A nade wszystko kocham anioły
W czarnych sukienkach podwiązywanych
Łuną księżyca, co blask zamglony
Ciągnie po ziemi srebra trenami
Topniejącymi gwiazd odblaskami
Odbijanymi taflą lustrzaną
Wód, które iskrzą nieba światłami,
Przez co się Ziemia zdaje zalaną
Szklistą poświatą się wszem mieniącą
Kalejdoskopem łusek z cyrkonii...
Ciągną się szatą w dal szeleszczącą,
Trzymając lampion w swej prawej dłoni
Z wiankiem ciem niczym z kokardą skrzydeł
Dekorujących jasność świetlików.
Te latarenki jak kulki z igieł
Błyszczą się garścią złotych guzików,
Rzucając łunę połyskującą
Na świat w ciemności snu zatopiony -
Widoczność w oczach ludzkich gasnącą
Porozciąganą we wszystkie strony
Niczym pajęczyn roztopierzenie
Siecią swych splotów w głąb zarzucone,
Co przypomina słońca promienie
Niemal doszczętnie już wypalone.
A nade wszystko kocham anioły,
Co przez gęstwinę się przedzierają
Czerni podobnej do ciekłej smoły,
Do której kroków nie przyklejają,
A nad nią suną wręcz bezszelestnie,
Szeptami kojąc dusz utrapienia.
Sprawiają, że się czuję bezpiecznie
W mackach ślepoty i ogłuszenia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz