wtorek, 30 września 2025

SEN NA JAWIE

Szarym konduktem kłębią się chmury.

Jasność się sina przez nie przebija.

Drzewa zaś płoną w liściach purpury.

Zieleń, złociście blednąc, przemija.


Kasztany rdzawym więdną kolorem.

Wilgoć się zrasza na pajęczynach.

Dzień się wydaje wczesnym wieczorem,

Choć się ospale, ledwo zaczyna.


W oddali dzwony biją kościelne,

Trzepotem skrzydeł echa drażnione.

Trzeszczą gałęźmi krzewy bezsenne

Przez stada wróbli wręcz rozstrojone.


Łabędzie szyje róż, co dziczeją,

Koral owoców sznurem oplata.

Na wiatru grzbiecie strzępy płowieją

Nici tęchnących babiego lata.


Deszczem przesiąka powietrze mgliste,

Choć łez nie roni niebo posępne.

Głóg jeno krople dźwigając krwiste,

Jest niczym kosze czerwieni pełne,


Z których spijają ciszę sikorki,

Szczebiocząc dźwięcznie oraz dyskretnie.

Z traw wyplatane, parciane worki

Zdradzają, że jest niemal bezwietrznie...


A mnie w scenerii tejże jesieni

Na jawie śni się wczesne przedwiośnie.

W kleksach roztopów ziemia się mieni.

Rudzik się niesie trelem radośnie...


Na progu domu stoję w zadumie,

Patrząc na sople z dachu kapiące.

W nagich konarów świstach i szumie

Znajduję tony zmysły kojące.


Za mną się w kuchni kaflowej kruszą

Drwa płomieniami na proch węglone;

W zupie się grzyby suszone duszą

Kożuchem skwarek, cebul kraszone


I barszczem gęstym hojnie zalane,

Co aromatem kwasi powietrze;

Na blasze skwierczą powykładane

Ziemniaki, które językiem łechce


Ogień pod fajer zwartą obręczą,

Co szczelinami zdają się topić,

Gdy w palenisku iskry się wiercą

Jakoby miały ów żywioł rozbić


Na mak drobniutki żaru, co pachnie

Żywicą szczepy, chrustu leśnego,

Dymu, co który wolności łaknie,

Z komina lecąc murowanego


Jakoby w niebo bezchmurne kluczem

Się kojarzącym z ptaków powrotem...

Pod butem z gumy śnieg płynny pluszcze,

Brudną się bielą topiąc pod płotem...


I barwa głosu ciepła mej babci,

Która pieczywo nożem rozcina,

Kiedy, szuraniem kręcąc się kapci,

Stół już nakrywać dla nas zaczyna


I kiedy dzwoni sztućców bukietem

Czy ceramicznym dudni talerzem,

Kiedy rękoma gładzi serwetę

I kiedy woła nas na pacierze,


Po których czuję smak zalewajki

I na zaczynie chleba chrupkiego,

Z fajer zebrane i opiekanki -

Ziemniaka blachą podpiekanego...


Tym snem na jawie niespodziewanym

Świat się rozdwaja na: teraz - wtedy.

Powietrze pachnie drewnem zwęglanym -

Kadzidłem mojej bezcennej schedy.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz