Się
namnożyło ludzi dobrej woli,
Że
aż ich zliczyć po prostu nie sposób.
Każdego
serce delikatne boli
Na
przekorności złośliwego losu.
Na
social mediach aż
wrze od debaty
Na
temat świata wręcz idealnego,
W
którym należy wykorzenić straty
Na
chwałę dobra (ponoć) ogólnego.
Śledząc
te żwawe w słowach wypowiedzi,
Myślisz:
Ateny starożytne żyją!
Wspólnie
przy stole filozofów siedzisz,
Gdy
ci myśl myślą niczym asem biją,
A
każdy prawi jakby najmądrzejszy,
Jakby
empatią zdał się namaszczony.
Śmiesz
zatem ufać,
że będzie piękniejszy
Świat
z taką troską światłych wymarzony,
Lecz
przysłuchując się owej elicie
I
zagłębiając w pseudo-argumenty,
Dostrzegasz,
iż to, co brzmi wyśmienicie,
Każe
ci wołać: Ratuj, Panie
Święty!
Ci
sami ludzie, co się pochylają
Nad
biednym pieskiem czy bezpańskim kotkiem,
W
znienawidzeniu człeka posiadają
I
w swoich dłoniach wręcz z sędziowskim młotkiem
Skazują
na śmierć tych nienarodzonych,
Starych
od tlenu pragną odłączenia
I
urągają tym licznie zrobionym,
Że
są przyczyną kasy wyłudzenia,
Kalekich
z klifu w morze by zrzucali,
By
fale sztormu nakarmić do syta,
Boso
krwi żądni tych by zadeptali,
W
których poglądu inność tkwi ukryta -
Wówczas
ruszają niczym hien zastępy,
By
się bezzębnym dziąsłem wgryźć w tchawicę,
Aby
rywala rozszarpać na strzępy
Za
(choć!) najmniejszą przekonań różnicę.
Wtem
się przemienia osoba ze zdjęcia,
Które
zdołało ją
kanonizować,
W
bestię dążącą do własnego szczęścia
I
nie będącą nikogo żałować,
Kto
się ośmieli stanąć jej na drodze
Do
przywłaszczenia sobie w niecny sposób
Autorytetu,
mimo że w pożodze
Jeno
głupota wzięła prawo głosu.
Słyszysz
i widzisz, ale nie dowierzasz,
Że
erudytów to fałszywe plemię
Ku
dominacji w populacji zmierza,
Tworząc
wbrew prawom biologicznym Ziemię
Miejscem
wypaczeń, dewiacji, bezgłowia
I
językowej destabilizacji.
Wynaturzone
zdają się przysłowia
W
obliczu nowych, zakłamanych racji.
O
tolerancji zwykli wszak pouczać
Pogardzający
wszystkimi dokoła,
Inwektywami
zdolni też obrzucać
Każdego,
który rozsądek przywoła.
O
miłosierdziu prawią i szacunku
Ze
łzawym okiem oraz tkliwą miną
W
ramach własnego tylko wizerunku,
Co
jest jakoby z niższej półki wino.
Profesorowie
jak grzyby po deszczu,
Których
cechuje zwapnienie mózgowe,
Rosną,
co leży Uczonym na sercu...
Dla
homo sapiens rosną dni jałowe.
Dziś
się tęczowe liczą zagadnienia,
Wynaturzenia
również kulturowe
I
powierzchowne, płytkie spostrzeżenia,
Nurty
jednakoż, lecz tylko modowe.
Nie
mogąc zdzierżyć tegoż kretynizmu,
Co
się dbałością o Ziemię zasłania
A
co nie budzi we mnie optymizmu,
Zaczęłam
drążyć istotne pytania
I
w odpowiedzi nagle usłyszałam,
Że
nie mam prawa do głosu zabrania,
Bo
się do mięsa jedzenia przyznałam,
A
święty
ten, co jeść mięsa się wzbrania.
W
tym to momencie talerz zdecydował,
Nie
umysł, serce i usposobienie,
O
tym czym człowiek będzie się cechował
Lub...
że człowieka określi jedzenie.
Kocham
zwierzęta żywe i te z ruszta,
Autorytetem
co
mnie dziś nie czyni,
Jakim
są ludzie nie lubiący tłuszczu -
Tych
się w ogóle, choć winni,
nie
wini...
Jeśli
to zatem bywa wyznacznikiem
Nam
współczesnego, na litość!, człowieka,
Zakończę
wywód mój szczerym przytykiem:
Jakaż
nas przyszłość już niebawem czeka?!
Idąc
wszak tropem historii nam znanej,
Śmiem
twierdzić, że się w obłęd zapędzamy.
Był
pewien kanclerz Rzeszy nielubianej,
Którego
wcale dziś nie podziwiamy,
Chociaż
był sławnym wiedeńskim malarzem,
Lecz
nie z powodu dzieł, a polityki,
Co
się odbiła sześcioletnim stażem,
Gdy
robił z ludzi mydła i guziki.
Kochał
zwierzęta i nie jadł ich wcale! -
W
owej materii był rygorystyczny.
I
powiem jedno!, być może zuchwale,
Nie
był to człowiek dobry ani śliczny,
Choć
prawił z gracją równe farmazony
O
dobrobycie i wyjątkowości.
Krwią
zwierząt, owszem!, nie byłże skropiony.
Miał
na sumieniu tylko (?!) ludzkie kości.
Czy
zatem talerz w owym świetle faktów
Jest
potwierdzeniem człowieka w człowieku?!
Zaznaczę
szczerze, być może bez taktu,
W
dwudziestym pierwszym będąc dzisiaj wieku,
Że
tą "logiką" nigdzie nie dojdziemy,
Co
mnie przeraża oraz niepokoi.
Widzę
jak mądrość schodzi dziś ze sceny,
Kolejny
kanclerz-malarz w progu stoi,
Bo
oto ludzie zwierzęta hołdują,
Braci
swych mniejszych w nich się dopatrując,
Ludzi
zaś gorzej niż trzodę traktują,
Wrogów
swych wizji w nich się doszukując.
Miał
paplaniny
gnije
bezdusznością.
Miłość,
szacunek oraz tolerancja
Niosą
się w przestrzeń swą dwulicowością,
Gdy
ma być tylko nic, prócz "Moja racja!".
Milczę,
na zdania się nie wymieniając
Z
człekiem pokroju tylko dyktatora.
Zaś
na uwadze homo sapiens mając,
Przemówić,
widzę, już najwyższa pora.
Zatem
tym wierszem do Was apeluję,
Których
mózg, serce nie uległy gniciu.
Waszego
wsparcia duch dziś potrzebuje,
Żeby
myślenie ostało przy życiu!
grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl