czwartek, 23 lipca 2026

W SZAMPANIE

Coraz mi ciężej złożyć z sobą dłonie,

Związać je sznurem paciorków różańca,

Chociaż ma dusza tym pragnieniem płonie...

Ciało zaś zda się pokutą skazańca.


Myśli jedynie wierne są modlitwom,

Lecz tym swobodnym jak prosta rozmowa.

Czas mnie podcina jakby trzcinę brzytwą,

A mimo tego odrastam od nowa


Wraz z wschodem słońca, które się kołysze

Na chmur hamaku nocą malowanych,

Płosząc ów ruchem śpiącą jeszcze ciszę,

Szelestem błogim drzew w bukiet zebranych.


Dzień, w jaki wchodzę, niczym cud traktuję.

Nikt, że się zbudzę, wszak nie gwarantował.

Za świt, że jestem, więc Bogu dziękuję,

Bowiem kolejny dzień mi podarował.


Jakże nie chwalić Stwórcy tegoż cudu,

Który z wszech stron mnie przestrzenią opływa?

Jakże nie złożyć mej wierności ślubu,

Gdy taki splendor na me członki spływa?


Orzeźwiające i chłodne powietrze,

Które na wskroś mnie świeżością przenika,

Zapachy ziela i rosy na wietrze

I mgła jak para, co bucha z czajnika,


Wilgoć kojąca, która mnie obmywa

Nadziei strugą na to, co nadejdzie... -

To wszystko sprawia, że jestem szczęśliwa.

Biegam oczami z tą radością wszędzie


Jakoby dziecko, w podskokach fruwając

I zahaczając o traw pióropusze,

We włosy wstążki pajęczyn wplatając,

Zdobiąc w ten sposób rozśpiewaną duszę.


Dziękuję, Boże, za te przywileje,

Którymi świat mnie natury obdarza.

To dzięki temu tak często się śmieję,

Smucić na co dzień zaś rzadko się zdarza.


Upadam czasem, gdy sił mi już zbraknie,

Zwłaszcza że los mnie na rękach nie nosi,

Ale świadomość życia chciwie łaknie

I o współczucie czy litość nie prosi,


Więc się podnoszę i idę natchniona

Tą to ufnością, że dziś lepiej będzie.

Czuję przez Boga się wciąż prowadzona

I widzę dobro, gdzie nie spojrzę, wszędzie.


Jak nie dziękować za karmę oddechu,

Za dotyk, co mi otuchy dodaje,

Za wzrok, co krąży niczym ptak w pośpiechu,

Wszem rozciągając spojrzenia ruczaje,


Za słuch, co podziw i wzruszenie budzi,

Za smak, co rozkosz i wstręt definiuje,

Za ciało, co się przyziemnością trudzi,

Za duszę, co mnie z opresji ratuje?!


Tyleż powodów mamże do wdzięczności,

Że aż nie sposób listy zeń utworzyć,

Bowiem w przypływie mej szczerej miłości

Owych powodów ilość mogę mnożyć


I nie są rzeczy to w pełnej sakiewce,

Dla jakiej diabłu człek się siebie zrzeka,

A często drobne, widoczne w soczewce

Jak kropla wody, którą pluszcze rzeka,


Jak brzęk, co chlupie o parapet deszczem,

Światło poranka w drzewach przesiewane,

Źdźbła wibrujące przy zachodzie świerszczem

I babim latem niebo pozłacane,


I szelest liści czy szum tataraku,

I łoskot śniegu, co bielą się prószy,

I klucz w obłokach wędrujących ptaków,

I sad, co kwiatem jak pianą się puszy...


Dziękuję, Panie, za wszystko dokoła,

Czego nie skąpisz, nigdy nie skąpiłeś!

Serce wdzięcznością mą do Ciebie woła

Za to, co dla mnie tak pięknym stworzyłeś,


A czego ująć słowem nie potrafię,

Chociaż się staram w wielkiej gorliwości.

Nie zasłużyłam, a jednak się pławię,

Niczym w szampanie, w Twej, Boże, hojności.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz