Każdego dnia mnie zaskakujesz, Panie,
Ciszą, co która jestże najpiękniejsza,
W której wręcz echa nieme oddychanie
Jak partytura tonów najgłośniejsza
Tembrem drgań oraz zastygłych wibracji
Przebija ucha błonę bębenkową
I niczym burza milczących owacji
Wiruje ulem nad uśpioną głową
Wychwytującą anielską czujnością
Zmysłów o ponad ludzkiej wrażliwości
Dźwięk ugniatany miękką puszystością
Gwiazd kołyszących się na wysokości
Za wschodem słońca w lodowym błękicie
Zmrożonym bielą obłoków jak kredą
Wcieraną w kartki w drzemiącym zeszycie
Będącym dla mnie literacką schedą,
Po którą sięgam spragniona bliskości
Duszy łkającej we mnie ze wzruszenia...
Zjawiskiem ciszy jak bochnem miłości
Karmię korzenie własnego istnienia...
I się nadziwić nie mogę, mój Panie,
Że w afonicznym tunelu przestrzeni
Słychać jest nawet matowe smeranie
Babiego lata o struny promieni...
Stoję u progu wschodzącego światła,
Akordem ciszy się wręcz upajając,
W którym to nuta - również ta wyblakła -
Hałas zagłusza, sopran przebijając.
Nie drżę i oddech w piersi zatrzymuję,
Żeby nie spłoszyć ciszy rozmodlonej,
I z czcią, z wdzięcznością jej się przysłuchuję,
Śpiewając ciszą ciszy weń spojonej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz