Jeszcze śpi miasto w cieplutkich pieleszach.
Gwiazd mak rozsiany nadal skrzy się srebrem.
Wiatr szum z szelestem, spacerując, miesza.
Noc płowo świeci księżycowym berłem...
I choćby z piersi krzyk pragnął się wyrwać,
Sen, co się mości w przestrzeni, go zdusi -
Ów nabożeństwa nie sposób jest przerwać...
Ono, bezsprzecznie!, trwać po prostu musi,
W głównej więc nawie cisza niezmącona
Pod latarniami, co nieśmiało świecą,
Klęczy w modlitwie szczerze pogrążona...
Słów jej bezdźwięki w niebo jak ćmy lecą.
Krok mój w obuwiu o miękkich podeszwach
Śmie akustyką profanować sacrum.
Choćbym na boso chodnikami przeszła
Brzmiałabym, idąc, niczym epitafium,
Zatem zamieram w kolumnach latarni,
Przed siebie patrząc w świata wschodnią stronę...
Zapach się wplata w powietrze z piekarni
A w nim pieczywo do pieca włożone,
Przez co mnie nastrój spokojem zalewa,
Poczucie budząc bezpiecznej radości,
Błogość w mej duszy owocem dojrzewa,
Usta całując me sokiem słodkości...
I wtem nieboskłon pęka różu nicią!
Niczym z skorupki słońce się wylęga,
Wypełza z mroku złota cienką wicią,
Która się żarzy jakby ognia pręga.
Trzask nieba słyszę, gdy je światło kruszy,
Ciemność na popiół jasnością spalając.
Mgła jak kadzidło nad ziemią się puszy,
Rosą na trawie się dżdżyście skraplając.
Nie pozwól, Panie, by nam ktoś odebrał
Przywilej bycia w tym właśnie momencie!
Nie pozwól, aby człowiek w strachu żebrał
O ów beztroski wręcz bezcenne szczęście
Jakim są wschody wyspanego słońca
Nie w zgliszczach wojny i w krwi oceanach,
Której się przestwór rozlewa bez końca,
W której się trupach grzęźnie po kolana!
Oczyść nas, Panie, ode zła wszelkiego,
Co niczym robak zżera nasze dusze!
Nie pozwól życia nam dźwigać martwego
I zabierz od nas tych udręk katusze!
Pozwól nam budzić się w ciepłej pościeli
Z nadzieją w sercu, która towarzyszy,
Kiedy się słońca pierwszy promień ścieli,
W błagalnych modłach i dziękczynnych ciszy!
Pozwól nam, Panie, Ciebie adorować
W każdej drobince naszego istnienia!
Pozwól pokojem nam się delektować
I godnie dźwigać znoju umęczenia!
Nad nami władzę przejmij, Drogi Panie,
Aby demony się w nas nie zbudziły!
Niechaj na straży Twoja wola stanie,
Żeby nas żądze, Boże, nie zdradziły!
Pochyl nad nami się, Czcigodny Panie,
Choć lud niegodny jest Tej łaskawości!
Niech to poranne me z serca wołanie
Rozpali ludzi ogniem Twej miłości!
A tych, co dachu nad głową nie mają,
W ramionach, Ojcze, przenoś jako dzieci!
Niech im natury żywioły sprzyjają
I ciepłe słońce w mroźne dni niech świeci,
A deszczu krople niech obok spadają
Dopóki gniazda sobie nie uwiją,
Wiatry upiorne niech ich otulają
I kokonami pościeli się wiją!
Że mnie wysłuchasz, z tą nadzieją, Panie,
Trud codzienności z pokorą przyjmuję.
Kończąc jednakoż próśb moich błaganie,
Żeś mnie dziś zbudził wraz z świtem, dziękuję.
grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz