niedziela, 16 sierpnia 2026

DAJ MI!

Daj mi ocalić jedną myśl, co która

Leci w otchłanie mroczne zapomnienia,

Co którą czeka przyszłość, lecz ponura,

Bez wrażliwości czy zastanowienia,


Która uderzy w bezdenność jak kamień

Przez gardziel studni głucho połykany.

Niech myśl ta w krótkie przekształci się zdanie.

Niech nad nim człowiek będzie zadumany.


Czym się staniemy, jeśli się podetnie

Struny głosowe, język - w tym myślenie.

Będziemy wówczas wyglądać, lecz szpetnie,

Gorzej niżeli najprostsze istnienie


Definiowane przez jedną komórkę,

Która pochłania, żyjąc, i wydala.

Zatrzymaj myśli sączące się ciurkiem.

Niech do refleksji ich treść Cię rozpala.


Nie bierz niczego z naiwną ufnością,

Choć jest większością przypieczętowane.

Poznawaj wszystko z myślenia zdolnością,

By nic nie było ślepo przyjmowane.


Spróbować trzeba chleba z pieców wielu,

Żeby określić smak wśród nich najlepszy.

Zmierzaj z uporem wytrwale do celu.

Nie! zaganiany bądź doń w stadzie wieprzy.


Miejże świadomość, żeś jest homo sapiens.

Zdolność myślenia jest Twym przywilejem.

Dedukcją ćwiczże dzień za dniem Twą pamięć.

Z tego jedynie głupi się zaśmieje.


Odnajdź w myśleniu Twego sprzymierzeńca,

Który nie zdradzi i Cię nie zawiedzie.

Literaturę przygarnij do serca.

Niech Cię przez łany swego piękna wiedzie.


Jeżeli pragniesz być mądrym człowiekiem,

Musisz być najpierw człowiekiem odważnym.

Ta łaska bowiem nie przychodzi z wiekiem,

Zwłaszcza że dzisiaj głupiec jest kimś ważnym.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




sobota, 15 sierpnia 2026

NA BOSO

Zostawiam buty o zachodzie słońca

Wręcz rozchodzone niemalże doszczętnie.

Już w nich nie pójdę do samego końca.

Niechaj w nie stopy swoje wreszcie wepchnie


Kamienujący mnie wciąż wyrzutami,

Że iść powinnam w nich jak balerina,

Nie zahaczając o bruk obcasami,

Kroki stawiając niczym na sprężynach.


Wkładki tych butów oddałam osobom,

Co narzekały na swój los przewrotnie.

Sznurówki zdjęłam, bo ktoś dał mi słowo,

Że mi do kostek nóg mych skrzydła dopnie.


Później zostałam w butach z gołą stopą

Na dróg pustkowiu w krętym rozwidleniu,

Które pokrywał jeno kurz lub błoto

W drzew próchniejących strasznie skąpym cieniu,


Przez co me plecy słońce ugniatało,

Aż się o szlaki czołem podpierałam,

I życie potem ze mnie wysysało,

Przez co na nogach ledwo się słaniałam.


Myślałam, że się oprzeć mogła będę

Na tych osobach, które podpierałam,

Lecz przegoniły mnie niczym przybłędę,

Mimo że siebie dla nich okradałam.


Obtarłam stopy i krwią napoiłam

Przetarte ścieżki w latach odmierzane,

A gdy się marszem donikąd zmęczyłam,

Zdjęłam obuwie z podeszwy zerwane


I obłożyłam poranione nogi

Ziołem skąpanym krystaliczną rosą.

Część pozostałą mej niełatwej drogi

Postanowiłam iść po prostu boso,


Więc zostawiłam o zachodzie słońca

Buty doszczętnie niemalże zniszczone.

Mą gołą stopą zmierzając do końca,

Odkryję prawdą ścieżki utwardzone


Z dotykiem ziemi na spierzchniętych piętach,

Z zębami żwiru weń powgryzanymi,

Pomimo czego będę uśmiechnięta,

Idąc przez życie stopami bosymi,


Nie dbając o tych, co mnie oszukali,

Co mi krytyką ciągłą urągają.

Zniszczone buty po mnie otrzymali,

Czyli niewiele dzisiaj posiadają.


Ja zaś, odchodząc i ich wyprzedzając,

Nie czuję gniewu, tylko satysfakcję.

Zdobywam mądrość, wciąż się potykając.

Wschody mi słońca dają ekscytację.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




piątek, 14 sierpnia 2026

Z TOBĄ I W TOBIE

Niesiesz mnie ciszo na swoich ramionach,

Się potykając o ścierany kamień.

Pod nami krok twój od ciężaru kona.

Chcesz, to się ze mną w drodze, ciszo, zamień.


Niechże i ja cię na plecach poniosę,

Byś odpoczynku zażyła choć trochę.

Brzmią twe obcasy jak rzucane grosze,

O które niczym żebrak, milcząc, proszę.


Niechajże nikt mi dzisiaj nie przeszkadza.

Niech nic mnie dzisiaj niczym nie rozprasza.

Echo beztroską niech mi nie zawadza.

Wiatr zaś niech modłą spokój mi wyprasza.


Dźwigasz mnie ciszo z ogromną pokorą,

Choć ci balastem jestem w twej wędrówce.

Przystaniesz czasem wieczorową porą.

Szepczesz jakoby mak w zeschniętej główce.


Zamykam oczy... oraz wychwytuję

Każdy twój oddech, słów twych zamrożenie

I taką błogość harmonijną czuję

Jakiej nie daje nawet odprężenie.


Myślom zabraniam w mą duszę zaglądać

I precz przeganiam te wścibskie szeptuchy!

Z tobą wszak, ciszo, pragnę że podążać,

Wtulając w ciebie skroń jak do poduchy.


Broń się więc, ciszo, przed mnie porzuceniem,

Gdyby korciła cię do tego skłonność.

Ja cię na pewno na nic nie zamienię.

W tobie wszak, ciszo, odnalazłam wolność.


Nieśże mnie, ciszo, na zmęczonym grzbiecie,

Me towarzystwo wciąż mi wybaczając.

Z tobą jedynie chcę błądzić po świecie,

Jego tajniki w tobie odkrywając.


Jeśli byś miała zaś chwilę słabości

Poniosę ciebie na rękach z ochotą.

Dajesz mi, ciszo, tak wiele radości,

Która cenniejsza jest niżeli złoto.


To dzięki tobie wszak słyszę wyraźnie

Przestrzeń, co niema, a krzyczy najgłośniej.

Budzisz że, ciszo, zachwyt, wyobraźnię.

Natchnienie w tobie pulsuje donośnie.


Pozwól mi zatem w tobie się zatracić

I wrosnąć w ciebie niczym w pień gałązka.

Nie mogę ciebie, ciszo, nigdy stracić.

Bez ciebie droga jest pode mną grząska.


Kołysz mnie zatem w troskliwych objęciach.

Gwiazdy pode mną, nade mną niech tlą się.

Bądźże mi, ciszo, żywym źródłem szczęścia.

Niech twoje tony w wszechświat gęsto pną się


I oplatają me zmysły namiętnie,

Abym się tobą jedynie syciła.

Z tobą i w tobie jest jedynie pięknie...

Jak ja się tobą, byś się mną cieszyła.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




środa, 12 sierpnia 2026

POD PRĄD

Możemy pisać o wzniosłych ideach,

W których dostrzeże mądry szansę wzniosłą

Na sukces ludzki w niebanalnych celach,

Lecz cóż, gdy życie wszystkich nas... przerosło?!


Słowa się pustym echem odbijają

Jak groch rzucany garściami o ścianę.

Nieliczni słów tych uważnie słuchają,

Przez kilku z których będą pamiętane.


Szelestem kartek płynie paplanina.

Większość uważa się za uzdolnionych,

Rzęzi więc bełkot jak stara maszyna

Osób pisania w szkole nauczonych.


Literatura stała się notatką

Myśli z kontekstu piórem wydrapanych.

Piękno się zdarza językowe rzadko.

Czytelnik zda się na nicość skazany.


Prostactwo wbiegło na scenę w teatrze.

Ekshibicjonizm więc zdeptał talenty

I gołą dupą rozsiadł się na wiadrze

A widz mu klaszcze głupio uśmiechnięty


W za dużych spodniach, w bluzach rozciągniętych,

W butach wypchanych przepoconą słomą.

Drżą z przerażenia świątyń fundamenty,

W których operę, dramat zbezczeszczono.


W galeriach sztuki zaś wiszą mazaje,

Pseudoartyści w farbach się tarzają.

Z domu wariatów ktoś wypuścił zgraję?!

Na wszystkim wszyscy się dziś bowiem znają.


Siedzę w zadumie, milcząc bez pośpiechu...

Czy zdradzić duszę i się siebie wyrzec?

Czy me pisanie warte jest dziś grzechu?

Czy wierność sztuce winnam jednak przyrzec?


Gdzie jest granica... oraz czy istnieje

Między obłędem a przyzwoitością?

Na litość boską!, co się z nami dzieje?

Kto nas poróżnił i kiedy z godnością?


Zasiadła cisza z głuchoniemym echem

Przy moim stole, głowy pochylając...

Wiem, że natura czyni mnie człowiekiem,

Społecznym wizjom jeno urągając.


Z tą świadomością, pieszcząc klawiaturę,

Pod prąd podążam własnych sił ostatkiem.

Nade mną kłębią chmury się ponure.

Stopy me wiąże ziemia zwiędłym kwiatkiem.


Na przekór temu się nie zatrzymuję

I się wycofać chyba nie potrafię.

Ogniem, co we mnie, strony zapisuję,

Chociaż nikogo tym gestem... nie zbawię (?)


Od zatracenia, co się rozprzestrzenia,

Niczym gangrena człowieczeństwo trawi.

Sztuka jak drzewo, ale bez korzenia...

Lud nad jej grobem w euforii się bawi.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



poniedziałek, 10 sierpnia 2026

ZNUŻENIE

Myślałam... będzie od teraz inaczej...

Świat w barwach stanie znacznie wyraźniejszych...

Gdy się zbudziłam, nie sądziłam raczej,

Że się pojawi, ale mniej piękniejszy


Niż się go ujrzeć jednak spodziewałam

W przypływie, może, dziecięcej wdzięczności.

Chłodnym spojrzeniem ów świat powitałam

Z dość wstrzemięźliwym objawem radości


Jakbym poczuła nim rozczarowanie,

Że na spotkanie się nic nie wysilił.

Miał trwa słomkowych przetarte ubranie

I jedno kurzem suchych ścieżek pylił,


Szelestem liści pstrykał nieustannie

I gałęziami zawodził znudzony

Jako kawaler, co przygodnej pannie

Nie pragnie zostać nawet przedstawiony.


Lekceważąco więc potraktowałam

Ów świat w surducie szarej przyziemności.

Będzie inaczej od teraz... myślałam,

A się ocknęłam w jego codzienności,


Która mnie niczym nie oczarowała

A osaczyła monotonnym rytmem

I jak oliwą nudą ociekała...

Życie potrafi być co najmniej przykre...


Miałam wrażenie, że się wciąż obracam

W szklanej pułapce dnia powtarzanego,

Z minionych zdarzeń nieustannie wracam

W historię czasu znów odtwarzanego.


Weszłam w to pasmo godzin kopiowanych,

Nie mogąc drogi powrotnej odnaleźć

Do dni przede mną przez los pochowanych,

Bez których można jedynie oszaleć.


Będzie inaczej... od jutra być może -

Z taką nadzieją wieczór mnie nachodzi.

Przez dzień znużenia przebrnąć mi pomoże

Lub mnie w kolejny dzień znużenia zwodzi...

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




wtorek, 28 lipca 2026

JUTRO

Jutro, jak dotąd, znów słońce wzejdzie

Jakby nic złego się nie zdarzyło,

Po nieboskłonie beztrosko przejdzie...

Teraz się krwistą łuną wtopiło


Złotego światła blednącej smugi

Niczym latarni morskiej w oddali,

Ciągnąc do portu dzień nie za długi

Na chmur w granacie dorodnej fali.


Jutro ponownie wiatr zacznie psocić

I po bezkresnej przestrzeni skakać,

Szumem w gałęziach żalem zawodzić,

Szeleszcząc liśćmi, jak łzami kapać.


Może przycupnie na parapecie,

W szczelinę okna wpadnie z psikusem,

Tańcem zatraci się w piruecie

Albo przebiegnie przez łąki kłusem.


Jutro się miasta przebudzą z krzykiem,

Warcząc silników wściekłym skowytem,

I asfaltowe nagle ulice

Staną się tłumów rwącym korytem,


A wsie z pieleszy mgieł się wynurzą

Leniwie, ciężko oraz ospale...

Pianiem koguta świtu nie zbudzą

I nie przemówią, prócz ciszą, wcale.


Jutro... być może stanę na progu,

By rytualnie ruszyć na spacer

I podziękuję za dzień ten Bogu,

I szczerą wdzięczność rzucę na tacę...


Być może słońce w wschodzie zobaczę,

Wiatrem otulę w półśpiące ciało,

Widokiem oczy dnienia uraczę

Jakby mi było ów szczęścia mało.


Jutro... być może usta zanurzę

W świeżo parzonej kawie w kubeczku,

Poczuję rozkosz na własnej skórze

Natchnienia, które gdzieś w środeczku


Szalonej duszy przemawiać będzie

Jako w obłędzie wieszcz nad wieszczami

Słyszący głosy zawsze i wszędzie

Recytowane w transie wierszami...


Jutro dla jednych już nie nastanie,

Dla innych będzie w kiełku pierwiosnkiem.

Do drzwi zegarów drży kołatanie,

Życie huśtając jedynie włoskiem.


Dziś jest stosowny czas więc ku temu,

By się pokochać, odkryć na nowo.

A my... nie wiedzieć zupełnie, czumu?!

Wchodzimy w dzisiaj z bezmyślną głową,


Wciąż powtarzając, że jutro właśnie

Zaczniemy wszystko dobrym początkiem.

Co, gdy przed nosem drzwi nam zatrzaśnie

Czas, który będzie jedynie końcem?...


Jutro, jak dotąd, słońce nie wzejdzie...

Jakby to nigdy się nie zdarzyło.

Jutra być może wcale nie będzie.

Żyj dziś z sumienia zdwojoną siłą!

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



poniedziałek, 27 lipca 2026

KONTEMPLACJA

Z jakim spokojem szepcze powietrze...

Niemal nie słychać o czym rozprawia.

Bez akustyki słów jego wiersze

W tonie bezdźwięków echo zostawia


Jako nikomu dziś niepotrzebne,

Nie wzbudzające w nikim posłuchu,

Ni pożyteczne, ani chwalebne,

Artykulacji wyzbyte ruchu...


A ja je słyszę bardzo wyraźnie.

Wibracją trąca struny mej skóry.

Czekam, aż wokół świat wreszcie zaśnie

I cisza zmiażdży hałasu mury,


Choć mi się zdarza w zgiełku ulicznym

Wyłowić akord jego oddechu,

Tembr w nim powagi iście magiczny

Bez presji lęku oraz pośpiechu...


To szum stabilny, niemal wstrzymany

Jak wdech zamknięty w zamarłej piersi,

Jednaką nutą ciszy wchłaniany,

Która nie drażni oraz nie mierzi,


A jeno koi myśli płochliwe,

Emocje drżące z byle powodu...

Człowiek opuszcza własną Niniwę

I nasycony idzie do przodu


Owym powietrzem, co doń coś szepcze,

Tłumiąc instynktu impuls drapieżny...

Niema tonacja ucha me łechce.

Jej nie zagłuszy nawet mosiężny


Huk, zgrzyt łańcuchów, warkot silników,

Obcasów stukot, krzyk czy wołanie -

To gdzieś wiruje jak ćma w słoiku.

Ja jeno słyszę nut łaskotanie


Przyjemnej barwy ciepłej harmonii,

Która westchnieniem mnie swym upaja,

Osiada wiatrem na mojej dłoni

I mnie z powietrzem spokojem spaja...

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



czwartek, 23 lipca 2026

W SZAMPANIE

Coraz mi ciężej złożyć z sobą dłonie,

Związać je sznurem paciorków różańca,

Chociaż ma dusza tym pragnieniem płonie...

Ciało zaś zda się pokutą skazańca.


Myśli jedynie wierne są modlitwom,

Lecz tym swobodnym jak prosta rozmowa.

Czas mnie podcina jakby trzcinę brzytwą,

A mimo tego odrastam od nowa


Wraz z wschodem słońca, które się kołysze

Na chmur hamaku nocą malowanych,

Płosząc ów ruchem śpiącą jeszcze ciszę,

Szelestem błogim drzew w bukiet zebranych.


Dzień, w jaki wchodzę, niczym cud traktuję.

Nikt, że się zbudzę, wszak nie gwarantował.

Za świt, że jestem, więc Bogu dziękuję,

Bowiem kolejny dzień mi podarował.


Jakże nie chwalić Stwórcy tegoż cudu,

Który z wszech stron mnie przestrzenią opływa?

Jakże nie złożyć mej wierności ślubu,

Gdy taki splendor na me członki spływa?


Orzeźwiające i chłodne powietrze,

Które na wskroś mnie świeżością przenika,

Zapachy ziela i rosy na wietrze

I mgła jak para, co bucha z czajnika,


Wilgoć kojąca, która mnie obmywa

Nadziei strugą na to, co nadejdzie... -

To wszystko sprawia, że jestem szczęśliwa.

Biegam oczami z tą radością wszędzie


Jakoby dziecko, w podskokach fruwając

I zahaczając o traw pióropusze,

We włosy wstążki pajęczyn wplatając,

Zdobiąc w ten sposób rozśpiewaną duszę.


Dziękuję, Boże, za te przywileje,

Którymi świat mnie natury obdarza.

To dzięki temu tak często się śmieję,

Smucić na co dzień zaś rzadko się zdarza.


Upadam czasem, gdy sił mi już zbraknie,

Zwłaszcza że los mnie na rękach nie nosi,

Ale świadomość życia chciwie łaknie

I o współczucie czy litość nie prosi,


Więc się podnoszę i idę natchniona

Tą to ufnością, że dziś lepiej będzie.

Czuję przez Boga się wciąż prowadzona

I widzę dobro, gdzie nie spojrzę, wszędzie.


Jak nie dziękować za karmę oddechu,

Za dotyk, co mi otuchy dodaje,

Za wzrok, co krąży niczym ptak w pośpiechu,

Wszem rozciągając spojrzenia ruczaje,


Za słuch, co podziw i wzruszenie budzi,

Za smak, co rozkosz i wstręt definiuje,

Za ciało, co się przyziemnością trudzi,

Za duszę, co mnie z opresji ratuje?!


Tyleż powodów mamże do wdzięczności,

Że aż nie sposób listy zeń utworzyć,

Bowiem w przypływie mej szczerej miłości

Owych powodów ilość mogę mnożyć


I nie są rzeczy to w pełnej sakiewce,

Dla jakiej diabłu człek się siebie zrzeka,

A często drobne, widoczne w soczewce

Jak kropla wody, którą pluszcze rzeka,


Jak brzęk, co chlupie o parapet deszczem,

Światło poranka w drzewach przesiewane,

Źdźbła wibrujące przy zachodzie świerszczem

I babim latem niebo pozłacane,


I szelest liści czy szum tataraku,

I łoskot śniegu, co bielą się prószy,

I klucz w obłokach wędrujących ptaków,

I sad, co kwiatem jak pianą się puszy...


Dziękuję, Panie, za wszystko dokoła,

Czego nie skąpisz, nigdy nie skąpiłeś!

Serce wdzięcznością mą do Ciebie woła

Za to, co dla mnie tak pięknym stworzyłeś,


A czego ująć słowem nie potrafię,

Chociaż się staram w wielkiej gorliwości.

Nie zasłużyłam, a jednak się pławię,

Niczym w szampanie, w Twej, Boże, hojności.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




wtorek, 21 lipca 2026

DO WIDZENIA

Przede mną droga w plecionym tunelu

Z drzew, które zrastają się gałęziami,

W kierunku myślom nieznanego celu,

Co się, być może, mija z marzeniami.


Strużką się ścieżki daję krokom ponieść,

Nie dostrzegając w niej zakrętu, końca.

Staram się w dłoniach światło wiary donieść,

Gdyby zabrakło na pociechę słońca,


W jutro, co które... może nie nastanie,

Lepsze od tego dnia zachodzącego.

W dal mnie przyciąga weń nawoływanie

Pragnienia we mnie nieokiełznanego,


Którego nawet określić nie umiem,

Które żywiołem me trzewia rozpala,

Którego również wcale nie rozumiem

A które niechęć w nokaucie powala.


Idę więc, idę przed siebie ciągniona,

Na ścieżce ciało w śladach zostawiając,

Jakobym była wiatrem prowadzona,

W napór powietrza jak ryba wpływając


I się beztrosko w przestrzeni unosząc

Doznań mych sennych na jawie przeżyciem,

Milczeniem krzyku w głowie mojej płosząc

Wszelakie ptactwo schwytane o świcie


W sieć słuchu, który wrażliwość zadziwia

I się wymyka zmysłom spod kontroli,

Dzięki któremu staje się prawdziwa

Mądrość ziarenka kosztowanej soli


Wyciskającej łzy ludzkiej niemocy

Zakorzenionej wszak w każdym człowieku

Niezdolnym przecież do bycia w wszechmocy

Wbrew dojrzałego jak na lata wieku.


Wchodzę po szczeblach cieni rozłożonych

Na szczyt, z którego spojrzę w dół na przeszłość.

W blasku doświadczeń niełatwych, minionych

Rozpoznam w sobie bezcenną stateczność,


Po czym usiądę, patrząc na obłoki,

Które pode mną będą dryfowały.

Poznam, że długi świat oraz szeroki

Z tej perspektywy jest jedynie mały,


Że nic, co było wręcz niezastąpione,

Priorytetowe niemal bez wątpienia,

Jest przez człowieka tylko przecenione,

Niegodne nad nim nawet pochylenia.


Przylgnę plecami do trawy zroszonej

Potem wysiłku oraz poświęcenia.

Będę w tej chwili beztroską ochrzczonej

Spijać jedynie stan zadowolenia...


To mnie uskrzydla oraz motywuje,

By upadając, nie przylgnąć do bruku,

I dnia każdego usilnie próbuję,

Żeby nie spocząć na laurowym puchu.


Idę tą drogą w plecionym tunelu

Z drzew, o korzenie ich się potykając,

W trudach mozolnych i cierpieniach wielu

Nadzieję bycia zwycięzcą wciąż mając.


Kalendarz leci pod stopy kartkami

Sfruwającymi ze zbocza w podnóże...

Przykryję ciało kiedyś obłokami

I się w gwiazd toni oczami zanurzę,


I będę leżeć niczym na biwaku

Szelestem lasu do snu kołysana,

Się upajając nieważkością czasu

W głębokiej ciszy do białego rana


Z książką przy piersi jakby z moim dzieckiem

Karmionym duszy mej kreatywnością.

Będę się cieszyć niebywałym szczęściem,

Które przychodzi razem z samotnością.


Kiedy więc przyjdzie nazbyt głośna chwila

Z tych przywilejów mnie okradająca,

Porwie me kroki dróg w nieznane mila

Spokój mej duszy marszem ratująca.


I tak zostawię za sobą wspomnienia,

Zapiski myśli pośpiechem urwane.

Jeśli nie zdążę... mówię: "Do widzenia"...

Może się spotkać jeszcze będzie dane.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl