wtorek, 10 marca 2026

WE-SŁONE MIASTECZKO

 Świat się wciąż kręci, lecz jak karuzela,

Na której błaznów wstrętnych nie brakuje -

A ich głupota spode łba spoziera

I nienawiścią mądrości w twarz pluje.


Wokół śmiech słychać niczym katarynkę,

W której powietrze, rechocząc, fałszuje.

Trudno rozpoznać chłopca czy dziewczynkę,

Bo karuzela zbyt szybko wiruje,


Aż gwizdy wiatru z łańcuchów szarpaniem,

Co krzesełkami przestrzenie biczują,

Zlewa się hukiem, będąc kołataniem,

Dźwięki którego wręcz wściekle szturmują


Bramy piekielne zwarte ryglowaniem,

By zło się z Ziemi nimi nie dostało

W miejsce, gdzie echo jest zębów zgrzytaniem

I dusze trawi ból jakoby ciało.


A ktoś w tle krzyczy gardłem do krwi zdartym,

By jeszcze prędzej się życie kręciło,

Więc obracają kołem drwiące czarty

Z jeszcze mocniejszą w brutalności siłą,


Co od środka jakby pięści ciosem

Strąca z siedziska wirujących ludzi.

Niejeden bańki puszcza w płaczu nosem

Lub obrzygany, spadając, się budzi.


Wrzaski i piski zlatują lawiną,

Zdradzając strachu pełne niemal gacie.

Nikt już nie pyta, czyją to jest winą,

Że niczym wariat po orbicie gna się,


Jeno się każdy ów łańcuchów trzyma,

Co pierścieniami zgrzytają złowrogo,

Kiedy przyspiesza obłędu machina,

By się nie zderzyć na miazgę z podłogą.


Świat się wciąż kręci, zwiększając obroty.

Prędkość zmian obraz w plamy rozmazuje.

Szczerzą się kłami posągowe koty,

A każdy łapką w górze wymachuje,


Maneki Neko wznosząc mur obronny

Krainy zysków, chciwej gościnności,

Tworząc majątek przesadnie ogromny

Kosztem żyjących w skrajnej wręcz skromności,


Którzy z portfela nitki wypruwają,

By w blasku świateł stanąć kolorowych.

Kulę u nogi za sobą targając,

Chcą choć na chwilę myśl wyrzucić z głowy,


Co natrętnością na swych mrocznych skrzydłach

Krąży, kłopoty jak ćma celebrując -

Myśl, w której cieniu codzienność już zbrzydła,

Szczęściem jak lichwiarz uliczny handlując.


Spragnieni zatem krztyny pocieszenia

Ciągną na oślep, żeby się zabawić

I żeby troski stanem zapomnienia

Poza miasteczkiem we-sołym zostawić.


Tłum się rozlewa jak wezbrana rzeka

Wabiony szansą na szczyptę radości.

Rozczarowanie w każdym kącie czeka,

Nie okazując naiwnym wdzięczności,


A pod grymasem lepkiej serdeczności

Ręką złodzieja plądrując kieszenie...

Gdzieś ktoś rozrzucił hazardowe kości...

Gdzieś ktoś już przegrał ostatnie życzenie,


Przez co brawami słychać zagłuszany

Płacz zwiastujący bankructwo człowieka.

Obietnicami jest oszukiwany

Smutek, co gwoździem jest do trumny wieka...


I żal zagłusza katarynki granie,

Upiorną nutą jak wiedźma zawodząc,

Co wywołuje pokutne skaranie,

W ucho jak ostrzem partyturą wchodząc!


W sklepikach giną rozsypani ludzie.

Każdy wabiony błyskotek wysypem.

Wyrasta buda przy kolejnej budzie

I możliwości uciech niespożyte.


Waty cukrowe muchy oblepiają,

Bo ta przyjemność już nie kusi dzieci,

Które zbyt szybko dzisiaj dorastają,

Przez co dzieciństwo pustką, rażąc, świeci.


Za straganami pełnymi słodyczy

Stoją zgorzkniali, poranieni ludzie.

Każdy z nich uśmiech życzliwości ćwiczy,

Tresując usta drżące w strasznym trudzie.


Baloniarz obok za klauna przebrany

Zaciska w dłoni, lecz bez baloników,

Bukiet drucików jak ziół obskubanych,

Których sprzedawać pragnąłby bez liku.


Na szczudłach chodzi typek podejrzany.

Pociechom kradnie puszczane latawce.

Za tę okrutność winien być skazany,

Lecz sprawiedliwość ignoruje sprawcę.


W koszu na śmieci leżą koguciki,

Motylki, które klaszczą skrzydełkami,

Drewniane klocki i samochodziki,

Pękate pudła z lalkami, z misiami...


Zamiast strzelnicy sex shop postawiono,

Na trampolinie więc libido skacze,

Zmysły żądzami lubieżnymi płoną,

Niewinność w progu zbezczeszczona płacze,


Bo nie wybrzydza popęd seksualny

I nie przebiera w osobników wieku,

Przez co jest dzisiaj nieprzewidywalny,

Czyniąc z relacji płaszczyznę zasieków.


Do mnie ludziska! - krzyczy graf w żupanie,

Zapowiadając nader wyśmienitą

Atrakcję, w której panowie i panie

Mogą wziąć udział z dziatwą niewyżytą,


Więc horda biegnie ku nawoływaniu,

Aby dać upust dzikiej ekscytacji,

By przy dopingu oraz zachęcaniu

Móc wyładować pokłady frustracji;


Dudnią więc kroki galopem zachłannym,

Wpadają w pętlę ogrodzenia z liny,

Gdzie cisza woła z obiektem sakralnym,

Że rzucić kamień może ktoś bez winy.


Na pokuszenie wnet milkną wodzeni,

Bo trzeba zmierzyć się z własnym sumieniem.

Przez grafa jednak korzyścią kuszeni

Czują rosnące w nich zezwierzęcenie


I gdy graf dłonią obiekt pokazuje,

Brwi w górę wznosząc, zęby wielkie susząc,

Tłum niecierpliwie w miejscu podskakuje,

Gdyż w nim instynkty się drapieżne puszą.


Jegomość ręce jak diabeł zaciera,

Który wypatrzył duszę nieświadomą,

Że ku niej zguba przez grę się przedziera,

By jadem węża była ukąszoną,


Bo oto w centrum Krzyż z Bogiem wstawiono -

Ten, kto opluje Jego twarz, wygrywa.

Nagrodę hojną zwycięzcy złożono!

Niejeden charka zatem i wyzywa,


Wulgaryzmami za życie dziękując,

Które ocalił w Cierniowej Koronie,

Kielich Swej Męki z pokorą przyjmując

I gwoździe w stopy, w rozciągnięte dłonie.


Naiwny głupiec - zachęca w żupanie

Jegomość, który podnieceniem płonie,

Że rozjuszyli się panowie, panie

I że pociecha każda gniew ich chłonie -


Kto temu tutaj - na Krzyż pokazuje -

Zawierza wszystko, siebie pomijając.

On wisi, bowiem ludzi okłamuje,

Jak widać, władzy nad niczym nie mając!


Bawcie się, ludzie! - rozpala hołotę -

Życie wszak macie bezpowrotnie jedno!

Róbcie to, na co dziś macie ochotę!

Hedonizm to jest wszak istnienia sedno!


A ten - znów palcem na Krzyż pokazuje -

Przykazaniami wolność wam odbiera,

Od was szacunku innym oczekuje!...

Niechże go trafi dziś jasna cholera!


I na te słowa każdy flegmą mierzy

W twarz Zbawiciela w asyście rozpusty.

Graf wielkie zęby coraz szerzej szczerzy,

Bo opętania hulają zapusty.


Śmiech postradania zmysłów eksploduje.

Hultajstwo warczy, kłami się odgraża,

Człowieka jako padlinę traktuje

I na moralność w ogóle nie zważa,


Zwłaszcza gdy brzęk się monet rozsypuje,

Które w żupanie jegomość rozrzuca.

Graf lud podburza oraz radość czuje.

Gracze, szczekając, wypluwają płuca,


Walcząc o bilon stopami deptany,

Który wybudza w nich bestie drzemiące.

Chrystus na Krzyżu wciąż jest opluwany

Za obiecane przez grafa pieniądze.


W sektorze obok inna propozycja

Dla osobników spragnionych rozrywki -

W brutalny sposób przedstawiona fikcja

Bez jakiejkolwiek filmowej przykrywki,


Więc dzięki temu upust żądzom można

Dać impulsywnie i bez skrępowania,

Bowiem swoboda, a szczególnie zdrożna!,

Spełnia rozrywki tej oczekiwania,


Byle się działo i wrzało, kipiało,

Choćby krew miała bryzgać strumieniami,

Chociażby serce przeciwne cierpiało,

Opowiadając się za wartościami,


Które empatii zawsze przyświecają

I podmiotowo człowieka traktują,

Przez które myśli nie obumierają

Oraz szlachetne uczucia pulsują.


Za tym pałacem strachu oraz bólu

Stoi komora ze szkła zbudowana,

A w niej elita niczym pszczoły w ulu

Przez dostojników jest szczelnie trzymana.


Można obstawiać więc u bukmachera,

Kto bez powietrza najkrócej wytrzyma.

Jeden się z drugim o swe racje spiera,

Gdy się w komorze walka rozpoczyna


O płytki oddech dla kruchego bytu,

Co się próbuje z pułapki wydostać,

Palcami pełznąc po szkle bez uchwytów,

Byle potrzebie przetrwania móc sprostać.


Komora skrapla się w środku parą

I mgłą wypełnia jak ciekłym azotem,

Czyniąc widoczność w niej perłowo-szarą

I nasączoną konających potem,


Chrobocze, brzęczy dusząc w niej zamkniętych,

Przypominając pudełko zapałek.

Obstawiający każdy jest przejęty.

W przestrzeni cyka jak bomba zegarek,


Który niebawem zwycięzcę wyłoni,

Co wytypował trafnie najsłabszego.

Każdy kciuk trzyma w zaciśniętej dłoni,

Licząc, że splendor spłynie wnet na niego...


Napięcie rośnie, pompując milczenie...

W komorze słychać tlenu wsysanego

Dość dokuczliwe, drażniące syczenie...

Tuman się bieli odcienia szarego


Przerzedza wolno, niemalże leniwie

Na dno pułapki szklanej opadając...

I eksploduje triumf podły szczęśliwie,

Ofiary z elit przed oczami mając!


I ryk, i wycie wybebesza ciszę

Oczekiwania, co się zakończyło!

Swołocz jak stado zgłodniałych modliszek

Po swą wygraną atakuje siłą.


Wtem się z komory jak wodą tłumiony

Głos wybitnego niesie profesora -

Ludu ideą upadku mamiony,

Aby się ocknąć już najwyższa pora!


Wolność, braterstwo, równość nie istnieją,

Znaczenie mając zgoła różnorakie! -

A dygnitarze ochryple się śmieją

I lumpy mają nastroje jednakie. -


Wolność jednostki - profesor wygłasza -

Jest niczym teren płotem ogrodzony, -

Motłoch jakoby cień zdrajcy Judasza

Zda się ów nauką być szczerze znudzony -


Więc tam się kończy człowieka jednego

Wolność, gdzie wolność się nagle zaczyna

Człeka drugiego, jemu podobnego! -

Bukmacher kijem bicie rozpoczyna,


Raz koło razu waląc w szklaną ścianę,

Która wibruje i okropnie dudni

Jakoby dzwony za liny szarpane

A obsadzone w akustycznej studni,


Lecz mimo huku chłostanej komory

Uczony mówić wcale nie przestaje.

Z braku powietrza kołysze się chory.

Upada, z kolan, drżąc, na nogi staje. -


Dla wierzącego bratem jest wierzący.

Dla ateisty jeno z krwi zrodzony.

Dla polityka ktoś nieistniejący

I na potrzeby wyborów zmyślony.


Zatem braterstwo samo się wyklucza! -

I tu profesor o głos kaszlem walczy.

Bezdech przeszywa krtań jakoby kusza

I choć powietrza pewnie mu nie starczy,


Głosi zaciekle - Równością są mrzonki!

Każdy z nas inny jest, co widać przecież

Jak choćby nawet motyle i stonki

Czy jakiekolwiek stworzenia na świecie!


Jeden jest gruby, drugi wychudzony.

Ten umysłowe ma predyspozycje,

Tamten fizycznie jest usposobiony,

Ten pięknie tańczy, ta rysuje ślicznie...


To właśnie czyni nas wyjątkowymi!

To nam pozwala stworzyć społeczeństwo!

Robienie ludzi wręcz identycznymi

Wzmacnia głupotę i rodzi szaleństwo!


Różnorodnością wszak umiejętności

Wspólnie tworzymy całość układanki!

Jesteśmy niczym we szkielecie kości,

O czym w równości nie ma tejże wzmianki!


Chcą stworzyć tępą z ludzi populację

Na miarę sztucznej wręcz inteligencji,

Gdzie sterujący zawsze ma swe racje,

A lud nie może nawet mieć pretensji...-


I tu profesor upada zsiniały.

Śmierć mu widelcem płuca wydłubuje.

Dreszcze aż gawiedź niemą obleciały,

Ta się w agonię mimo to wpatruje...


I nagle rechot, i burza oklasków

Letarg skupienia gdzieś precz przeganiają!

Tupot obcasów, zgiełk bezdusznych wrzasków

Znów się pod niebo z przepon wyrywają!


Loża szyderców rwetes wywołuje,

By autorytet zdeptać profesora,

Po którym miejsce sprytnie zastępuje

Tym, co z szeregu wypchnęła go sfora,


Więc awansował wróg inteligencji,

Co wstręt odczuwa do wszelkiej lektury.

Czekają inni... komu się poszczęści,

By stanąć w płaszczu królewskiej purpury?


Dygnitarz z tłumu wyciąga losowo

Kogoś, kto osła z gęby przypomina.

- Elytę - mówi - utworzymy nową!

Dziś się od niego kulturwa zaczyna! -


Obwieszcza dumnie, kmiotka pokazując,

Co nagle krzyczy: Wypier...alać "-uje"!,

A tłum, w amoku głośno wiwatując,

Chwali wybrańca: Jak ślicznie "-urwuje"!


Hałastra gromkie brawa żwawo bije!

Euforia ludu wręcz sięga zenitu!

Każdy wyciąga pod koronę szyję,

Aby dostąpić takiego zaszczytu.


Tymczasem obok ów szklanej komory,

W której się dusi elitę prawdziwą,

Jest plac szubienic i to całkiem spory,

Gdzie spaceruje we smokingu dziwo,


Kupony gościom z uśmiechem rozdając

Za wyskubane z sakiewki srebrniki.

Lud ograniczeń już żadnych nie mając,

Nie chce się cofnąć przed niczym i nikim,


Więc się w kolejki ochoczo ustawia,

Żeby wziąć udział w następnej zabawie.

Dziwo w smokingu tłumowi objawia

Jakiej to służyć będzie zaraz sprawie.


- Oto, - powiada, starców demonstrując,

Co rozebrani na wiaderkach stoją -

W blaszane wiadra kulami celując,

Zyski swe tacy jedynie potroją,


Którzy naczynie spod stóp uderzeniem

Wysuną, starca na stryczku wieszając!

Echo już trzaska karków utrąceniem,

Ekskrementami powietrze skrapiając.


Sfora się szczyci strzałami trafnymi.

Kopy wisielców rosną jak na drożdżach

Udeptywane łapkami szczurzymi,

Których liczebność pomnaża się szczodra,


Na co nikt prawie nie zwraca uwagi,

Bo bilon w dłoni wrażliwość znieczula.

Każdy chce królem być, chociażby nagim,

Dlatego zmysły na ten cel wyczula,


Z czego się cieszy dyrektor miasteczka,

Do Gabinetu luster zapraszając.

Od podpisanych paktów puchnie teczka,

Co w dłoni ściska, za bezcenną mając,


Więc nasyceni ubawem po pachy

Idą szeregiem jak na rzeź barany.

Temperatura dymi im spod czachy,

Uznając pobyt za bardzo udany;


Wchodzą gęsiego więc do pomieszczenia

Pełnego luster ich zniekształcających...

Lecz miast odgłosów szczerych rozbawienia,

Zjawia się lament wskroś przeszywający...


Z odbicia prawda w oczy im zagląda,

W ramionach tuląc martwe człowieczeństwo,

Które jak szkielet pod skórą wygląda

Na wiór wyschnięty przez obłęd, szaleństwo


Ideologii hojnie przepłacanej,

Oraz na mądrość spode łba patrzącej,

Obietnicami sprytnie wyuzdanej,

Hedonizmowi jedynie służącej.


Lud się zatrwożył, swą brzydotę widząc.

Zamilkł grobowo jak kondukt żałobny.

Każdy się niemal, w lustrze siebie brzydząc,

Dostrzega, że jest wcale niepodobny


Do homo sapiens jakim się urodził,

A którym przecież był (i to z pewnością!),

Gdy do miasteczka wesołego wchodził

Z sumienia swego spokoju czystością.


Zda się, że zegar swe cofnął wskazówki.

O ewolucji zatem nie ma mowy.

Czas w tym miasteczku, chociaż bardzo krótki,

Sprawił, że człowiek nie jest już gotowy


Do bycia homo, a tym bardziej sapiens,

Co seksualnie się nie definiuje.

Stoi przed lustrem monstrum, które sapie,

Samego w sobie odnaleźć próbuje...


Wtem się otwiera skrzydło drzwi wyjściowych.

Tłum jest miasteczko opuścić zmuszony,

Mimo że nie jest psychicznie gotowy

Żyć jak był kiedyś przez dziadów uczony.


Jednakże stawia za progiem swe kroki,

Odbicie w lustrach z sobą zabierając.

Na ustach czuje potu słone soki,

W głowie jedynie pustkę straszną mając.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl



czwartek, 1 stycznia 2026

1 STYCZNIA

Drzwi się zamknęły zegarów zgrzytem

Jakby początek zapowiadały,

A dzień się budzi podobnym świtem

Wszak się godziny nie zatrzymały,


Życie się toczy podobnym torem,

Ciągłości końca nie widać wcale,

Nadzieja trafia się, lecz... nie w porę?

Ktoś Nowym Rokiem nazwał zuchwale


Kalendarz kartek powyrywanych,

Które butwieją pod liści pledem.

Szlakiem i planów, marzeń zdeptanych

Idę przed siebie, choć... dokąd? - nie wiem.


Przyjmuję chłodno Nowy początek,

Mając na karku lat kilkadziesiąt.

W kubku imbirem koi mnie wrzątek...

Zaczął się znowu kolejny miesiąc,


Młodość się bowiem ma nie wróciła,

Dzieciństwo odpływ porwał w nieznane -

Przeszłość się za mną jak mgła rozmyła...

Oczy me błądzą ze snu wyrwane.


Nie oczekuję nic od nikogo.

Nie mam pretensji ni żadnych roszczeń.

Chcę iść jedynie wybraną drogą

W dni czy to lepsze, czy nawet gorsze


U boku ciszy, co odczytuje

Myśli w milczeniu swym się kłębiące.

Los jakikolwiek wdzięcznie przyjmuję.

Życie już nie jest zaskakujące.


Otwieram okna zatem na oścież,

Na parapecie siadam w zadumie

I słyszę zegar jakoby moździerz,

Co moje ciało, dudniąc, proszkuje,


I patrzę w niebo wręcz z rozrzewnieniem

Świadoma tego, kim dzisiaj jestem,

Rozgrzewam wokół przestrzeń westchnieniem,

Karmiąc się mroźnym, rześkim powietrzem


Wdzięczna za wszystko, co otrzymałam,

Co utraciłam wbrew własnej woli.

Choć dawną siebie rozczarowałam,

Jej żal mnie dzisiaj wcale nie boli.


Na trzask zamkniętych drzwi się odwracam,

Patrząc na w zamku klucz rdzewiejący.

W pierwszy dzień stycznia z lekkością wkraczam...

Podziwiam zachód słońcem płonący


I w cieni płaszczu na parapecie

Siedzę w bezruchu zadowolona.

Drzewa kołyszą się jak w balecie...

Jestem, czym czuję się zaszczycona.

grafika pochodzi ze strony: tapeciarnia.pl