poniedziałek, 6 lipca 2026

WIDZĘ SIEBIE

Coraz się częściej widzę, Panie Boże,

Jako dziewczynkę, co ręce wyciąga

Ponad pokornie pochylone zboże...

Droga mym nogom chyba już urąga...


Patrzę na siebie, Ojcze Ukochany -

Na włosy lśniące zachodzącym słońcem

Wplecione w kłosów szeleszczących łany,

Które się ciągną niewidzialnym końcem;


Na dłonie drobne piór w palcach spragnione,

Zrywne, by rzeźbić atramentem w słowie;

Na skronie kwiatem polnym ozdobione

Jakoby wiankiem myśli na mej głowie;


Na usta, które zdają się nieskłonne

Do beztroskiego muśnięcia uśmiechu,

Ale powagi zadumanej chłonne,

Mimo tak jeszcze niewinnego wieku...


Patrzę też w oczy niemal nieprzytomne

W piwnym odcieniu światła zachłanności,

Po dzień dzisiejszy samotnie bezdomne,

Choć przepełnione żywiołem miłości...


Czemu do siebie tak często powracam,

Mimo że tego wcale nie planuję?

Idę ku wschodom, lecz nagle zawracam

I swe dzieciństwo ciągle celebruję


Z tęsknotą w sercu, co mi nie pozwala

Usiąść przy kawie z tą we mnie dorosłą,

Co nostalgicznie mój umysł zniewala...

Czyżby mnie życie, Boże mój, przerosło?


Wpatruję łzami zwilżone źrenice

W syna - w mężczyznę ledwo dorosłego

I wtem wzruszeniem płoną zwiędłe lice...

Byłabyś dumna - szepczę do niej - z niego -


Do tej dziewczynki we mnie istniejącej,

Co za skowronkiem spojrzeniem ucieka,

Leżąc z radością roztropną na łące,

Którą podmyła... zdarzeń mętna rzeka.


Trudno mi pojąć... Oto ta dziewczynka

Z czubkami sosen wirująca w lesie

Zostanła matką - matką mego synka,

Który mi szczęścia tak wiele przyniesie


I trosk jednako rodzicielstwu znanych,

Wynikających z zaszczytu miłości...

W jej to ramionach bywał kołysany -

W tych, w których bez się fioletowy mościł


I psy bezpańskie, co jakoby ona,

Ciągnęły ciężar smutku rażącego

Na pochylonym koniuszku ogona,

W drodze łap ślady zamiatającego...


Ach, ta dziewczynka z wróbli taborami

Spod stóp się w niebo rozpryskującymi,

Z kolorowymi kredek bukietami

I z marzeniami odrywającymi


Jej byt od Ziemi w wymiar niezmierzony

Fantazji dzikiej, i nieposkromionej...

Widzę jej obraz i to nie zamglony

W mej świadomości nad wyraz przytomnej...


Jest jak na dłoni, lecz wiecznie tęskniąca,

Niepasująca do miejsc oraz ludzi,

W nieodgadnionym ścieżek szukająca.

Widać jak inność się w niej głodna budzi


Piękna, co obce przyziemności bywa,

Doznań trawiących ją wręcz od środka...

Ileż tajemnic ta dziecina skrywa

Silna nadludzko, a z pozoru wiotka?


Coraz ją częściej widzę, Panie Boże.

Na moich barkach jej ramiona czuję.

Siedzi na plecach mych o każdej porze

I mnie rączkami czule obejmuje


A ja ją niosę na sobie jak plecak

Mej tożsamości - tego kim dziś jestem.

Ten we mnie żywy, Panie Boże, dzieciak

Bije w mej piersi niestrudzonym sercem,


Więc póki żyje i mnie sił nie braknie,

Lecz kiedy zaśnie i w kark mój się wtuli,

Oko wygasłe mą powiekę zamknie,

Dusza odejdzie zaś w nocnej koszuli...


I tyle po nas, Panie, pozostanie:

Zarosła ścieżka, którą pies podrepcze;

Szukając tropu, gdzieniegdzie przystanie;

Nas wypatrując, ślad wszelki zadepcze.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz