Zawisły w kłębach granatowe chmury
Bladą szarością gdzieniegdzie przetarte
I postrzępione na błękitne wióry
W kobalt głęboki jakby pędzlem wtarte.
Niebo piętrzyło się chmur tumanami,
Bryłą ciężkości dymów opadało,
Rozczłonkowane jakoby bruzdami
Słońce o świcie w warstwach swych chowało
I zdałoby się, że niebawem runie,
Się roztrzaskując o ziemię wręcz z hukiem
W apokalipsy czarno-krwistej łunie,
Śmierć obwieszczając swym złowieszczym mrukiem,
A ono nawet nie drgnęło nade mną,
Wisząc kamieni zrośniętych granatem.
Wszem się zrobiło niebywale ciemno
Pod płowiejącym i blednącym światłem.
Widok ów nieba porwał mnie za serce.
W żaden się sposób oprzeć mu nie mogłam.
Stojąc, szeroko rozłożyłam ręce
Zjawiska tego wręcz zachłannie głodna.
Milimetrami skóry je chłonęłam,
Spojrzeniem w chmur się gąszcze zapuszczając.
Pierś mą ku niebu niczym łuk napięłam,
Nic do stracenia w tej chwili nie mając.
I zazgrzytało jakby skał wstrząśnięciem,
Krzemieni tarciem wrogo powarkując.
Deszcz nagle lunął niczym na pstryknięcie,
Kroplami ziemię wściekle bombardując,
Więc te dudniły, szkłem się roztrzaskując,
W membranę gruntu pałką uderzając
I jej wibracją z zaświatów zwołując
Tłumy szamanów, co tańczą, wgniatając
Piętami w rytmie jakoby w moździerzu
Wodę w pył piachu chrupiącego ziarnem...
A na nich szaty w kolorowym pierzu,
Szeleszcząc, pachną przemoczonym wiatrem...
Indian plemiona wirują jak w transie,
Tworząc wodospad oberwanej chmury.
Niebo się błyska w tym mistycznym czasie
Porozcinane przez iskier kontury,
Którymi ogień jak strzałami ciska
W tors chmur gotowych zmiażdżyć sobą Ziemię...
Grzmi oraz ryczy i z wszech stron się błyska.
Pęcznieją gniewem demoniczne cienie,
Jak sfora warcząc, co jest na łańcuchu,
Przez co w niemocy pianą z pyska pluje,
Gdyż jej na nieba bezwzględnym posłuchu,
Wbrew to któremu wściekle atakuje.
Idę i moknę deszczem podtapiana.
Strugi ulewy chłoszczą mnie brutalnie.
Idę i pływam deszczem zalewana.
Woda mnie liże kroplami zachłannie.
Chociaż się błyska i grzmi niebezpiecznie
Jak potwór, który z otchłani wypływa,
Który, gdy tylko się przebudzi, wścieknie,
Ziemię kłem złości na strzępy rozrywa,
Nie chcę uciekać, ale kontemplować
Ów żywioł niemal z dziecięcą radością.
Mogę tak moknąć, byle celebrować
Burzę tę z godną jej piękna miłością.
Lęk z ekscytacją mnie wręcz rozpalają
I zachwycają natury potęgą.
Chwile tak proste mnie uszczęśliwiają!
Ja stoję w miejscu, choć inni gdzieś biegną.
grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz