wtorek, 29 września 2026

JUŻ CZAS!

Szczują nasz naród z każdej strony

Śmiercią trzymaną na kolczatce,

Więc lud wieściami przerażony

Miota się niczym orzeł w klatce.


Pan premier krzyczy w mikrofony,

Że wojna czyha tuż za progiem.

Naród zakupić winien drony,

Aby mógł podjąć walkę z wrogiem,


Zagląda w portfel więc zmuszony,

Stojąc przed wielkim dylematem.

Trzeba mu kupić bowiem drony,

A on jak ochłap ma wypłatę.


Faktem tym zatem poruszony

Zachodzi w głowę, będąc w nędzy:

Jak kupić z pensji własnej drony,

Kiedy na chleb brak mu pieniędzy?!


Tymczasem premier nie ustaje,

Krzycząc zawzięcie: Czas do broni!

Czy on jest ślepy, czy udaje,

Mając żołnierzy z chochlą w dłoni?!


Z rządu z pomocą doń przybywa

Minister od spraw zagranicznych

I poruszenia nie ukrywa,

I głosi wywód słów komicznych,


Ewakuację promujących,

Do której sam się przygotował,

Twierdząc, iż w czasach przejmujących

Ryżem z wszech stron się obwarował,


A naród słucha tych... mądrości?...

I załamuje w strachu ręce,

Będąc świadomym bezradności

Przeszywającej na wskroś serce.


Rząd wszak sąsiadów wyposażył

Oraz uzbroił aż po zęby,

Rodaków zaś na minę wsadził,

Aby zapłacili za ich błędy,


Wskazując palcem na Putina

Jak na realne zagrożenie,

Wodza, co zbrojny spór zaczyna,

Patrząc na Polskę niewzruszenie.


O co w tym chodzi, moi Mili?!

Wciąż mnie nurtuje to pytanie...

Chcą, byśmy sami się wybili

Nim czas wyborów w progu stanie?!


W świecie się mnoży od sąsiadów,

Co za ojczyznę nie chcą walczyć,

A nas obdartych niczym dziadów

Chcą na front ponieść jak na tarczy,


By nasze dzieci krwią karmiły

Ziemię, na której są niechciane.

Polskę już hieny rozgrabiły,

Co jest pod dywan zamiatane!


Może dlatego chcą zawzięcie

Wciągnąć na siłę nas do wojny,

Później odwrócą się na pięcie

W czas tej zadymy niespokojny,


Na polu bitwy zostawiając

Naród ze sobą już skłócony.

Bacznie się temu przyglądając,

Widzę lud szczerze zagrożony


Z ręki, lecz władzę sprawujących,

Co kompetencje przekroczyli.

Już czas!, nas wszystkich wzywający,

Byśmy się mądrze zjednoczyli


Oraz przyjrzeli tej fasadzie,

Którą nam oczy zasłaniają.

Czyśmy są bliscy dzisiaj zdradzie,

Że nas do wojny ponaglają?


Czy raczej trzeba nam się bronić,

Aby wolności nie utracić

Z motyką zamiast w dłoni broni

I bez wojskowych bluz, i gaci?


Każdy odpowiedź znaleźć musi,

By się dogrzebać, lecz do prawdy,

Przez propagandę, co nas dusi,

Bo to już nie są przecież żarty.


Komu dziś wierzyć, ufać komu,

Aby być pewnym słusznej sprawy,

Aby nie stracić życia, domu,

Postąpić jako człowiek prawy?


Tu Was zostawiam z tym pytaniem,

Bo może mylę się szalenie.

Nie! łatwym będzie to zadaniem:

Prawdy od kłamstwa oddzielenie.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



poniedziałek, 28 września 2026

PROSTOTA

Nie potrzebuję już niczego więcej.

Kawa i cisza zupełnie wystarczą,

Na ciepłym kubku wtulone weń ręce,

Zegary, które jak kot mruczą tarczą,


Ulice we śnie całkiem wyludnione

I wiatr, co szura o chodnik kapciami,

Drzewa w pokorze szumnie rozmodlone

I świt, co mieni się nocy światłami...


Ten błogi spokój jest wystarczający.

Widzę go w oknach szklących się szybami,

W których rozpływa się miękko-kojący,

Obejmowany czule poduszkami


Unoszącymi rozmarzone skronie

Z ufnością dziecka stygnące w pieleszach,

Gdy cytrynowym blaskiem księżyc płonie...

Widok ten smutki wszelakie pociesza,


Budząc nadzieję, że nic się nie zmieni,

Że cisza, spokój we mnie pozostaną,

Kiedy się słońcem niebo zarumieni,

Ulice w tłumach jak w płomieniach staną.


Całe me ciało wypełniam oddechem

Jakbym zatrzymać stan rozkoszy miała.

Chłonę tę błogość, ale nie z pośpiechem,

By w żaden sposób się nie zmarnowała.


Niczego więcej mi nad to nie trzeba,

Co by mnie bardziej czyniło szczęśliwą.

W błędzie są, którzy mówią, że się nie da

Żyć, gdy prostota zagarnia dni żniwo.


Chociaż mnie dręczą zmartwienia przyziemne

I jako zmory z wszech stron osaczają,

Oczekiwania mam od lat niezmienne,

Którym i cisza, i spokój sprostają.


Nic prócz nich nie jest mi wcale potrzebne,

By się uważać za zadowoloną.

To moje bycie od dekad niezmienne

Cieszy mnie bardzo prostotą wrodzoną.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl





piątek, 25 września 2026

BYĆ MOŻE... NIGDY

Być może już się nigdy nie spotkamy...

Kto w taki sposób choć myśli przelotnie?

Z tym spostrzeżeniem tak niewiele mamy.

Codzienność zatem przemija samotnie,


Slalomem biegnąc pomiędzy sprawami,

Co to do rangi w mgnieniu urastają

Jakoby były prawie problemami,

Które państwowy status posiadają.


A czy nie warto wyrwać się z tej matni

Zabijającej w nas to, co najlepsze,

Zwłaszcza że i tak wciąż jesteśmy stratni?

Ileż udźwignąć może ludzkie serce?


Każdego roku pod furtką stawałam,

W której sąsiedztwie czaiły się duchy,

W której wywaru wspomnień smakowałam,

Co nie dawało mi wcale otuchy,


A utwierdzało jeno w przekonaniu,

Że wszyscy, wszystko kruche jest boleśnie...

Stałam pod furtką w smutku doświadczaniu

Jakbym błądziła za przeszłością we śnie...


Wiatr zatarł ścieżki liśćmi przysypane.

Kroki szeleszczą umarłych szeptami.

Duchy żarliwie tęsknotą wzywane

Odparowały z porannymi mgłami,


Przez co jedynie świst nagich gałęzi

Gwizdem przeciągów przekornie drażniony

Już mnie nie wzrusza i już mnie nie mierzi.

Dziś słów przeze mnie jest wszak pozbawiony.


W tym roku również podróż planowałam

Pod furtkę obejść tak mi dobrze znanych,

Żeby się spotkać - zamiar szczery miałam -

Z ludźmi, z którymi świat był budowany,


Lecz mnie okradła z tej szansy choroba,

Nie pozwalając dotrzeć w owe progi...

Jak długo potrwa dzisiaj Twoja doba?

Czy nie zawróci Cię z obranej drogi?


Być może już się nigdy nie spotkamy...

I jest to wielce wręcz prawdopodobne.

Ciągle na jutro bliskość odkładamy,

A przecież jutro jest tylko ulotne.


Co, kiedy wzejdzie, a wraz z nim dotrzemy

Do stołu z wiankiem, ale pustych krzeseł,

Kiedy nikogo tam nie zastaniemy?...

Nic nam tej straty przecież już nie wskrzesze


I pozostaną wyrzuty sumienia,

I ból jak zgaga żalem nas trawiący,

I nie zamilkną samooskarżenia,

I nie nastanie czas rany leczący...


Być może już się nigdy nie spotkamy...

Od zawsze myślę w ten szczególny sposób.

Wpływu na życie wszak nie posiadamy

A los tak rzadko udziela nam głosu,


Więc nie odmawiam sobie przywileju

Okazywania bliskim mej miłości.

Jeżeli jutro nie dotrę do celu,

Dziś pod tą furtką jestem z odległości


I dzień w dzień czuwam u boku osoby,

Której być może nigdy nie obejmę,

Lecz nie zmarnuję bez niej żadnej doby

I będę przy niej nim, gasnąc, odejdę.


Być może już się nigdy nie spotkamy...

Niech myśl ta czuwa nad naszym istnieniem.

W przyziemnych bzdurach wciąż się zatracamy,

Aż się codzienność staje utrapieniem.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



czwartek, 24 września 2026

CZŁOWIEK

Pośród silników, spalin i stukotu

Gwoźdźmi obcasów w beton wbijanego,

Wśród myśli gwarnych, pośpiechu, kłopotów

Widzę człowieka tym przytłoczonego,


Z którym się Ziemia jak w tańcu obraca

Wokół płomieni ognistego Słońca...

Wychodzi z domu i doń późno wraca.

Powtarzalności tej wręcz nie ma końca,


A życie ciągle go przy tym pomija,

Czas niczym lichwiarz odeń żąda więcej -

Owa rutyna człowieka zabija,

Ciągnie za sobą więc w niemocy ręce.


Samotność przy nim się zadomowiła,

Będąc nieznośnym dlań współlokatorem.

Pokoje milczą jak w lesie mogiła,

Cisza szeleści nad nim czarnym worem,


Co do którego zeń rzuca uczucia,

Czyniąc człowieka tworem jałowości.

W owym procesie mozolnym wyzucia

Rodzi epoka się obojętności.


W okna zagląda pobudzone miasto,

Co się uporać trudzi z bezsennością.

Mimo przestrzeni jest ciaśniej niż ciasno.

Łudzi się człowiek na co dzień wolnością,


U władzy ludziom jak pies aportując

Z bezczeszczonymi w płaszczu kieszeniami,

A, być szczęśliwym ułomnie próbując,

Wciąż się otacza różnymi rzeczami,


By sobie kupić poczucie wartości,

Co do którego nie jest przekonany...

Widzę człowieka, co woła: "Litości!",

Choć sam dla siebie nie bywa słyszany...


Później... umiera niemal bezimiennie...

Świat owej straty nawet nie dostrzega.

Żył, by pracować, i skończył mizernie.

Wspomnienie o nim na chodnik wybiega


Wynoszonymi z domu przedmiotami,

Na których spoczął linią papilarną.

Stoi przed progiem zbędnymi rzeczami,

Z zaświatów patrząc na ulicę gwarną,


A tłum go mija jakoby powietrze,

Którym oddycha, choć go nie docenia.

Bezradnie krzyczy ów człowiek na wietrze

W hałasie liści nieme: "Do widzenia!"...


Rozgrabią rzeczy stojące przed progiem

Lub je wyrzucą a z nimi człowieka...

Wierzył naiwnie, że jest sobie Bogiem,

A dziś w przedmiotach na rozbiórkę czeka


Bez etykietki z imieniem, z nazwiskiem,

Bo cóż to kogo w ogóle obchodzi.

Kupa rupieci jest człowieka zyskiem,

Z którą ów człowiek w niepamięć odchodzi.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




środa, 23 września 2026

CZAS

Ach, czas... niczym mara albo jak sen na jawie,

Zjawisko, rzec by można, wręcz nadprzyrodzone,

Czy pamięcią, czy zdjęciem uchwycone prawie,

Lecz w zasadzie przebiegłe i niedoścignione.


Czymże pachnie i jakim smakiem obdarzone

Jest zjawisko to wokół nas wiecznie krążące?

Czy bezwonną naturą zostało ochrzczone?

Może pachnie jak butwa lub kwiaty na łące


A smakuje goryczą bólu i rozpaczy

Lub słodyczą radości, nadziei, miłości

Albo chlebem, co którym los nas z łaski raczy...

W tej dziedzinie nie będziem mieć nigdy pewności.


Niczym kosa podcina w drodze nasze nogi.

Ostrzem śmierci nas kładzie niczym zboża łany.

W swym działaniu się zdaje wręcz bezwzględnie srogi,

Choć łagodnie nim człowiek zda się opływany,


Bo z dnia na dzień idziemy przez życie bezwiednie,

Wygasamy powoli... niemal nieświadomie.

Każdy nieubłaganie i skutecznie więdnie,

Co zdradzają i oczy, i grabiaste dłonie...


Jedną cechę dostrzegam w nim niezaprzeczalnie:

Sprawiedliwość, co która nas wszystkich dosięgnie.

Zauważę więc szczerze, a nawet brutalnie,

Że czas żywcem z precyzją bezduszną nas grzebie.


Mechanizmy zegarów się zdają przyspieszać

Jakby batem w zaprzęgu konie ponaglane.

Dni wydają ze sobą się w obłędzie mieszać.

Kalendarze fruwają na kawałki rwane.


Chciałoby się w tym pędzie czas chwycić za rękaw,

By zatrzymać go chwilę, zmusić do refleksji,

Lecz ta próba to tylko marność i udręka,

Zakleszczenie jedynie człowieka w opresji.


Winno czas się traktować jakoby powietrze,

By świadomie codzienność z godną czcią traktować.

Zanim nas bezpowrotnie na popiół rozetrze,

Trzeba się nim jak tortem z wdzięcznością częstować.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




wtorek, 22 września 2026

WRZESIEŃ O PORANKU

Powietrze pachnie mgłą o siwych włosach

Do suchej nitki wodą przesiąkniętych

Niczym zbutwiała trawą zimna rosa

W pajęczyn sieciach bogato rozpiętych


Jak parasole latem na deptaku,

Gdzie restauracje się przekomarzają,

Która to słynie z najlepszego smaku...

Lecz parasole te ciszą trącają...


Wyczuwam grzybni wilgotność przyjemną

Mokrym mchem oraz piachem doprawioną.

Choć dzień się budzi, to nadal jest ciemno.

Latarnie w drodze jak zapałki płoną.


Echo stłumione gdzieś w oddali szczeka,

Aż akustyka nim na wskroś przeszyta

Cierpliwie w mroku na wiadomość czeka,

Co albo kogo niebawem przywita.


Para się wznosi ku niebu ospale,

Octem jabłkowym obficie skropiona.

Z butelką cydru wiatr chodzi zuchwale,

Wokół niej wiążąc lubieżne ramiona,


Którymi drzewa również obejmuje,

Szeleszcząc liśćmi jeszcze zielonymi...

Aromat śliwek przesłodzonych czuję

Pośród korzeni nimi karmionymi.


A wokół pomór ptactwa się roznosi...

Ni trel, ni szczebiot już dźwięku nie zbudzi.

Chociaż się ucho o ton mierny prosi,

Słuch się daremnie o tę łaskę trudzi.


Smutek się jeno bezdźwiękiem rozlewa,

Szumem gałęzi milczy niemo... głucho...

Nostalgii nuty garściami rozsiewa,

Siorbiąc nie deszczu, ale żalu pluchą.


Niebo granatem ciężkim się obrywa,

Wisząc nad światem niczym wór kamieni.

Noc jeszcze słońce swą czernią zakrywa,

Choć się niebawem w dzień promienny zmieni,


Co sugeruje horyzont w szczelinach,

Przez które sączy się oporne światło.

Kolejny etap życia się zaczyna.

Widzę go łuną na wschodzie wyblakłą.


Dzień dobry!, zatem poranku leniwy,

Pod ciepłą kołdrą się wylegujący.

W oknach cię widzę, mój druhu szczęśliwy,

Świeżutką kawą w dłoniach parujący.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



środa, 16 września 2026

WIATR

Wiatr smaga drzewa ku ziemi zgarbione,

Szelestem liści o litość proszące.

Płyną gałęźmi w jednogłośną stronę

Jakoby nurtem rzeki buzujące.


Ciepłym powiewem wiatr wpada w mieszkanie,

Trzaskając drzwiami w szale i oknami.

Za włosy szarpie mnie i za ubranie,

I w przestrzeń ciska lżejszymi rzeczami.


W pokoju zatem wirują zeszyty

I kartki z książek na oścież otwartych,

I wazon trzaska w drobny mak rozbity,

Spadają zdjęcia z półek niczym karty.


Że hałasować, widzę, nie przestanie,

Że szarogęsi się wręcz agresywnie,

Przerywam szybko to nasze spotkanie

I go wypędzam z domu asertywnie,


A on wzgardzony przeraźliwie wyje

I kępy trawy na strzępy rozrywa,

Pięściami okna rozwścieczony bije

I świstem, gwizdem cały świat wyzywa,


Dźwigając w sobie straszne poranienia,

O których nie śmie powiedzieć nikomu,

A że nie może już unieść milczenia,

Próbuje wtargnąć do mojego domu,


By się wyzwolić od ognia goryczy,

Który go trawi bólem od środka.

Że go nie wpuszczam, niczym potwór ryczy.

Biedny ten, kogo na swej drodze spotka.


Do szyby okna tylko dłoń przykładam,

Wyrozumiałym wzrokiem go otulam.

Jeśli potrzeba, to go wyspowiadam...

Wiatr się do szyby zbliża... i przytula,


Aż drzewa z ziemi, nań leżąc, powstają,

Dyskretnym szeptem uciszają liście.

Trawy w pokorze miękko się słaniają

A echo śpiewa szumem uroczyście.


Już się zdawało, że się uspokoi

Wiatr w swych emocjach niezrównoważony.

Nic jego gniewu jednakże nie koi,

Więc znów wybucha złością zniewolony


I znowu drzewa szarpie za korony,

Garściami trawy rwie jakoby włosy.

Wiatr w wrogim szale pędzi rozjuszony

I w echo ciska cierpień pełne głosy.


Wybiegam za nim troskliwym spojrzeniem

Jakbym go chciała zakleszczyć w ramionach,

By się uporał ze swym udręczeniem

Nim w nim łagodność agresja pokona,


Lecz opętany złości zawziętością

Mej wrażliwości z objęć się wymyka.

Nie radząc sobie z ogromną podłością,

Na którą niebo swe oko przymyka,


Niespodziewanie na kolana pada,

Zaciska pięści w czarny piach wgryzione...

Nie gniew nim, ale już on gniewem włada.

Emocje przez wiatr gasną ujarzmione.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl