Przede mną droga w plecionym tunelu
Z drzew, które zrastają się gałęziami,
W kierunku myślom nieznanego celu,
Co się, być może, mija z marzeniami.
Strużką się ścieżki daję krokom ponieść,
Nie dostrzegając w niej zakrętu, końca.
Staram się w dłoniach światło wiary donieść,
Gdyby zabrakło na pociechę słońca,
W jutro, co które... może nie nastanie,
Lepsze od tego dnia zachodzącego.
W dal mnie przyciąga weń nawoływanie
Pragnienia we mnie nieokiełznanego,
Którego nawet określić nie umiem,
Które żywiołem me trzewia rozpala,
Którego również wcale nie rozumiem
A które niechęć w nokaucie powala.
Idę więc, idę przed siebie ciągniona,
Na ścieżce ciało w śladach zostawiając,
Jakobym była wiatrem prowadzona,
W napór powietrza jak ryba wpływając
I się beztrosko w przestrzeni unosząc
Doznań mych sennych na jawie przeżyciem,
Milczeniem krzyku w głowie mojej płosząc
Wszelakie ptactwo schwytane o świcie
W sieć słuchu, który wrażliwość zadziwia
I się wymyka zmysłom spod kontroli,
Dzięki któremu staje się prawdziwa
Mądrość ziarenka kosztowanej soli
Wyciskającej łzy ludzkiej niemocy
Zakorzenionej wszak w każdym człowieku
Niezdolnym przecież do bycia w wszechmocy
Wbrew dojrzałego jak na lata wieku.
Wchodzę po szczeblach cieni rozłożonych
Na szczyt, z którego spojrzę w dół na przeszłość.
W blasku doświadczeń niełatwych, minionych
Rozpoznam w sobie bezcenną stateczność,
Po czym usiądę, patrząc na obłoki,
Które pode mną będą dryfowały.
Poznam, że długi świat oraz szeroki
Z tej perspektywy jest jedynie mały,
Że nic, co było wręcz niezastąpione,
Priorytetowe niemal bez wątpienia,
Jest przez człowieka tylko przecenione,
Niegodne nad nim nawet pochylenia.
Przylgnę plecami do trawy zroszonej
Potem wysiłku oraz poświęcenia.
Będę w tej chwili beztroską ochrzczonej
Spijać jedynie stan zadowolenia...
To mnie uskrzydla oraz motywuje,
By upadając, nie przylgnąć do bruku,
I dnia każdego usilnie próbuję,
Żeby nie spocząć na laurowym puchu.
Idę tą drogą w plecionym tunelu
Z drzew, o korzenie ich się potykając,
W trudach mozolnych i cierpieniach wielu
Nadzieję bycia zwycięzcą wciąż mając.
Kalendarz leci pod stopy kartkami
Sfruwającymi ze zbocza w podnóże...
Przykryję ciało kiedyś obłokami
I się w gwiazd toni oczami zanurzę,
I będę leżeć niczym na biwaku
Szelestem lasu do snu kołysana,
Się upajając nieważkością czasu
W głębokiej ciszy do białego rana
Z książką przy piersi jakby z moim dzieckiem
Karmionym duszy mej kreatywnością.
Będę się cieszyć niebywałym szczęściem,
Które przychodzi razem z samotnością.
Kiedy więc przyjdzie nazbyt głośna chwila
Z tych przywilejów mnie okradająca,
Porwie me kroki dróg w nieznane mila
Spokój mej duszy marszem ratująca.
I tak zostawię za sobą wspomnienia,
Zapiski myśli pośpiechem urwane.
Jeśli nie zdążę... mówię: "Do widzenia"...
Może się spotkać jeszcze będzie dane.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz