piątek, 10 lipca 2020

DO CIEBIE


mojemu bratu
Bracie mój,… los Cię złamał jak trzcinę przy drodze,
Ludzie Cię omijali z wielkim uprzedzeniem.
Co, złe Ciebie spotkało, wymazać nie mogę.
Twe rany opatruję za Ciebie modleniem.

Idziesz na dno, bo toniesz w Swej duszy cierpieniu.
Nikt przenigdy do Ciebie ręki nie wyciągnął,
Bo w dzieciństwie, mój Drogi, na przekór wszystkiemu
Ludzki gniew nas w otchłanie przekleństwa pociągnął.

Sami sobie byliśmy wsparciem i okrętem,
Sami sobie na oślep kierunek sterując.
Ja się już pogodziłam, jakby było święte
To, co Ty ciągle depczesz, Siebie nie szanując.

Bóg nas stworzył na własny obraz, podobieństwo,
Więc mieliśmy talenty niebanalnej marki,
Ale skądś wypłynęło bezwzględne przekleństwo –
Ktoś przestawił złośliwie nam nasze zegarki,

Więc się ciągle mijamy z naszym przeznaczeniem
Jakby nie o tej porze i nie w danym miejscu
Miało się odbyć z losem wspólne umówienie…
Przyglądamy się z żalem gasnącemu szczęściu…

Ciągle Ciebie pamiętam na łące wśród kwiatów,
Kiedy pszczoły łapałeś z palców ostrożnością,
Kiedy się przyglądałeś we szczegółach światu,
Pochłaniając naturę z pasją i miłością.

Gdyby ktoś wtedy Tobie szansę podarował,
Byś się mógł spełniać w pasji Swej umiłowanej,
Może byś jak przyrodnik po świecie wędrował,
Spisując Swych spostrzeżeń bezcenny testament,

Ale miałeś złamane dzieciństwo i szkołę,
W której Cię nauczyciel gnębił i katował,
A przez to wśród kolegów życie niewesołe,
Więc żeś siedział po dziurach, często wagarował,

A Twa pasja na łożu konania płakała,
Wyciągając do Ciebie – chłopca zdeptanego
Dłoń na pożegnanie, gdy do Ciebie szeptała
Słowa szczere, bolesne: „Przykro mi kolego”.

To zdarzenie zabiło w Tobie tego chłopca,
Który śledził naturę z ogromnym oddaniem…
Dziś osoba, co w Tobie, całkiem Ci jest obca,
Więc ją z Siebie wyganiasz nieposzanowaniem

I kieliszkiem próbujesz ją w Sobie utopić,
Zabić, zniszczyć na zawsze nawet kosztem Siebie,
Bo Twa pasja i talent są śladem utopi,
Co z obłędem tęsknoty ciągle woła Ciebie.

Dziś Cię ludzie jak głupca traktują, targają,
Przepychają osądem z większą bezczelnością,
Bo Cię, Drogi mój Bracie, w ogóle nie znają,
Gardzą Tobą i Twoją przyczyną – przeszłością,

Więc tym bardziej me serce krwawi z bezradności.
Tak bym chciała Cię podnieść i oczyścić z błota.
Opadają w niemocy ręce mej miłości,
Bo silniejsza od siostry jest ludzka głupota.

Jeśli Sam nic nie zmienisz – ja Ci nie pomogę.
Nie potrafię w Twym sercu wskrzesić woli walki,
A za Ciebie z Twym mrokiem ścierać się nie mogę.
Nie patrz! wreszcie na Siebie przez zasłonę kalki,

Jakbyś śledził wciąż chłopca, jakim kiedyś byłeś
I za którym wciąż tęsknisz, chociaż nieświadomie.
Wiem, że tak, jak pragnąłeś, czasu nie przeżyłeś
I że chcesz, aby nastał Twej wędrówki koniec.

Spróbuj jednak raz jeszcze podnieść się z upadku.
Jesteś moim Braciszkiem w niebieskich spodenkach
Ze słońcem w jasnych włosach pośród polnych kwiatków.
Modlę się by odeszła od Ciebie udręka,

Ale jeśli nie zdołam wyprosić tej łaski,
Niech nam Pan Bóg Królestwem wynagrodzi straty
I tą prośbą zagłuszę krytyk podłych wrzaski,
Boś jest chromy Swym ciałem, lecz duchem bogaty.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz