wtorek, 28 lipca 2026

JUTRO

Jutro, jak dotąd, znów słońce wzejdzie

Jakby nic złego się nie zdarzyło,

Po nieboskłonie beztrosko przejdzie...

Teraz się krwistą łuną wtopiło


Złotego światła blednącej smugi

Niczym latarni morskiej w oddali,

Ciągnąc do portu dzień nie za długi

Na chmur w granacie dorodnej fali.


Jutro ponownie wiatr zacznie psocić

I po bezkresnej przestrzeni skakać,

Szumem w gałęziach żalem zawodzić,

Szeleszcząc liśćmi, jak łzami kapać.


Może przycupnie na parapecie,

W szczelinę okna wpadnie z psikusem,

Tańcem zatraci się w piruecie

Albo przebiegnie przez łąki kłusem.


Jutro się miasta przebudzą z krzykiem,

Warcząc silników wściekłym skowytem,

I asfaltowe nagle ulice

Staną się tłumów rwącym korytem,


A wsie z pieleszy mgieł się wynurzą

Leniwie, ciężko oraz ospale...

Pianiem koguta świtu nie zbudzą

I nie przemówią, prócz ciszą, wcale.


Jutro... być może stanę na progu,

By rytualnie ruszyć na spacer

I podziękuję za dzień ten Bogu,

I szczerą wdzięczność rzucę na tacę...


Być może słońce w wschodzie zobaczę,

Wiatrem otulę w półśpiące ciało,

Widokiem oczy dnienia uraczę

Jakby mi było ów szczęścia mało.


Jutro... być może usta zanurzę

W świeżo parzonej kawie w kubeczku,

Poczuję rozkosz na własnej skórze

Natchnienia, które gdzieś w środeczku


Szalonej duszy przemawiać będzie

Jako w obłędzie wieszcz nad wieszczami

Słyszący głosy zawsze i wszędzie

Recytowane w transie wierszami...


Jutro dla jednych już nie nastanie,

Dla innych będzie w kiełku pierwiosnkiem.

Do drzwi zegarów drży kołatanie,

Życie huśtając jedynie włoskiem.


Dziś jest stosowny czas więc ku temu,

By się pokochać, odkryć na nowo.

A my... nie wiedzieć zupełnie, czumu?!

Wchodzimy w dzisiaj z bezmyślną głową,


Wciąż powtarzając, że jutro właśnie

Zaczniemy wszystko dobrym początkiem.

Co, gdy przed nosem drzwi nam zatrzaśnie

Czas, który będzie jedynie końcem?...


Jutro, jak dotąd, słońce nie wzejdzie...

Jakby to nigdy się nie zdarzyło.

Jutra być może wcale nie będzie.

Żyj dziś z sumienia zdwojoną siłą!

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



poniedziałek, 27 lipca 2026

KONTEMPLACJA

Z jakim spokojem szepcze powietrze...

Niemal nie słychać o czym rozprawia.

Bez akustyki słów jego wiersze

W tonie bezdźwięków echo zostawia


Jako nikomu dziś niepotrzebne,

Nie wzbudzające w nikim posłuchu,

Ni pożyteczne, ani chwalebne,

Artykulacji wyzbyte ruchu...


A ja je słyszę bardzo wyraźnie.

Wibracją trąca struny mej skóry.

Czekam, aż wokół świat wreszcie zaśnie

I cisza zmiażdży hałasu mury,


Choć mi się zdarza w zgiełku ulicznym

Wyłowić akord jego oddechu,

Tembr w nim powagi iście magiczny

Bez presji lęku oraz pośpiechu...


To szum stabilny, niemal wstrzymany

Jak wdech zamknięty w zamarłej piersi,

Jednaką nutą ciszy wchłaniany,

Która nie drażni oraz nie mierzi,


A jeno koi myśli płochliwe,

Emocje drżące z byle powodu...

Człowiek opuszcza własną Niniwę

I nasycony idzie do przodu


Owym powietrzem, co doń coś szepcze,

Tłumiąc instynktu impuls drapieżny...

Niema tonacja ucha me łechce.

Jej nie zagłuszy nawet mosiężny


Huk, zgrzyt łańcuchów, warkot silników,

Obcasów stukot, krzyk czy wołanie -

To gdzieś wiruje jak ćma w słoiku.

Ja jeno słyszę nut łaskotanie


Przyjemnej barwy ciepłej harmonii,

Która westchnieniem mnie swym upaja,

Osiada wiatrem na mojej dłoni

I mnie z powietrzem spokojem spaja...

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



czwartek, 23 lipca 2026

W SZAMPANIE

Coraz mi ciężej złożyć z sobą dłonie,

Związać je sznurem paciorków różańca,

Chociaż ma dusza tym pragnieniem płonie...

Ciało zaś zda się pokutą skazańca.


Myśli jedynie wierne są modlitwom,

Lecz tym swobodnym jak prosta rozmowa.

Czas mnie podcina jakby trzcinę brzytwą,

A mimo tego odrastam od nowa


Wraz z wschodem słońca, które się kołysze

Na chmur hamaku nocą malowanych,

Płosząc ów ruchem śpiącą jeszcze ciszę,

Szelestem błogim drzew w bukiet zebranych.


Dzień, w jaki wchodzę, niczym cud traktuję.

Nikt, że się zbudzę, wszak nie gwarantował.

Za świt, że jestem, więc Bogu dziękuję,

Bowiem kolejny dzień mi podarował.


Jakże nie chwalić Stwórcy tegoż cudu,

Który z wszech stron mnie przestrzenią opływa?

Jakże nie złożyć mej wierności ślubu,

Gdy taki splendor na me członki spływa?


Orzeźwiające i chłodne powietrze,

Które na wskroś mnie świeżością przenika,

Zapachy ziela i rosy na wietrze

I mgła jak para, co bucha z czajnika,


Wilgoć kojąca, która mnie obmywa

Nadziei strugą na to, co nadejdzie... -

To wszystko sprawia, że jestem szczęśliwa.

Biegam oczami z tą radością wszędzie


Jakoby dziecko, w podskokach fruwając

I zahaczając o traw pióropusze,

We włosy wstążki pajęczyn wplatając,

Zdobiąc w ten sposób rozśpiewaną duszę.


Dziękuję, Boże, za te przywileje,

Którymi świat mnie natury obdarza.

To dzięki temu tak często się śmieję,

Smucić na co dzień zaś rzadko się zdarza.


Upadam czasem, gdy sił mi już zbraknie,

Zwłaszcza że los mnie na rękach nie nosi,

Ale świadomość życia chciwie łaknie

I o współczucie czy litość nie prosi,


Więc się podnoszę i idę natchniona

Tą to ufnością, że dziś lepiej będzie.

Czuję przez Boga się wciąż prowadzona

I widzę dobro, gdzie nie spojrzę, wszędzie.


Jak nie dziękować za karmę oddechu,

Za dotyk, co mi otuchy dodaje,

Za wzrok, co krąży niczym ptak w pośpiechu,

Wszem rozciągając spojrzenia ruczaje,


Za słuch, co podziw i wzruszenie budzi,

Za smak, co rozkosz i wstręt definiuje,

Za ciało, co się przyziemnością trudzi,

Za duszę, co mnie z opresji ratuje?!


Tyleż powodów mamże do wdzięczności,

Że aż nie sposób listy zeń utworzyć,

Bowiem w przypływie mej szczerej miłości

Owych powodów ilość mogę mnożyć


I nie są rzeczy to w pełnej sakiewce,

Dla jakiej diabłu człek się siebie zrzeka,

A często drobne, widoczne w soczewce

Jak kropla wody, którą pluszcze rzeka,


Jak brzęk, co chlupie o parapet deszczem,

Światło poranka w drzewach przesiewane,

Źdźbła wibrujące przy zachodzie świerszczem

I babim latem niebo pozłacane,


I szelest liści czy szum tataraku,

I łoskot śniegu, co bielą się prószy,

I klucz w obłokach wędrujących ptaków,

I sad, co kwiatem jak pianą się puszy...


Dziękuję, Panie, za wszystko dokoła,

Czego nie skąpisz, nigdy nie skąpiłeś!

Serce wdzięcznością mą do Ciebie woła

Za to, co dla mnie tak pięknym stworzyłeś,


A czego ująć słowem nie potrafię,

Chociaż się staram w wielkiej gorliwości.

Nie zasłużyłam, a jednak się pławię,

Niczym w szampanie, w Twej, Boże, hojności.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




wtorek, 21 lipca 2026

DO WIDZENIA

Przede mną droga w plecionym tunelu

Z drzew, które zrastają się gałęziami,

W kierunku myślom nieznanego celu,

Co się, być może, mija z marzeniami.


Strużką się ścieżki daję krokom ponieść,

Nie dostrzegając w niej zakrętu, końca.

Staram się w dłoniach światło wiary donieść,

Gdyby zabrakło na pociechę słońca,


W jutro, co które... może nie nastanie,

Lepsze od tego dnia zachodzącego.

W dal mnie przyciąga weń nawoływanie

Pragnienia we mnie nieokiełznanego,


Którego nawet określić nie umiem,

Które żywiołem me trzewia rozpala,

Którego również wcale nie rozumiem

A które niechęć w nokaucie powala.


Idę więc, idę przed siebie ciągniona,

Na ścieżce ciało w śladach zostawiając,

Jakobym była wiatrem prowadzona,

W napór powietrza jak ryba wpływając


I się beztrosko w przestrzeni unosząc

Doznań mych sennych na jawie przeżyciem,

Milczeniem krzyku w głowie mojej płosząc

Wszelakie ptactwo schwytane o świcie


W sieć słuchu, który wrażliwość zadziwia

I się wymyka zmysłom spod kontroli,

Dzięki któremu staje się prawdziwa

Mądrość ziarenka kosztowanej soli


Wyciskającej łzy ludzkiej niemocy

Zakorzenionej wszak w każdym człowieku

Niezdolnym przecież do bycia w wszechmocy

Wbrew dojrzałego jak na lata wieku.


Wchodzę po szczeblach cieni rozłożonych

Na szczyt, z którego spojrzę w dół na przeszłość.

W blasku doświadczeń niełatwych, minionych

Rozpoznam w sobie bezcenną stateczność,


Po czym usiądę, patrząc na obłoki,

Które pode mną będą dryfowały.

Poznam, że długi świat oraz szeroki

Z tej perspektywy jest jedynie mały,


Że nic, co było wręcz niezastąpione,

Priorytetowe niemal bez wątpienia,

Jest przez człowieka tylko przecenione,

Niegodne nad nim nawet pochylenia.


Przylgnę plecami do trawy zroszonej

Potem wysiłku oraz poświęcenia.

Będę w tej chwili beztroską ochrzczonej

Spijać jedynie stan zadowolenia...


To mnie uskrzydla oraz motywuje,

By upadając, nie przylgnąć do bruku,

I dnia każdego usilnie próbuję,

Żeby nie spocząć na laurowym puchu.


Idę tą drogą w plecionym tunelu

Z drzew, o korzenie ich się potykając,

W trudach mozolnych i cierpieniach wielu

Nadzieję bycia zwycięzcą wciąż mając.


Kalendarz leci pod stopy kartkami

Sfruwającymi ze zbocza w podnóże...

Przykryję ciało kiedyś obłokami

I się w gwiazd toni oczami zanurzę,


I będę leżeć niczym na biwaku

Szelestem lasu do snu kołysana,

Się upajając nieważkością czasu

W głębokiej ciszy do białego rana


Z książką przy piersi jakby z moim dzieckiem

Karmionym duszy mej kreatywnością.

Będę się cieszyć niebywałym szczęściem,

Które przychodzi razem z samotnością.


Kiedy więc przyjdzie nazbyt głośna chwila

Z tych przywilejów mnie okradająca,

Porwie me kroki dróg w nieznane mila

Spokój mej duszy marszem ratująca.


I tak zostawię za sobą wspomnienia,

Zapiski myśli pośpiechem urwane.

Jeśli nie zdążę... mówię: "Do widzenia"...

Może się spotkać jeszcze będzie dane.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



poniedziałek, 20 lipca 2026

HIPOKRYZJA

Się namnożyło ludzi dobrej woli,

Że aż ich zliczyć po prostu nie sposób.

Każdego serce delikatne boli

Na przekorności złośliwego losu.


Na social mediach aż wrze od debaty

Na temat świata wręcz idealnego,

W którym należy wykorzenić straty

Na chwałę dobra (ponoć) ogólnego.


Śledząc te żwawe w słowach wypowiedzi,

Myślisz: Ateny starożytne żyją!

Wspólnie przy stole filozofów siedzisz,

Gdy ci myśl myślą niczym asem biją,


A każdy prawi jakby najmądrzejszy,

Jakby empatią zdał się namaszczony.

Śmiesz zatem ufać, że będzie piękniejszy

Świat z taką troską światłych wymarzony,


Lecz przysłuchując się owej elicie

I zagłębiając w pseudo-argumenty,

Dostrzegasz, iż to, co brzmi wyśmienicie,

Każe ci wołać: Ratuj, Panie Święty!


Ci sami ludzie, co się pochylają

Nad biednym pieskiem czy bezpańskim kotkiem,

W znienawidzeniu człeka posiadają

I w swoich dłoniach wręcz z sędziowskim młotkiem


Skazują na śmierć tych nienarodzonych,

Starych od tlenu pragną odłączenia

I urągają tym licznie zrobionym,

Że są przyczyną kasy wyłudzenia,


Kalekich z klifu w morze by zrzucali,

By fale sztormu nakarmić do syta,

Boso krwi żądni tych by zadeptali,

W których poglądu inność tkwi ukryta -


Wówczas ruszają niczym hien zastępy,

By się bezzębnym dziąsłem wgryźć w tchawicę,

Aby rywala rozszarpać na strzępy

Za (choć!) najmniejszą przekonań różnicę.


Wtem się przemienia osoba ze zdjęcia,

Które zdołało ją kanonizować,

W bestię dążącą do własnego szczęścia

I nie będącą nikogo żałować,


Kto się ośmieli stanąć jej na drodze

Do przywłaszczenia sobie w niecny sposób

Autorytetu, mimo że w pożodze

Jeno głupota wzięła prawo głosu.


Słyszysz i widzisz, ale nie dowierzasz,

Że erudytów to fałszywe plemię

Ku dominacji w populacji zmierza,

Tworząc wbrew prawom biologicznym Ziemię


Miejscem wypaczeń, dewiacji, bezgłowia

I językowej destabilizacji.

Wynaturzone zdają się przysłowia

W obliczu nowych, zakłamanych racji.


O tolerancji zwykli wszak pouczać

Pogardzający wszystkimi dokoła,

Inwektywami zdolni też obrzucać

Każdego, który rozsądek przywoła.


O miłosierdziu prawią i szacunku

Ze łzawym okiem oraz tkliwą miną

W ramach własnego tylko wizerunku,

Co jest jakoby z niższej półki wino.


Profesorowie jak grzyby po deszczu,

Których cechuje zwapnienie mózgowe,

Rosną, co leży Uczonym na sercu...

Dla homo sapiens rosną dni jałowe.


Dziś się tęczowe liczą zagadnienia,

Wynaturzenia również kulturowe

I powierzchowne, płytkie spostrzeżenia,

Nurty jednakoż, lecz tylko modowe.


Nie mogąc zdzierżyć tegoż kretynizmu,

Co się dbałością o Ziemię zasłania

A co nie budzi we mnie optymizmu,

Zaczęłam drążyć istotne pytania


I w odpowiedzi nagle usłyszałam,

Że nie mam prawa do głosu zabrania,

Bo się do mięsa jedzenia przyznałam,

A święty ten, co jeść mięsa się wzbrania.


W tym to momencie talerz zdecydował,

Nie umysł, serce i usposobienie,

O tym czym człowiek będzie się cechował

Lub... że człowieka określi jedzenie.


Kocham zwierzęta żywe i te z ruszta,

Autorytetem co mnie dziś nie czyni,

Jakim są ludzie nie lubiący tłuszczu -

Tych się w ogóle, choć winni, nie wini...


Jeśli to zatem bywa wyznacznikiem

Nam współczesnego, na litość!, człowieka,

Zakończę wywód mój szczerym przytykiem:

Jakaż nas przyszłość już niebawem czeka?!


Idąc wszak tropem historii nam znanej,

Śmiem twierdzić, że się w obłęd zapędzamy.

Był pewien kanclerz Rzeszy nielubianej,

Którego wcale dziś nie podziwiamy,


Chociaż był sławnym wiedeńskim malarzem,

Lecz nie z powodu dzieł, a polityki,

Co się odbiła sześcioletnim stażem,

Gdy robił z ludzi mydła i guziki.


Kochał zwierzęta i nie jadł ich wcale! -

W owej materii był rygorystyczny.

I powiem jedno!, być może zuchwale,

Nie był to człowiek dobry ani śliczny,


Choć prawił z gracją równe farmazony

O dobrobycie i wyjątkowości.

Krwią zwierząt, owszem!, nie byłże skropiony.

Miał na sumieniu tylko (?!) ludzkie kości.


Czy zatem talerz w owym świetle faktów

Jest potwierdzeniem człowieka w człowieku?!

Zaznaczę szczerze, być może bez taktu,

W dwudziestym pierwszym będąc dzisiaj wieku,


Że tą "logiką" nigdzie nie dojdziemy,

Co mnie przeraża oraz niepokoi.

Widzę jak mądrość schodzi dziś ze sceny,

Kolejny kanclerz-malarz w progu stoi,


Bo oto ludzie zwierzęta hołdują,

Braci swych mniejszych w nich się dopatrując,

Ludzi zaś gorzej niż trzodę traktują,

Wrogów swych wizji w nich się doszukując.


Miał paplaniny gnije bezdusznością.

Miłość, szacunek oraz tolerancja

Niosą się w przestrzeń swą dwulicowością,

Gdy ma być tylko nic, prócz "Moja racja!".


Milczę, na zdania się nie wymieniając

Z człekiem pokroju tylko dyktatora.

Zaś na uwadze homo sapiens mając,

Przemówić, widzę, już najwyższa pora.


Zatem tym wierszem do Was apeluję,

Których mózg, serce nie uległy gniciu.

Waszego wsparcia duch dziś potrzebuje,

Żeby myślenie ostało przy życiu!

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




piątek, 17 lipca 2026

STOJĘ W MIEJSCU

Zawisły w kłębach granatowe chmury

Bladą szarością gdzieniegdzie przetarte

I postrzępione na błękitne wióry

W kobalt głęboki jakby pędzlem wtarte.


Niebo piętrzyło się chmur tumanami,

Bryłą ciężkości dymów opadało,

Rozczłonkowane jakoby bruzdami

Słońce o świcie w warstwach swych chowało


I zdałoby się, że niebawem runie,

Się roztrzaskując o ziemię wręcz z hukiem

W apokalipsy czarno-krwistej łunie,

Śmierć obwieszczając swym złowieszczym mrukiem,


A ono nawet nie drgnęło nade mną,

Wisząc kamieni zrośniętych granatem.

Wszem się zrobiło niebywale ciemno

Pod płowiejącym i blednącym światłem.


Widok ów nieba porwał mnie za serce.

W żaden się sposób oprzeć mu nie mogłam.

Stojąc, szeroko rozłożyłam ręce

Zjawiska tego wręcz zachłannie głodna.


Milimetrami skóry je chłonęłam,

Spojrzeniem w chmur się gąszcze zapuszczając.

Pierś mą ku niebu niczym łuk napięłam,

Nic do stracenia w tej chwili nie mając.


I zazgrzytało jakby skał wstrząśnięciem,

Krzemieni tarciem wrogo powarkując.

Deszcz nagle lunął niczym na pstryknięcie,

Kroplami ziemię wściekle bombardując,


Więc te dudniły, szkłem się roztrzaskując,

W membranę gruntu pałką uderzając

I jej wibracją z zaświatów zwołując

Tłumy szamanów, co tańczą, wgniatając


Piętami w rytmie jakoby w moździerzu

Wodę w pył piachu chrupiącego ziarnem...

A na nich szaty w kolorowym pierzu,

Szeleszcząc, pachną przemoczonym wiatrem...


Indian plemiona wirują jak w transie,

Tworząc wodospad oberwanej chmury.

Niebo się błyska w tym mistycznym czasie

Porozcinane przez iskier kontury,


Którymi ogień jak strzałami ciska

W tors chmur gotowych zmiażdżyć sobą Ziemię...

Grzmi oraz ryczy i z wszech stron się błyska.

Pęcznieją gniewem demoniczne cienie,


Jak sfora warcząc, co jest na łańcuchu,

Przez co w niemocy pianą z pyska pluje,

Gdyż jej na nieba bezwzględnym posłuchu,

Wbrew to któremu wściekle atakuje.


Idę i moknę deszczem podtapiana.

Strugi ulewy chłoszczą mnie brutalnie.

Idę i pływam deszczem zalewana.

Woda mnie liże kroplami zachłannie.


Chociaż się błyska i grzmi niebezpiecznie

Jak potwór, który z otchłani wypływa,

Który, gdy tylko się przebudzi, wścieknie,

Ziemię kłem złości na strzępy rozrywa,


Nie chcę uciekać, ale kontemplować

Ów żywioł niemal z dziecięcą radością.

Mogę tak moknąć, byle celebrować

Burzę tę z godną jej piękna miłością.


Lęk z ekscytacją mnie wręcz rozpalają

I zachwycają natury potęgą.

Chwile tak proste mnie uszczęśliwiają!

Ja stoję w miejscu, choć inni gdzieś biegną.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl