poniedziałek, 13 lipca 2026

ŚMIERĆ ARTYSTOM!

Akustyka sali zakasłała brawami...

Para dłoni, klaszcząc, roztrzaskała pył kurzu

Unoszącego się w ciemnych światłach smugami

Obsypującego się z policzków mych różu...


Cisza drapała miotłą między fotelami

Trzeszczącymi, jęczącymi pod samotnością

A kroki dusiła w dywanie obcasami

Monotonnie jednakową częstotliwością...


Ktoś przeciął pępowinę, gasząc reflektory...

Wtem życie w aktach stanęło mi przed oczami

A z ciemności wypełzły nagle lęków zmory,

Że kurtyna zapadnie powiek zasłonami...


Czy to jest prapremiera, czy występ ostatni?

Może próba, na którą nikt prócz mnie nie przyszedł?

Jesteśmy jeszcze komuś choć trochę przydatni?...

Nad sceną jak na szelkach, mam wrażenie, wiszę.


Halo! - wołam, a echo głos mój parodiuje,

Szydząc ze mnie ukryte gdzieś w mrokach widowni.

Zdaje mi się, że wszystko wokół mnie wiruje...

Widzę twarze, więc krzyczę - Jesteście niesłowni


Wy, coście mnie karmili jedynie kłamstwami,

Obejmując ramieniem jako przyjaciela!

Przestrzeń, milcząc, żongluje moimi myślami.

Kryzys Sztuki dziś światu boleśnie doskwiera.


Teatr pachnie przyjemnie starymi deskami.

Widzę słoje stóp ludzi, którzy w nie wsiąknęli.

Szepty rozmów wciąż błądzą gdzieś za kulisami.

Drzwi za sobą kasjerzy dawno zatrzasnęli,


Garderoby zaś zieją pustką niczym studnie,

W których wody już nie ma, a jedynie susza.

Słońce może tu zajrzy, najpewniej, w południe,

Gdy nad dachem przechodzi i na zachód rusza.


Matowieją w nim szyby okien zaślepionych

Bielmem brudu, co z ulic ku murom podpływa.

Tłumy stoją na skwerkach ludzi zachwyconych

Człekiem w majtkach, co z głowy włos, mlaszcząc, wyrywa


I podchodzi do osób wokół zgromadzonych,

W ich źrenicach się sobie bacznie przyglądając,

Po czym głosi nieskładnie jakieś farmazony,

Za poezję majaki w bełkocie uznając.


Śmiech głupoty przebija się do znieczulenia,

Niemo-głucha hołota więc ją koronuje

Na elitę i sztukę godną wyróżnienia,

Choć poziomem swym na nic ta nie zasługuje.


Patrzę na to przez okno zmurszałej świątyni,

W której płaczą i Szekspir, Verdi czy też Mozart,

I Sofokles, i Molier, Michał Anioł, Puccini...

Wszyscy, których zdeptała życia szara proza...


Ściany łkają ich szlochem nad dziurawą sceną

Przemywaną dnia blaskiem zbudzonego miasta.

W kącie żalu przycupnął ledwo brzmiący D-moll

I kurtyna pajęczyn wisi falbaniasta.


Lud nazywa wariatów dzisiaj artystami.

Popularność, nie talent, o tym decyduje.

Kicz się staje, wbrew faktom, wielkimi dziełami,

Przez co Sztukę prawdziwą tym detronizuje,


Której szukam w galerii, w teatrze, w księgarni -

W miejscach, co to pod młotek aukcyjny trafiły.

Atramentem nie pachną zaplecza drukarni.

Pięciolinie się w sztuczny intelekt wtopiły...


Smutek zalał ulice i śmierć nastąpiła.

Człowiek diabłu swą duszę za bezcen odsprzedał.

Pseudo-sztuka artystów pod mostem wybiła.

Cień ich pasji, talentów się w podziemia przedarł.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz