piątek, 17 lipca 2026

STOJĘ W MIEJSCU

Zawisły w kłębach granatowe chmury

Bladą szarością gdzieniegdzie przetarte

I postrzępione na błękitne wióry

W kobalt głęboki jakby pędzlem wtarte.


Niebo piętrzyło się chmur tumanami,

Bryłą ciężkości dymów opadało,

Rozczłonkowane jakoby bruzdami

Słońce o świcie w warstwach swych chowało


I zdałoby się, że niebawem runie,

Się roztrzaskując o ziemię wręcz z hukiem

W apokalipsy czarno-krwistej łunie,

Śmierć obwieszczając swym złowieszczym mrukiem,


A ono nawet nie drgnęło nade mną,

Wisząc kamieni zrośniętych granatem.

Wszem się zrobiło niebywale ciemno

Pod płowiejącym i blednącym światłem.


Widok ów nieba porwał mnie za serce.

W żaden się sposób oprzeć mu nie mogłam.

Stojąc, szeroko rozłożyłam ręce

Zjawiska tego wręcz zachłannie głodna.


Milimetrami skóry je chłonęłam,

Spojrzeniem w chmur się gąszcze zapuszczając.

Pierś mą ku niebu niczym łuk napięłam,

Nic do stracenia w tej chwili nie mając.


I zazgrzytało jakby skał wstrząśnięciem,

Krzemieni tarciem wrogo powarkując.

Deszcz nagle lunął niczym na pstryknięcie,

Kroplami ziemię wściekle bombardując,


Więc te dudniły, szkłem się roztrzaskując,

W membranę gruntu pałką uderzając

I jej wibracją z zaświatów zwołując

Tłumy szamanów, co tańczą, wgniatając


Piętami w rytmie jakoby w moździerzu

Wodę w pył piachu chrupiącego ziarnem...

A na nich szaty w kolorowym pierzu,

Szeleszcząc, pachną przemoczonym wiatrem...


Indian plemiona wirują jak w transie,

Tworząc wodospad oberwanej chmury.

Niebo się błyska w tym mistycznym czasie

Porozcinane przez iskier kontury,


Którymi ogień jak strzałami ciska

W tors chmur gotowych zmiażdżyć sobą Ziemię...

Grzmi oraz ryczy i z wszech stron się błyska.

Pęcznieją gniewem demoniczne cienie,


Jak sfora warcząc, co jest na łańcuchu,

Przez co w niemocy pianą z pyska pluje,

Gdyż jej na nieba bezwzględnym posłuchu,

Wbrew to któremu wściekle atakuje.


Idę i moknę deszczem podtapiana.

Strugi ulewy chłoszczą mnie brutalnie.

Idę i pływam deszczem zalewana.

Woda mnie liże kroplami zachłannie.


Chociaż się błyska i grzmi niebezpiecznie

Jak potwór, który z otchłani wypływa,

Który, gdy tylko się przebudzi, wścieknie,

Ziemię kłem złości na strzępy rozrywa,


Nie chcę uciekać, ale kontemplować

Ów żywioł niemal z dziecięcą radością.

Mogę tak moknąć, byle celebrować

Burzę tę z godną jej piękna miłością.


Lęk z ekscytacją mnie wręcz rozpalają

I zachwycają natury potęgą.

Chwile tak proste mnie uszczęśliwiają!

Ja stoję w miejscu, choć inni gdzieś biegną.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz