa, mając pomponiaste czapki,


Szumieć szelestem pluszczącym zaczęły

Trelem jak dźwiękiem harfy wzbogaconym.

Promienie słońca w górze zabłysnęły,

Nie schodząc w zapach deszczem nasycony,


Przez co jedynie niebo się zdawało

Zwierciadłem złota wisieć nieruchomo,

Ziemię w ogóle zaś nie dotykało...

Pokryta była cieniem i traw słomą.


Mokre chodniki niemal zachęcały

Do przejścia po nich, ale gołą stopą,

By nań od słońca poodpoczywały

Nim się w błękitnym ogniu znowu stopią.


Chwila wytchnienia od letniej pożogi

Wiatrem opływa świat pachnący deszczem.

Światło obłoków już przekracza progi,

Choćby się chciało ugasić je jeszcze.


Liście znów zwiną się spragnione wody,

Zaduch ścierniska przestrzenią zawładnie,

Pajęczyn skrzyć się będą siwe brody

I lato kartką z kalendarza spadnie,


Kluczem żurawi, bocianów odleci,

Gęsi lamentem na rok się pożegna...

Jesień w konarach pastelem zaświeci...

Nie wiedzieć kiedy lato precz gdzieś przegna...


Siedzę na progu w oknie balkonowym

I chłonę deszczu ciepłe orzeźwienie.

Słońce się zdaje wychodzić na łowy,

Lecz chmury gaszą wnet jego płomienie


I się zbierają, kłębiąc, nad drzewami

Atramentowym nieba zabarwieniem...

Wiatr zacznie siorbać deszczu kropelkami,

W powietrzu niosąc zmysłom odprężenie,


A ja zostanę w balkonowym oknie,

Żeby zmyć z ciała upałem zmęczenie...

W chłodnych powiewach skóra moja moknie.

Cień kobaltowy stworzył zadaszenie


I świat w szarości nagle się zanurzył,

Co oceanem zatopiła miasto.

Granat na niebie znów opady wróży,

Czego zwiastunem jest cieniste światło.


Poczekam zatem w oknie balkonowym

Jak na kadłubie, co przecina morze .

Niech niczym z cebra leje się z mej głowy

Niebo, na którym ciałem się rozłożę


I będę płynąć nurtem prowadzona

Jakoby łódka ze skrawka papieru.

Deszczu letniego jestem że spragniona.

Niech strugi dźwięczą jak bilon w portfelu.


Stanę pod nimi, oczy zamykając,

Chłonąc kaskady mnie ociekające.

Wodospadami ciało otulając,

Zmyję zeń ogniem parzące je słońce.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




niedziela, 16 sierpnia 2026

DAJ MI!

Daj mi ocalić jedną myśl, co która

Leci w otchłanie mroczne zapomnienia,

Co którą czeka przyszłość, lecz ponura,

Bez wrażliwości czy zastanowienia,


Która uderzy w bezdenność jak kamień

Przez gardziel studni głucho połykany.

Niech myśl ta w krótkie przekształci się zdanie.

Niech nad nim człowiek będzie zadumany.


Czym się staniemy, jeśli się podetnie

Struny głosowe, język - w tym myślenie.

Będziemy wówczas wyglądać, lecz szpetnie,

Gorzej niżeli najprostsze istnienie


Definiowane przez jedną komórkę,

Która pochłania, żyjąc, i wydala.

Zatrzymaj myśli sączące się ciurkiem.

Niech do refleksji ich treść Cię rozpala.


Nie bierz niczego z naiwną ufnością,

Choć jest większością przypieczętowane.

Poznawaj wszystko z myślenia zdolnością,

By nic nie było ślepo przyjmowane.


Spróbować trzeba chleba z pieców wielu,

Żeby określić smak wśród nich najlepszy.

Zmierzaj z uporem wytrwale do celu.

Nie! zaganiany bądź doń w stadzie wieprzy.


Miejże świadomość, żeś jest homo sapiens.

Zdolność myślenia jest Twym przywilejem.

Dedukcją ćwiczże dzień za dniem Twą pamięć.

Z tego jedynie głupi się zaśmieje.


Odnajdź w myśleniu Twego sprzymierzeńca,

Który nie zdradzi i Cię nie zawiedzie.

Literaturę przygarnij do serca.

Niech Cię przez łany swego piękna wiedzie.


Jeżeli pragniesz być mądrym człowiekiem,

Musisz być najpierw człowiekiem odważnym.

Ta łaska bowiem nie przychodzi z wiekiem,

Zwłaszcza że dzisiaj głupiec jest kimś ważnym.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




sobota, 15 sierpnia 2026

NA BOSO

Zostawiam buty o zachodzie słońca

Wręcz rozchodzone niemalże doszczętnie.

Już w nich nie pójdę do samego końca.

Niechaj w nie stopy swoje wreszcie wepchnie


Kamienujący mnie wciąż wyrzutami,

Że iść powinnam w nich jak balerina,

Nie zahaczając o bruk obcasami,

Kroki stawiając niczym na sprężynach.


Wkładki tych butów oddałam osobom,

Co narzekały na swój los przewrotnie.

Sznurówki zdjęłam, bo ktoś dał mi słowo,

Że mi do kostek nóg mych skrzydła dopnie.


Później zostałam w butach z gołą stopą

Na dróg pustkowiu w krętym rozwidleniu,

Które pokrywał jeno kurz lub błoto

W drzew próchniejących strasznie skąpym cieniu,


Przez co me plecy słońce ugniatało,

Aż się o szlaki czołem podpierałam,

I życie potem ze mnie wysysało,

Przez co na nogach ledwo się słaniałam.


Myślałam, że się oprzeć mogła będę

Na tych osobach, które podpierałam,

Lecz przegoniły mnie niczym przybłędę,

Mimo że siebie dla nich okradałam.


Obtarłam stopy i krwią napoiłam

Przetarte ścieżki w latach odmierzane,

A gdy się marszem donikąd zmęczyłam,

Zdjęłam obuwie z podeszwy zerwane


I obłożyłam poranione nogi

Ziołem skąpanym krystaliczną rosą.

Część pozostałą mej niełatwej drogi

Postanowiłam iść po prostu boso,


Więc zostawiłam o zachodzie słońca

Buty doszczętnie niemalże zniszczone.

Mą gołą stopą zmierzając do końca,

Odkryję prawdą ścieżki utwardzone


Z dotykiem ziemi na spierzchniętych piętach,

Z zębami żwiru weń powgryzanymi,

Pomimo czego będę uśmiechnięta,

Idąc przez życie stopami bosymi,


Nie dbając o tych, co mnie oszukali,

Co mi krytyką ciągłą urągają.

Zniszczone buty po mnie otrzymali,

Czyli niewiele dzisiaj posiadają.


Ja zaś, odchodząc i ich wyprzedzając,

Nie czuję gniewu, tylko satysfakcję.

Zdobywam mądrość, wciąż się potykając.

Wschody mi słońca dają ekscytację.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




piątek, 14 sierpnia 2026

Z TOBĄ I W TOBIE

Niesiesz mnie ciszo na swoich ramionach,

Się potykając o ścierany kamień.

Pod nami krok twój od ciężaru kona.

Chcesz, to się ze mną w drodze, ciszo, zamień.


Niechże i ja cię na plecach poniosę,

Byś odpoczynku zażyła choć trochę.

Brzmią twe obcasy jak rzucane grosze,

O które niczym żebrak, milcząc, proszę.


Niechajże nikt mi dzisiaj nie przeszkadza.

Niech nic mnie dzisiaj niczym nie rozprasza.

Echo beztroską niech mi nie zawadza.

Wiatr zaś niech modłą spokój mi wyprasza.


Dźwigasz mnie ciszo z ogromną pokorą,

Choć ci balastem jestem w twej wędrówce.

Przystaniesz czasem wieczorową porą.

Szepczesz jakoby mak w zeschniętej główce.


Zamykam oczy... oraz wychwytuję

Każdy twój oddech, słów twych zamrożenie

I taką błogość harmonijną czuję

Jakiej nie daje nawet odprężenie.


Myślom zabraniam w mą duszę zaglądać

I precz przeganiam te wścibskie szeptuchy!

Z tobą wszak, ciszo, pragnę że podążać,

Wtulając w ciebie skroń jak do poduchy.


Broń się więc, ciszo, przed mnie porzuceniem,

Gdyby korciła cię do tego skłonność.

Ja cię na pewno na nic nie zamienię.

W tobie wszak, ciszo, odnalazłam wolność.


Nieśże mnie, ciszo, na zmęczonym grzbiecie,

Me towarzystwo wciąż mi wybaczając.

Z tobą jedynie chcę błądzić po świecie,

Jego tajniki w tobie odkrywając.


Jeśli byś miała zaś chwilę słabości

Poniosę ciebie na rękach z ochotą.

Dajesz mi, ciszo, tak wiele radości,

Która cenniejsza jest niżeli złoto.


To dzięki tobie wszak słyszę wyraźnie

Przestrzeń, co niema, a krzyczy najgłośniej.

Budzisz że, ciszo, zachwyt, wyobraźnię.

Natchnienie w tobie pulsuje donośnie.


Pozwól mi zatem w tobie się zatracić

I wrosnąć w ciebie niczym w pień gałązka.

Nie mogę ciebie, ciszo, nigdy stracić.

Bez ciebie droga jest pode mną grząska.


Kołysz mnie zatem w troskliwych objęciach.

Gwiazdy pode mną, nade mną niech tlą się.

Bądźże mi, ciszo, żywym źródłem szczęścia.

Niech twoje tony w wszechświat gęsto pną się


I oplatają me zmysły namiętnie,

Abym się tobą jedynie syciła.

Z tobą i w tobie jest jedynie pięknie...

Jak ja się tobą, byś się mną cieszyła.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl