Pośród silników, spalin i stukotu
Gwoźdźmi obcasów w beton wbijanego,
Wśród myśli gwarnych, pośpiechu, kłopotów
Widzę człowieka tym przytłoczonego,
Z którym się Ziemia jak w tańcu obraca
Wokół płomieni ognistego Słońca...
Wychodzi z domu i doń późno wraca.
Powtarzalności tej wręcz nie ma końca,
A życie ciągle go przy tym pomija,
Czas niczym lichwiarz odeń żąda więcej -
Owa rutyna człowieka zabija,
Ciągnie za sobą więc w niemocy ręce.
Samotność przy nim się zadomowiła,
Będąc nieznośnym dlań współlokatorem.
Pokoje milczą jak w lesie mogiła,
Cisza szeleści nad nim czarnym worem,
Co do którego zeń rzuca uczucia,
Czyniąc człowieka tworem jałowości.
W owym procesie mozolnym wyzucia
Rodzi epoka się obojętności.
W okna zagląda pobudzone miasto,
Co się uporać trudzi z bezsennością.
Mimo przestrzeni jest ciaśniej niż ciasno.
Łudzi się człowiek na co dzień wolnością,
U władzy ludziom jak pies aportując
Z bezczeszczonymi w płaszczu kieszeniami,
A, być szczęśliwym ułomnie próbując,
Wciąż się otacza różnymi rzeczami,
By sobie kupić poczucie wartości,
Co do którego nie jest przekonany...
Widzę człowieka, co woła: "Litości!",
Choć sam dla siebie nie bywa słyszany...
Później... umiera niemal bezimiennie...
Świat owej straty nawet nie dostrzega.
Żył, by pracować, i skończył mizernie.
Wspomnienie o nim na chodnik wybiega
Wynoszonymi z domu przedmiotami,
Na których spoczął linią papilarną.
Stoi przed progiem zbędnymi rzeczami,
Z zaświatów patrząc na ulicę gwarną,
A tłum go mija jakoby powietrze,
Którym oddycha, choć go nie docenia.
Bezradnie krzyczy ów człowiek na wietrze
W hałasie liści nieme: "Do widzenia!"...
Rozgrabią rzeczy stojące przed progiem
Lub je wyrzucą a z nimi człowieka...
Wierzył naiwnie, że jest sobie Bogiem,
A dziś w przedmiotach na rozbiórkę czeka
Bez etykietki z imieniem, z nazwiskiem,
Bo cóż to kogo w ogóle obchodzi.
Kupa rupieci jest człowieka zyskiem,
Z którą ów człowiek w niepamięć odchodzi.
grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz